Śmieci, wszędzie śmieci

Dryl jest dość jednostajny i przewidywalny: co tydzień trzeba wyturlać śmieci przed dom, najlepiej we wtorek wieczorem, bo ciężarówka przyjeżdża w środę. Czasem wcześnie rano, czasem po południu, różnie. Raz mi się zdarzyło gonić ją w środowy poranek w samych ino ineksprymablach, bom zabył swojego obowiązku w przeddzień; od tamej pory mam nastawiony pierdylion przypominajek, żeby nie stresować swoim galopującym negliżem sąsiadów.

“Co tydzień” oznacza tak naprawdę, że raz wystawiamy śmieci ogólne, a raz recykling + organiczne. Czyli de facto dwa dwutygodniowe cykle zazębiające się naprzemiennie. Do tego jeszcze szkło, ale to się nie liczy, bo to tylko raz na kwartał, a i tak przeważnie potrzebujemy co najmniej dwóch kwartałów żeby zapełnić większą połowę pojemnika.

W zeszłym tygodniu jednak było z przygodami.

We wtorek wieczorem wyturlałem karnie obydwa pojemniki przed dom: jeden wielki, niebieski, z recyklingiem; drugi mniejszy, brązowy, z odpadami typu obierzyna czy skoszona trawa (nie mamy królików więc nie ma komu jeść trawy, więc ląduje w koszu).

Nazajutrz w pracy było bardzo intensywnie, człowiek nie miał czasu skojarzyć jak się nazywa, a co dopiero sprawdzać czy już zabrali śmieci, więc wyszedłem przed dom dopiero w okolicach 17:30. Ku swemu zdziwieniu nie zauważyłem nigdzie brązowego pojemnika. Tylko niebieski – i koniec.

Rozejrzałem się po całym osiedlu (w okolicy jest około 60 domków podobnych do naszego), zobaczyłem kawałek dalej dwa samotne brązowe pojemniki – jednak żaden nie był nasz.

No to co – dupa w troki dalejże dyrdać po sąsiadach. A nuż komuś się niechcący wzięło ten nasz wheelie-bin do ogródka?

Sąsiedzi jak zawsze bardzo przyjaźnie nastawieni, każdy jeden bez wyjątku (z wyjątkiem jednego) zaprowadził mnie do swojego ogródka, sprawdził przy mnie numer kosza – no nie ma, jak bonie dydy, nie ma

A ten jeden to się tylko palnął dłonią w czoło, bo w ogóle zapomniał wystawić swój kosz dzień wcześniej.

Tak czy siak sytuacja raczej ponura.

Wróciłem rad nierad do domu i napisałem sążnistego emaila do firmy śmieciarskiej, że pojemnik, że brązowy, że nie ma, i że Wogle. Zwłaszcza Wogle.

Jakieś pół godziny później odezwał się do mnie sąsiad zza lewej miedzy, że jego kamera nagrała moment zbierania koszy przez ciężarówkę firmy śmieciarskiej – no i się wyjaśniło. Otóż ciężarówka była wygłodniała i postanowiła się pożywić naszym brązowym maleństwem. Na filmie widać wyraźnie (tylko trochę niewyraźnie, bo zza szyby kręcone i ziarno), jak do ciężarówy wjeżdżają dwa kosze a wyjeżdża – tylko jeden.

Zaraz więc napisałem drugiego emaila jako follow-up, że wszystko widziałem, że sąsiad, że zjadło, i że co dalej. Tym razem już bez Wogli, bo ileż można.

Nazajutrz odczekałem mniej więcej do jedenastej przed południem, kiedy to biurwy już są na ogół po pierwszej a nierzadko i drugiej kawce, i zadzwoniłem grzecznie z wielkim ryjem, że gdzie mój kosz, bo mi sterta śmieci rośnie. Pan uprzejmie wysłuchał co mam do powiedzenia, po czym powiedział, że musi Sprawdzić. Po półminucie Sprawdzania odezwał się w końcu:

— Już wysłaliśmy nowy kosz. Powinien przyjść na dniach.

Nazajutrz odpisali mi dodatkowo z biura, że bardzo przepraszają, i że nowy kosz już jedzie. Kulturwa pełną gębą.

Napaliłem się jak szczerbaty na suchary, że będę miał dwa kosze, ale nic z tego. Parę dni później dostarczyli, owszem, ale tylko jeden. Za to brand nówka nieśmigana, aż szkoda do niego coś wkładać.

Przygoda może niezbyt porywająca, ale na kowidowym bezrybiu i rak ryba.

Dopisane w ostatniej chwili:

Okazało się, że pani obsługująca zgłoszenia z formularza on-line nie dzieli się za bardzo informacją z panem, który odbiera telefony. W efekcie jednak mamy teraz dwa brązowe kosze 😀 Problem zgłosiłem, podobno ktoś przyjedzie po ten dodatkowy kosz i go zabierze…

Stary śpiewnik

Znalazłem jakiś czas temu swój stary śpiewnik gitarowy. Założony w 1992 roku, używany regularnie – o ile dobrze pamiętam – do okolic roku 1994, potem gdzieś się zawieruszył na strychu czy w innej piwnicy. Do Irlandii przyjechał na dnie plecaka i leżał sobie nieużywany aż do niedawna, kiedy to moja córka zaczęła brzdąkać na gitarze i wygrzebała ten śpiewnik nie-wiadomo-skąd.

