Testy, testy

https://xpil.eu/A0hD8

Z racji zawodu często przychodzi mi testować rozmaite rozwiązania informatyczne. Co prawda nigdy jeszcze nie podchodziłem do zagadnienia od strony stricte formalnej (a więc nie byłem, za przeproszeniem, członkiem ekipy testerów), jednak testowanie mam we krwi - czasem trzeba testować (a wyniki dokumentować), bo jest to wymagane, a czasem nie trzeba, ale warto - dla własnego spokoju.

No i w związku z testowaniem przypomniała mi się pewna historia, którą opowiadał mi dawno temu kolega z pracy.

Otóż klient zamówił rozwiązanie informatyczne, które oprócz wszyskich fontann i wytrys wodotrysków miało dodatkowo być absolutnie, kompletnie i totalnie niezawodne. Oczywiście wszyscy wiemy, że niezawodności na poziomie 100% nie da się uzyskać z przyczyn, których objaśnianie wykracza poza ramy tego bloga (zasada nieoznaczoności Heisenberga się kłania), jednak klientowi zależało na maksymalnej niezawodności możliwej do uzyskania przy danym (sześcio-, a może nawet siedmiocyfrowym, nie pamiętam już) budżecie.

Rozwiązanie zostało zaprojektowane i wdrożone, święto Matki Boskiej Pieniężnej zbliżało się wielkimi krokami, wszystkie testy funkcjonalne i niezawodnościowe zostały zakończone sukcesem...

Niestety, pech chciał, że pewnego pięknego dnia przyjechał do wykonawcy sam szef firmy zamawiającej rozwiązanie, poprosił o fizyczny dostęp do serwerowni, po czym wyjął z kieszeni małe nożyczki i chlasnął nimi przypadkowo wybrany kabelek wystający z któregoś z serwerów.

Okazało się, że albo bardzo dokładnie (i złośliwie) wybrał kabelek do przecięcia, albo po prostu rozwiązanie nie było aż tak niezawodne jak się mogło wszystkim wydawać. Efekt był taki, że projekt został odrzucony, bo nie udało się postawić serwera na nogi w zadanym czasie, ani - co gorsza - odzyskać danych utraconych wskutek przecięcia owego nieszczęsnego kabelka.

Nie wiem do dziś czy opowieść niniejsza jest prawdziwa, czy to tylko tzw. urban legend - nauka jednak płynie z tego taka, żeby nigdy, przenigdy nie dawać fizycznego dostępu do serwerowni ludziom z nożyczkami w kieszeniach...

https://xpil.eu/A0hD8

3 komentarze

  1. Dobre… Ja mam rownie dobre. Jeden z moich klientow w Szwajcarii ma paranoje chyba z podobnego powodu. NIKT nie ma prawa wejsc do datacenter bez szkolenia. Szkolenie trwa pol dnia. Musze wyslac cisco orla zeby wymienil jeden CPU. Cisco od trzech tygodni nie potrafi zrozumiec, ze nikt nie wejdzie bez szkolenia. Orzel nawet pojawil sie na szkoleniu ale byl spozniony wiec zgodnie z zasadami panujacymi w porzadnej Szwajcarii posiedzial sobie ale certyfikatu nie dostal 🙂 Dzisiaj mija 3 tygodnie od kiedy zazadalem wymiany procesora… Szkolenia sa organizowane raz na dwa tygodnie…

    Kiedys byl zart ile MCSE potrzeba zeby wymienic zarowke…

    Zycie jest bardziej okrutne jak widac, bo zeby wymienic CPU w glupim C200 cisco potrzebuje min kilka tygodni (to jest ciagle nie skonczone, wiec rownie dobrze moze sie przeciagnac do miesiecy…)

    Pozwole sobie na odrobine trollingu – uwielbiam produkty cisco, szczegolnie UCS ale kiedy mam wezwac ich support, dostaje binarnej kurwicy.

    1. Przepis to przepis, wyżej dupy nie podskoczysz. Zwłaszcza w tak policyjnym kraju jak Szwajcaria.

      Co do trollowania… tylko jedno mi się nasuwa: jaki blog takie trolle 🙂

  2. Nie mam pretensji do klienta, jak dla mnie moge sobie zadac zeby Cico Field Engineer przyszedl w rozowych rajstopach i te ciolki z Cisco powinny to wykonac. W koncu kilkaset tysiecy $ dostali.

Leave a Comment

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]

Jeżeli zrobisz literówkę lub zmienisz zdanie, możesz edytować komentarz po jego zatwierdzeniu.