Za kółkiem

Z racji jego wysokości kowida jeżdżę ostatnio mniej niż zwykle. Głównie po Newbridge, rozwożąc rano dzieciaki do szkół i zbierając je z powrotem po południu. Sporadycznie jakiś wypad na zakupy, ewentualnie - ale to już naprawdę od wielkiego dzwonu - do biura w Dublinie. W każdym razie Newbridge mam już obcykane - wiem które policjanty są łagodne i można po nich lecieć 40/h, a przy których trzeba zwolnić do 25/h. Znam na pamięć cykle świateł na większości skrzyżowań. Wiem w jakich godzinach spodziewać się jakiego ruchu. Nie jest to zresztą jakieś wielkie osiągnięcie w miasteczku na 20000 mieszkańców. Nie ma się czym chwalić.

Jak już tu kilka razy pisałem, kulturę jazdy mamy w Irlandii znacznie lepszą niż pamiętam z Polski (nie wiem, może od 2006 roku coś się w tej kwestii zmieniło). Zdarza się, że dwójka znajomych w autach jadących naprzeciw sobie zatrzyma się na chwilę na skrzyżowaniu żeby zamienić parę zdań i nikt z tego powodu nie trąbi ani nie krzyczy. Auto wyjeżdża z podporządkowanej - 80% kierowców zwolni albo zatrzyma się, żeby je wpuścić. Pieszy? Święta krowa, przepuszczamy bez marudzenia, nawet bez zebry albo jak mamy zielone. Kierowcy chętnie sobie machają w podziękowaniu, widać uśmiechy, a ostatnio nawet nauczyli się używać w tym celu awaryjnych (zwyczaj chyba zaimportowany z Polski). Ogólnie luz.

Ale czasem jednak trafi się rodzynek.

Scenka sprzed paru dni. Jadę rano odwieźć Młodego do przedszkola (Młody jest już w drugiej klasie podstawówki, ale rano zawozimy go do przedszkola specjalizującego się nie tylko w zabawianiu maluszków, ale też w odprowadzaniu dzieci starszych do szkoły bo rodzice muszą w tym czasie pracować). Przede mną długa prosta, jakieś pół kilometra do świateł na skrzyżowaniu.

(sprawdziłem przed chwilą na mapie: 467 metrów).

No więc długa prosta, ruch umiarkowany, parę aut przede mną, parę z naprzeciwka. Widzę z daleka, że są zielone światła, ale z tej odległości musiałbym grzać co najmniej z 80/h żeby zdążyć (a limit jest 50/h), optymistycznie patrząc. A skoro tak, noga z gazu, auto zwalnia do 40/h, wiadomo. Parę kropelek paliwa zawsze się zaoszczędzi.

Tymczasem siedzący mi na zderzaku gość w ciemnoszarozielonym Peugeocie strasznie się z tego powodu zbulwersował, zapewne sądząc, że przecież spokojnie mógłby zdążyć gdyby nie ja. Zaczął więc mrygać światłami, zatrąbił, a z jego gestykulacji oraz intensywnej mimiki twarzy wnioskowałem, że ma raczej pejoratywne opinie na temat żeńskiej linii przodków (przodkiń?) w moim drzewie genealogicznym; chętnie również wetknąłby mi różne zadziory w {cenzura}. W końcu złapał kawałek wolnego pasa ruchu z naprzeciwka i z piskiem opon wyprzedził mnie, przy okazji chwaląc się biżuterią na środkowym palcu lewej ręki.

Do skrzyżowania dojechał, oczywiście, jako trzeci, bo w międzyczasie zrobiło się czerwone. Prawy pas, bo jechał prosto.

Jako że ja tam skręcam w lewo, dojechałem 30/h lewym pasem do świateł. Przede mną tylko jedno auto, więc zasadniczo gościa wyprzedziłem. Szybki rzut oka w lusterko - gdyby wzrok zabijał, miałbym już martwe lusterko...

Przez chwilę kusiło mnie wyjść z auta i podpytać o co chodzi, miałem w końcu do dyspozycji cały cykl świateł czyli prawie dwie minuty. Ale doszedłem do wniosku, że w sumie nie jestem aż tak bardzo zainteresowany.

Ot, przerywnik.

3 komentarze

  1. W Berlinie jest też fajniej niż np. w Warszawie (po stolicy jeździłam głównie). Tu dyscyplinują kierowców ustawione tu i ówdzie radary. Są miejsca, gdzie przekroczenie limitu szybkości o 5 km/h owocuje mandatem 15€. Co do kierowców- jeździ cała masa kierowców w wieku 80++ i trzeba bardzo uważać, bo wiadomo, że pan/pani 80++ nie uważa. Miłe jest to, że z reguły nikt nie trąbi gdy tarasujesz drogę bo usiłujesz zaparkolić w b. ciasnym miejscu, lub się z takowego wyczołgujesz. Tragedią Berlina jest notoryczny miejsc do parkowania. Efekt – wszyscy popylają metrem a na ulicach wrastają w asfalt ich zaparkowane samochody.
    Miłego;)

  2. Pewnie świeży import/eksport (zależy od perspektywy) z polski. Niestety, u nas miną lata nim ludzie nauczą się jeździć. Na razie od lat uczymy się obsługiwać ronda 😀

  3. Zauważyłam, że podobne sytuacje zdarzają się, gdy za kierownicą zasiada bezrefleksyjny choleryk. To człowiek na tyle zacietrzewiony, że potrafi wysiąść na światłach, by naubliżać człowiekowi, za którym musiał jechać. Pewnie jest przekonany, że szosę wybudowano specjalnie dla niego, a tymczasem ktoś inny ośmiela się zabrać mu pierwsze miejsce bez ustępowania. Król szos potrafi nie tylko bluzgać, również zdarzają się rękoczyny. I nie ma co upatrywać przyczyny takiego zachowania, po prostu gość ma taki kiepski charakter poparty brakiem refleksji i samokrytycyzmu. 🙂
    Zasyłam serdeczności

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.