Dziś pochwalę się tytułami piosenek – kiedyś znałem większość z nich na pamięć, teraz próbuję je grać i śpiewać i idzie mi mocno w kratkę 😉

OK, lecimy:

Niepokój

Piosenka SDM-u ze słowami autorstwa Józefa Barana. Opowiada o rozstaniu kochanków oraz nieuchronnie następującym poń zderzeniem z szarą codziennością. Łatwa do zagrania i zaśpiewania. Raczej ponura, chociaż ma swój urok.

Ballada na urodziny

Znów Józef Baran, tym razem w piosence o urodzinach. Że nie są zbyt fajne, bo czym dalej w las tym więcej ludzi wokół ubywa, rodzice się starzeją, przyjaciele na cmentarzach. Ale trzeba robić dobrą minę do złej gry, głowa do góry, alleluja i do przodu. Łatwa do zagrania i zaśpiewania.

Makatka kusząca

Raz jeszcze SDM (początek śpiewnika to w zasadzie wyłącznie Stare Dobre). Trudna melodia (trzeba mieć dużą rozpiętość głosu żeby to zaśpiewać). Łatwa do zagrania, choć nie całkiem banalna. Alegoria Adama i Ewy z lekkim podtekstem erotycznym. Jeżeli ją śpiewać – to koniecznie z uśmiechem! Tekst autorstwa Adama Ziemianina, który współpracował z zespołem dość długo.

Czasem nagle smutniejesz

Bardzo dynamiczna piosenka, głównie molowa. Ziemianin / SDM. Opowiada o smutku i radości, łzach i śmiechu, wędrówce z plecakiem, tęczy, niebie i gałęziach. W wersji podstawowej względnie prosta do zagrania, chociaż oryginał jest majstersztykiem gitarowo – skrzypcowym.

Z podwórka

Bardziej znana wśród braci gitarującej jako “Orzech”. Jeden z kamieni węgiełnych SDM-u, bardzo rozpoznawalna. Raczej optymistyczna. Opowiada o dniu codziennym, upływie czasu, trzymaniu głowy do góry oraz trzepaniu dywanów. Słowa – Adam Ziemianin.

Makatka dla przechodzącej

Miniaturka SDM-u, kolejna perełka Ziemianina. Zaledwie osiem linijek tekstu połączonych pięknie połamanymi durami, molami i septymami zmniejszonymi. Średnio trudna do zagrania, względnie łatwa do zaśpiewania. Opowiada o zachwycie narratora nad urodą przechodzącej nieznajomej. Wiemy o niej niewiele – głównie tyle, że chodzi w sandałach po trawie i mruży oczy w słońcu.

Modlitwa o śmiech

Ziemianin o potrzebie śmiechu. Śmiechu, który koi i leczy. Piosenka bardzo dynamiczna, wymaga dobrych płuc i dużej rozpiętości głosu. Średnio trudna do zagrania.

Piosenka dla Juniora i jego gitary

Tym razem tekst Steda w aranżacji SDM-u. Opowiada o leczniczych własnościach grania na gitarze w smętnych okolicznościach konfliktu damsko-męskiego. Piosenka, którą kiedyś zagraliśmy i zaśpiewaliśmy z kolegą na lekcji języka polskiego w ogólniaku w ramach propagowania poezji śpiewanej.

Makatka z aniołem

Ziemianin w miniaturce opowiadającej o obrazku z aniołem. Tekst bez jakiegoś głębszego przesłania, choć bardzo sympatyczny. Melodia prawie wyłącznie na akordach durowych, w oryginale wyraźnie słychać, jak Krzyś Myszkowski się uśmiecha.

Obudź się

Znana również jako “Piosenka dla Kuby Wencla” (w nawiązaniu do nieszczęśliwego wypadku z czerwca 1989 roku, w którym ów Kuba zginął wraz ze swoim przyjacielem i współgitarnikiem Jackiem Zwoźniakiem). Nie znam autora słów. Piosenka krótka, smutna i przejmująca.

Coraz krótsze listy od ciebie

SDM, autora tekstu nie znam. Bardzo, ale to bardzo połamane chwyty. Opowiada o upływie czasu, nieszczęsnym losie ogrodników i listonoszy, nerwach i opadach atmosferycznych. Szczerze mówiąc nigdy się jej nie nauczyłem porządnie grać ani śpiewać, choć całkiem lubię jej słuchać.

Piosenka dla Wojtka Bellona

Tekst autorstwa Oli Kiełb (która współpracowała z SDM-em w jego początkach, potem się rozeszli), napisany ku czci Wojtka Bellona, wierszoklety i muzykanta, przedwcześnie zmarłego na nerki. Akordy wyłącznie durowe, wokalista musi mieć pojemne płuca, a końcówkę można powtarzać nawet i sześć razy.

Makatka szalona

Ziemianin / SDM. Tajemnicza nieznajoma, która za każdym razem kiedy przyjeżdża pociąg sprawdza, czy jej ukochany wrócił. Z tym, że nie do końca wiadomo, czy jakiś ukochany w ogóle był, czy się pani popiętroliło pod deklem. Piosenka dość trudna do zagrania (szybki rytm i nie całkiem banalna melodia), względnie łatwa do zaśpiewania. W oryginale absolutnie genialne skrzypce Wojtka Czemplika.

Nasz słony rachunek

Ziemianin / SDM. Piosenka składająca się z samych pytań retorycznych. Narrator nie wie skąd jest, po co ani dokąd idzie, komu ma ufać, na kim polegać i tak dalej. Akordy głównie molowe, dość mocno połamane. Nawet ładne.

Szara ballada

Fajny, dynamiczny refren, smętne zwrotki. Opowieść o upływie czasu oraz wszechobecnej szarości. Słowa: Józef Baran. Interesujące połączenie a-moll z A-durem pod koniec każdej zwrotki i refrenu. Jedna z moich ulubionych piosenek w śpiewniku.

Na sierpniowym balkonie

Ziemianin / SDM. Trudna melodia, nigdy nie opanowałem jej śpiewania. Gra się też niebyt łatwo, ale warto się jej nauczyć, bo jest przepiękna (choć smutna). Opowiada – w zasadzie samymi niedopowiedzeniami – o pustym szlaku, przedwcześnie gasnących życiach, końcówce lata, drzewach, górach i dziurawych balkonach.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień.

Sted. Początki SDM-u. Ola Kiełb w tle. Szybka, dynamiczna melodia. Piosenka opowiada o przebudzeniu, takim a’la Zen. Albo o nieszczęśliwej miłości, zależy jak patrzeć. Tekst niebanalny, bardzo charakterystyczny dla Steda.

Boże pełen w niebie chwały

SDM. Tekst Leśmiana, muzyka Marzeny Kumarek. Piosenka wymaga mocnego wokalu, trzeba się sprawnie ślizgać przez oktawy. Dość charakterystyczna. Tematyka raczej religijna, że chociaż niby Boga nie widać, to jednak jakoś tam pomaga, choć do końca nie wiadomo co potem.

Gloria

Kolejny sztandarowy kawałek SDM-u do słów Stachury, o uwielbieniu dla zjawisk naturalnych typu wiatr, słońce, biedronki, ryby, ptaki i inne czworonogi. Bardzo łatwy do zagrania, dość trudny do zaśpiewania. Niby melodia prosta, ale zawsze zabraknie skali (albo na górze, albo na dole).

Czarny blues o czwartej nad ranem

Ziemianin / SDM. Narrator nie może spać, bo jego ukochana jest daleko, więc śpiewa sobie bluesa. W piosence występują topole rosnące na ulicy Krupniczej. Chodzi o ulicę Krupniczą w Krakowie, którą kiedyś nawet odwiedziłem z ciekawości – żeby sprawdzić, że faktycznie jest takie miejsce. Otóż – jest 😉

Nie brookliński most

Jeden z najstarszych kawałków SDM-u, słowa Steda. O tym, że nie jest sztuką być załamanym czy szalonym, sztuką jest być załamanym czy szalonym i nie utracić przy tym resztek człowieczeństwa. Epilog epatuje nieśmiertelną polaną.

Kim właściwie była ta piękna pani, co dzisiejszej nocy w mojej samotni mnie odwiedziła?

Bardziej znana jako “Madame”. Również jeden z najstarszych kawałków SDMu, ze słowami Stachury. Opowiada o spotkaniu z tajemniczą nieznajomą.

Opadły mgły, wstaje nowy dzień

To jeden z tych kawałków, których nie da się już słuchać, grać ani śpiewać, bo słuchało się ich, grało i śpiewało tyle razy, że jeszcze raz i człowieka szlag trafi. Coś jak z płatkiem miętowym i panu Creosote. Mimo to oczywiście gra się i śpiewa jeszcze raz, bo piosenka jest łatwa, prosta i przyjemna. Słowa Steda, cztery durowe akordy, bo nowy dzieeeeń wstaaaje, noooowy dzieeeeń.

Jak

Nie chodzi o tybetańską faunę tylko o porównanie. Że coś jest jak coś innego. Bardzo, ale to bardzo oklepany kawałek SDM-u do słów Stachury. Znów: cztery akordy, chór młodych gardeł i lecimy z koksem. Piosenka zakończona akcentem irlandzkim, narrator cudne ma owce.

Życie to nie teatr

Sted + SDM. Bardzo stary kawałek, i bardzo znany. O grze i udawaniu, i braku udawania, i życiu, i podnoszeniu brwi, i bankietach, flirtowaniu i czym tam jeszcze. Dziś nie przepadam za tą piosenką, ale kiedyś była jedną z moich ulubionych.

Jest już za późno – nie jest za późno.

SDM + Sted. Ładny kawałek, choć smętny. Opowiada o niespełnionej miłości, planach na starość i upływie czasu. Lubiłbym go, gdyby nie był taki oklepany.

Makatka z wojownikiem

Ziemianin / SDM. Ładna piosenka o tym, że faceci walczą, a jak już skończą to im się zaczyna nudzić i znów szukają rozróby, bo nie są w stanie wytrzymać monotonii dnia codziennego. Interesujące (i niezbyt skomplikowane) chwyty, względnie łatwa do zaśpiewania.

Sanctus

Sted / SDM. Kolejna pochwała wędrówki. Jedna z tych piosenek, których się nie zapomina. Trudna do zaśpiewania, łatwa do zagrania.

Pożegnanie

Tekst: Piotr Bakal. Piosenka o rozstaniu i o nadziei. Nie do końca rozumiem intencje narratora, który tłumaczy wybrance swego serca, że teraz musi odejść, ale kiedyś być może jeszcze się spotkają, aczkolwiek nie wiadomo właściwie kiedy ani gdzie.

Ach, kiedy znowu ruszą dla mnie dni

Stachura / SDM. Stary kawałek o miłości. W dużym skrócie: ona odeszła, on nie może dojść do siebie. Szybki rytm, zaskakująco pozytywna melodia jak na tak smutną tematykę.

Malinowe lato

Ziemianim / SDM. Piosenka optymistyczna o lecie; bardzo trudna dla przeciętnego zjadacza strun. Każda zwrotka przesunięta o kilka półtonów względem poprzedniej, niebanalna melodia, bardzo połamana harmonia.

Dookoła mgły

Stachura / SDM. Piosenka raczej ponura, o wędrówce na ślepo i poszukiwaniu szczęśliwych stron.

Rozliczysz mnie, Panie

Ziemianin / SDM. Piosenka w tonacjach głównie molowych, ale mimo to zadziwiająco optymistyczna. Narrator liczy na rozgrzeszenie z błądzeń, dróg na skróty, małości i kielicha. Względnie łatwa do zagrania i zaśpiewania, acz nie do końca banalna.

Piosenka dla robotnika rannej zmiany

Bardzo chwytliwy blues SDM-y ze słowami Steda. Opowiada o dniu codziennym pracownika bliżej nieokreślonej branży. Wiemy tylko tyle, że mu się nie przelewa i w zasadzie nie ma czasu na nic poza pracą, jedzeniem i spaniem. Szybki, dynamiczny kawałek.

Jaką cenę

Ziemianin / SDM. Bardzo, ale to bardzo ładny kawałek o poezji, dobroci, muzyce, błękicie, kamieniach, rzekach, wróblach, poziomkach… no dużo tego. Niebanalne chwyty, przyjemny, jednostajny rytm.

Ciało me wklęte…

Leśmian / SDM. Piosenka ogólnie ciężko powiedzieć o czym. Chyba o tym, że się jest, i że się śpiewa, ale tak do końca trudno powiedzieć. Ale bardzo ładna, choć dość trudna do zagrania i zaśpiewania.

Imperatyw

Piotr Bakal / SDM. Piosenka o wędrówce. Że ciężko jest, że przeszkody co i rusz, że pod wiatr, pod górkę, bez fanfar i udawania – że będziemy mieć dość, ale nadal będziemy iść. Tak mniej więcej, tylko trochę bardziej poetycko i na dwie długie zwrotki.

Przy ognisku

Ziemianin / SDM. Przepiękna piosenka, niestety dość trudna do zagrania. Narrator wraz z ekipą przyjaciół siedzą przy ognisku, gawędzą, popijają wódkę i są ogólnie szczęśliwi.

[Jakże ci powiem, najmilszy]

Nie zapisałem tytułu. Wiem tylko tyle, że to tekst Krystyny Krahelskiej. W głowie obija mi się odrobina rytmu i melodii, ale szczegółów nie pamiętam. Może sobie kiedyś poszukam.

Zabraknie ci psa

Tekst Stachury. Wykonanie – nie pamiętam. Możliwe, że Jan Kondrak. Piosenka mężczyzny zranionego nieszczęśliwą miłością.

Komunia

Kolejna piosenka, której za bardzo nie kojarzę – tekst raczej Stachury, 6 wersów, melodia do zaśpiewania w kanonie na 2-3 głosy, ale nic więcej nie pamiętam.

Blues dla Małej

Ziemianin / SDM. Dość popularny kawałek (w czasach świetności SDM-u ma się rozumieć). O rozstaniu, pociągach, pisaniu listów i miłości. Chwytliwa, choć dość banalna melodia, rzewne słowa.

Moje miasto

Dziwna piosenka o mieście, wielkiej kuli słońca na ołowianym niebie, oczach, kamieniach i lawinie. Nie znam autora, melodię pamiętam dość dobrze.

Naiwne pytania

Klasyk Dżemu. Tekst samego Riedla, melodia Otręby. Opowieść o tym, że w życiu piękne są tylko chwile. Kto nie zna, niech pierwszy rzuci kamieniem 😉

Boże daj dom

Znów Dżem, tym razem słowa Jacobsona, a muzykę ułożyli Berger ze Styczyńskim. Proste bluesowe akordy, pięć nieregularnych zwrotek, fajny, dynamiczny kawałek. Dość ponury w treści, ale brzmi świetnie.

Cichosza

Za Turnauem nie przepadam, ale ten kawałek jest dość fajny. Mam go wyłącznie jako tekst, bez akordów.

Piosenka księżycowa

Leśmian o księżycu, tęsknocie i miłości, z moją własną muzyką.

Bałwan ze śniegu

Raz jeszcze Leśmian z moimi akordami. Dynamiczna piosenka o niezgrabnym bałwanie, który dzięki wierze w niego został lokalnym bogiem, ale potem się roztopił.

Ludzie

Leśmian, z moją melodią. Piosenkę z tego wiersza zrobił też potem SDM o ile dobrze kojarzę. Pięć dwulinijkowych strof o prostych ludziach, których nikt nie zauważa, a nawet jak już zauważy, to zaraz zapomni.

Mało mi ciebie

Mało znany kawałek (Google ma tylko dwa trafienia), piosenka wykonywana oryginalnie przez niejaką Inez (ale nie Czarną Inez). Opowiada o oczekiwaniu na lubego, tak z grubsza.

Prawdziwa miłość

Piosenka Roberta Mazurkiewicza, jednego z gigantów polskiej sceny poezji śpiewanej. Opowiada o miłości, upływie czasu i kacu moralnym z powodu popełnionych błędów. Raczej ponura w wydźwięku, choć bardzo ładna.

Metro

Dość obszerny tekst do recytacji, bez melodii. Fragment musicalu “Metro”. Poprzedza piosenkę o tym samym tytule.

Kloaczny blues

Narrator siedzi na kibelku już trzecią dobę; ma ostre zatwardzenie więc śpiewa o tym światu. Dzień jak co dzień. Trzy bluesowe akordy, kilka nieprzyzwoitych słów. Na początku jest śmiesznie, ale po trzecim-czwartym odsłuchaniu zauroczenie znika…

Rzecz się dzieje w Arktyce

Piosenka nieistniejącego już kabaretu OTTO, o o dziurze ozonowej oraz jej wpływie na klimat arktyczny. Banalna melodia i chwyty, pięć długich zwrotek bez wyraźnej puenty. Przypuszczam, że z podtekstem politycznym, nie wiem, nie znam się.

Stanął w ogniu nasz wielki dom

Słowa Jacka Kaczmarskiego, muzyka Przemysława Gintrowskiego. Piosenka polityczna, acz przebrana za coś całkiem innego, jak to u Kaczmarskiego. Żeby to porządnie zaśpiewać, trzeba mieć zacięcie sceniczne. Chwyty i melodia niby proste, ale z duszą.

Oprócz błękitnego nieba

Hit Maanamu. Nie całkiem łatwy do zagrania i zaśpiewania. Piosenka o przemijaniu i wartościach ponadczasowych typu chleb, droga, góra, wiatr, słońce i błękit.

Statki na niebie

Tym razem DeMono. Piosenka o panu, który tęskni za panią, która miała przyjść, ale nie przyszła, ale może to i lepiej, bo padało i mogłaby zmoknąć.

Jestem z miasta

Kuba Sienkiewicz opowiada zblazowanym głosem o tym, że jest z miasta, oraz o związanych z tym faktem wadach i zaletach.

Moja i twoja nadzieja

Kasia Nosowska zanim jeszcze była sławna. Piosenka, którą słyszałem na jej koncercie na własne uszy, na żywo. Obrzępolona do bólu przez wszystkich początkujących gitarzystów, nadal daje radę.

Nadzieja

Stary hicior IRA. Niezbyt łatwy do zagrania, dość mocno połamany. W sumie nigdy się go porządnie nie nauczyłem.

Na bruku

A tutaj hit T Love. Staszczyk śpiewa o tym, że co prawda stracił pracę i kasę, ale trzeba mieć to w dupie i cieszyć się zasiłkiem i miłością.

Piosenka

Tak! Mam w śpiewniku piosenkę pt. “Piosenka”. Słowa Leśmiana, z moją własną melodią. Piosenka “Piosenka” opowiada o rozstaniu i tęsknocie.

Uliczki takie…

Ośmiowersowy wiersz Andrzeja Bursy, do którego ułożyłem własną melodię. Raczej ponurą.

Tam na rzece…

Jeszcze jeden wiersz Leśmiana z moją własną muzyką. Tym razem dość mocno erotyczny choć nie do końca optymistyczny. Jak to u Leśmiana.

Metro

Józefowicz zrobił przy “Metrze” kawał dobrej roboty. Piosenka tytułowa w wykonaniu Roberta Janowskiego (słyszałem na żywo!) bardzo mi się spodobała.

Szyba

Kolejny hit z “Metra”. W oryginale śpiewany przez Kasię Groniec, przepięknie się rozwija. Raczej dla zaawansowanych gitarzystów, nigdy się go porządnie nie nauczyłem.

A ja nie

Trzeci i ostatni w moim śpiewniku kawałek z “Metra”. Dużo łatwiejszy od dwóch poprzednich. Buntowniczy, jak cały musical zresztą. Do zagrania na sześciu chwytach.

Piosenka dla zapowietrzonego

Wersja w wykonaniu Jana Kondraka jest moim zdaniem o niebo lepsza od tej późniejszej, zrobionej przez SDM. I tę właśnie wersję mam zapisaną w swoim śpiewniku. Piosenka opowiada o tym, jak dobrze mieć obie ręce i nogi, odrobinę żarcia w plecaku i optymizmu w duszy, choć noc zimna i nie ma za bardzo gdzie spać.

Życie, życie

Kolejny hit Jana Kondraka. Długa (10 zwrotek!) opowieść o nieszczęśliwej miłości.

Lekcja historii klasycznej

Wracamy do Kaczmarskiego. Trzy zwrotki z łacińskim refrenem pomiędzy. Klasyk opowiadający o szaleństwie Juliusza Cezara, który w pogardzie mając cierpienia ludu szlifuje swoje umiejętności pisarskie.

Modlitwa o wschodzie słońca

Bardzo znany kawałek duetu Kaczmarski – Gintrowski. Modlitwa o to, żeby zostać uchronionym od pogardy i nienawiści. Słowa raczej banalne, melodia też, ale wpada w ucho. Plus za zmianę tonacji w każdej kolejnej zwrotce.

Piosenka nad piosenkami

Raz jeszcze Jan Kondrak śpiewa tekst Steda. Opowieść o wędrówce. Gra rytmem i niedopowiedzeniami, w sumie nie wiem do końca o co chodzi, być może o Oświecenie. W każdym razie śpiewa się to dość przyjemnie, choć jednostajnie.

Dwadzieścia lat później, czyli spotkanie ze szkolnym kolegą w mieście Iks, gdzie czas jakiś się zatrzymałem w drodze na pewien płaskowyż andyjski.

Piosenka dzierżąca palmę pierwszeństwa w moim śpiewniku jeśli chodzi o długość tytułu. Jan Kondrak śpiewa raczej smutną opowieść o tym, jak jeden kolega odwiedza drugiego kolegę i co z tego wynikło. Końcówka piosenki jest o tyle ciekawa, że trzeba ją recytować arytmicznie, grając jednocześnie na gitarze (wymaga to odrobiny treningu). Kiedyś udało mi się ten kawałek zaśpiewać na jakimś przeglądzie piosenki studenckiej (bodajże w Toruniu) i zająć drugie miejsce, co było najwyższym zajętym przeze mnie miejscem w jakimkolwiek konkursie muzycznym, w którym brałem kiedykolwiek udział 😉

Za dalą dal

Kondrak / Stachura (tak dla odmiany). Pieśń o wędrówce (dla odmiany). Nie wiadomo co będzie. Droga jest długa. Miłość jest do bani. Wiatr wieje. Śnieg pada. Rzeki płyną. W razie potrzeby czynności powtórzyć.

Człowiek człowiekowi, czyli dziesięć wskazań i dziesięć przeciwwskazań dla ciebie, sieroto nieboża, Zygmusiu K.

Piosenka znana bardziej jako “Człowiek człowiekowi”. Śpiewana zarówno przez samego Steda jak też SDM. Zaczyna się smętnie, że ludzie są zasadniczo do bani, ale potem się pokazuje słońce, i że trzeba się nie dać, tzn. nie trzeba się dać, czy coś, a jak dobrze pójdzie to się z bliźnimi pozabliźniamy.

Piosenka dla Potęgowej

Potęgowa, prywatnie ciotka Steda (od strony matki), pojawia się w jego twórczości dość często. W tej piosence Stachura opowiada (głosem Jana Kondraka) o codziennym życiu na kujawskiej wsi, bardzo pozytywnie wspominając nieżyjącą już wtedy Potęgową.

Tango Triste

Jeszcze jedna piosenka, którą po Kondraku “zrobił” SDM – do dziś nie wiem która wersja jest lepsza. Kondrakową znałem wcześniej i jestem z nią bardziej zżyty sentymentalnie. SDM zrobił ją ciekawiej muzycznie. Choć trzeba przyznać, że Kondrak – przynajmniej w refrenie – trzyma się muzycznie kanonu tanga, więc chyba jednak punkt dla Kondraka, chociaż tak naprawdę DGCC, wiadomo.

Kasandra

Kaczmarski z bardzo prostą, za to niezwykle dramatyczną pieśnią o koniu trojańskim. Przecudnie podniesiona ze zwrotki na zwrotkę harmonia. Zdecydowanie hit, przynajmniej w moim prywatnym rankingu.

Szósta zero dwie

A tu kompletna zmiana klimatu, czyli Sławek Wierzcholski i jego Nocna Zmiana Bluesa w piosence o porannym wstawaniu. Trzy zwrotki, trzy akordy, jeden refren. Bardzo sympatyczne (i dynamiczne) słuchadło.

Mały problem

Wierzcholski w piosence, w której narrator marzy o wybrance swego serca w sposób mocno erotyczny. Tekst dość humorystyczny.

Chory na bluesa

Wierzcholski opowiada o dawnych (lata 70.) bluesmanach, którzy mieli wpływ na jego twórczość. Podobnie jak reszta jego piosenek, tu jeż jest ostro, dynamicznie i z chrypką.

Inwestycje

Nocna Zmiana Bluesa / Wierzcholski. Piosenka, którą śpiewałem kiedyś na jakimś przeglądzie, ale niczego nie ugrałem. Opowieść o tym, jak to koleżka wyrywa na potańcówce pannę licząc na coś więcej, tymczasem panna w ciemię bita nie jest i koleżce zostało tylko wspomnienie i pusty portfel.

Nie mogę dzisiaj spać

Nocna Zmiana Bluesa / Sławek W. Zblazowany kawałek o bezsenności. Świetny przykład na to, że bluesa da się zrobić z dowolnego tematu.

Miało być inaczej

Sławek Wierzcholski o bezsensie życia i o tym, że jak się chce rozśmieszyć swoich bogów, najlepiej opowiedzieć im o swoich planach.

A jeśli chcesz

Sławek W – piosenka buntownicza o wyrywaniu się spod pantofla. Nawet fajna. Dość prosta (jak większość jego kawałków), ale wpada w ucho i trafia we właściwe struny.

Dzika róża

Wiersz Gałczyńskiego, do którego stworzyłem całkiem niebanalną (jak na moje skromne możliwości rzecz jasna) melodię. Nie wiem tak do końca o co w nim chodzi, niby jest głównie o florze (róże, zboża, olchy) i architekturze (furtka, próg), ale końcówka ewidentnie sugeruje wątek miłosny (“zakochany wiatr”).

I to by było na tyle. A Ty, Czytelniku, masz swój śpiewnik? A co w nim?

Przy pisaniu powyższego zestawienia korzystałem w dużych ilościach z zasobów:

Efekty pośpiechu przy zmianie ważnych haseł

Jak się ma własną firmę, trzeba mieć konto bankowe. Nie takie “zwykłe”, ale firmowe, ze wszystkimi tego konsekwencjami: Skarbówka może nam stamtąd automatycznie pobierać należne podatki, musimy raz na jakiś czas przesłać wyciąg naszemu księgowemu i tak dalej.

Jedną z cech szczególnych takiego konta jest jego zabezpieczenie: nie tylko login i hasło (plus obowiązkowe hardware-owe 2FA), ale również bardzo skomplikowana procedura resetu hasła w razie jego zagubienia.

Jakiś czas temu przytrafiło mi się, że zapomniałem hasła i musiałem uruchomić proces jego odzyskiwania.

Jakim cudem mogłem zapomnieć hasła? Otóż po pierwsze hasła tego używam dość rzadko, bo raz, góra dwa razy na miesiąc, a po drugie w poprzednim miesiącu musiałem ustawić nowe hasło, bo stare wygasło jak co pół roku, a że się wtedy spieszyłem, to go sobie nie zapisałem. No bo przecież nie zapomnę, prawda? Osobiście uważam, że takie wygasanie haseł jest kompletną głupotą, ale co ja tam wiem o bankowości.

No więc muszę zresetować hasło. W tym celu:

  • Udałem się do najbliższego oddziału mojego banku
  • Odczekawszy swoje w kolejce zidentyfikowałem się dokumentem ze zdjęciem
  • Odpowiedziałem na zestaw pytań potwierdzających, że ja to ja
  • Odczekałem aż pan przyniesie z zaplecza dokument umożliwiający aktywację nowego hasła
  • Zapoznałem się z procedurą:
    • trzeba zadzwonić pod ten tutaj numer,
    • podać operatorowi swoje dane,
    • podać numer tego dokumentu z nagłówka,
    • zdrapać tą tutaj naklejkę, pod spodem jest PIN, który też trzeba podać,
    • odczekać aż operator zresetuje nasz profil,
    • zalogować się bez hasła,
    • ustawić nowe hasło,
    • potwierdzić operatorowi, że jesteśmy zalogowani.
  • Wróciłem do domu
  • Zadzwoniłem pod zadany numer, zidentyfikowałem się, podałem numer listu i PIN, ustawiam hasło…

I tu sobie pomyślałem: kurdę, ustawię hasło z głowy, jak ostatnio, to znów zapomnę. Pod ręką akurat żadnego długopisu / kartki. A mi tu Firefox podpowiada, że ma dla mnie funkiel nówka nieśmigane hasło, które zapamięta w moim profilu jakby co, zresztą będę mógł je sobie potem skopiować do LastPass-a (którego chwilowo akurat też nie miałem pod ręką). Dobra, lecimy. I klepnąłem to hasełko co mi Firefox podpowiedział.

  • … ustawiam hasło, wpisuję jednorazowy kod z generatora, pukam Enter, jestem zalogowany. Uff.
  • Mówię operatorowi, że wszystko gra, dziękuję, proszę, Francja elegancja, miłego dnia, do widzenia, do widzenia.
  • Kończę rozmowę.
  • Firefox pyta mnie, czy zapisać nowe hasło. Klikam mu, żeby zapisał.
  • Wylogowuję się i na wszelki wypadek loguję się jeszcze raz, dla pewności.
  • “Incorrect user name or password”
  • Yyyy, que pasa?
  • Jeszcze raz.
  • “Incorrect user name or password”

Wiem, że po trzeciej próbie system mnie zablokuje i będę musiał znów dyrdać do banku i świecić oczami przed obsługą klienta. Zaglądam w sejf z hasłami a tam zamiast mojego długiego i skomplikowanego hasła widzę…

…noż urwał twoja mać, żebyś skórkowańcu cudze dzieci uczył, żeby cię matka rodzona nie poznała, żeby cię zgaga żarła dożywotnio, żeby ci zawsze stokrotki śmierdziały, żebyś…

… widzę swój sześciocyfrowy kod jednorazowy, który wpisywałem z generatora zaraz po zmianie hasła.

Co się okazało, Firefox owszem, zapamiętał moje hasło, ale zaraz potem zauważył kod, który też był w zagwiazdkowanym polu (i pod tym samym adresem www), więc usłużnie przyjął, że to moje nowe hasło i – zapytawszy mnie wprzódy czy zapisać – zapisał. W tym samym miejscu, co hasło właściwe, nadpisując je.

Oczywiście Firefox – w odróżnieniu od takiego dajmy na to LastPass-a – nie przechowuje historii haseł. Nadpisane to nadpisane, nie odzyskam choćbym nie wiem jak się natężał.

Skończyło się na drugiej tamtego dnia wizycie w banku, tłumaczeniu całej historyjki, świeceniu oczyma i tak dalej. Na szczęście pracownicy banku mają tak naprawdę gdzieś ile razy będziemy resetować swoje hasło, bylebyśmy tylko spełniali wymogi. Ale pianą, którą wtedy wytoczyłem na swoją (i Firefoxa) głupotę można by pokryć ze trzy baseny olimpijskie…

Wniosek?

Myśleć! I zawsze mieć pod ręką coś do pisania.

6 miesięcy bez kofeiny

I co? I nic. Nie widzę żadnej różnicy w samopoczuciu ani w jakości życia.

Jakieś pół roku temu postanowiłem: koniec z kawą. Piłem tego takie ilości, że aż strach. Bywało że i osiem kaw dziennie. Więc odstawiłem, z dnia na dzień. Żadne tam stopniowe wyciszanie głodu, nie. Ciach, nie ma. Przerzuciłem się na Inkę, herbatę też ograniczyłem do minimum (jedna, może dwie tygodniowo).

Warto dodać, że nigdy nie pijałem kawy mielonej. Zawsze taką instant, ewentualnie z automatu. Czyli generalnie mazut. Świństwo. Odstawienie świństwa powinno coś tam polepszyć, prawda?

No więc – nie polepszyło. Ani nie pogorszyło. Myślałem, że będzie ciężko, że będzie mnie ssało czy coś… Ale nie, nic. Kompletnie nic. Nie zmieniło mi się ciśnienie krwi. Nie zrobiłem się bardziej / mniej senny. Nie zaczęły mi latać ręce ani nie dostałem nagłych skoków nastroju. Nie schudłem ani nie przytyłem.

Cukier mi spadł (w końcu! po czterech latach!), ale wątpię, żeby to miało coś wspólnego z piciem kawy, której przecież i tak nie słodzę.

Dziś wracam do pijania kawy, ale z dwiema istotnymi zmianami:

  1. Przerzucam się w całości na kawę mieloną (jeszcze nie wiem konkretnie jaką, będę eksperymentował) oraz
  2. planuję ograniczyć spożycie do dwóch, góra trzech kaw dziennie.

Czy spodziewam się z tego tytułu jakiejś poprawy czegokolwiek? Raczej nie. Lubię smak kawy, ale nie czuję po niej żadnego “kopa”. Nie mam też specjalnie ciśnienia na obowiązkowe wypicie kawki z rana.

No i bezwarunkowo – tylko czarna.

Świąteczna przygoda

Przydarzyło mi się w te święta, że musiałem popracować w charakterze family taxi driver, a konkretnie podrzucić babcię z punktu A do punktu B. Razem jakieś 250 kilometrów w trasie.

Z racji pandemii wszyscy są wygłodniali świata zewnętrznego, dlatego pojechaliśmy całą rodziną. Bez pośpiechu, na luzie i W Ogóle.

Nie obeszło się bez przygód!

Najpierw okazało się, że mamy niecałe pół baku paliwa. Teoretycznie powinno wystarczyć, ale po co wysuszać bak? Skoro jedziemy bezstresowo to możemy przecież stanąć na trasie, zatankować kawę, herbatę i diesla. No to zatankowaliśmy. Bak do pełna, piankowe kubki z gorącymi napojami przyjemnie parzą, jedziemy dalej.

Pamiętacie tą scenę z “Kevin sam w domu”, kiedy matka Kevina nie może sobie przypomnieć czego zapomniała, aż wreszcie z przerażeniem w oczach krzyczy na cały samolot: “KEVIN!”?

No właśnie. Chodziło mi po głowie, że czegoś zapomniałem, aż w końcu – jakieś 15 minut po odjechaniu ze stacji benzynowej – załapałem. Zapomniałem zapłacić za paliwo! Bo kawka / napoje są w jednej kasie, a paliwo w innej i “jakoś” mi wyleciało z głowy. Noż kurdę.

A więc zaraz najbliższa zatoczka, awaryjne i dzwonię. Przedstawiam się, wyjaśniam sytuację, przepraszam i pytam co dalej. A gość mi mówi, że spoko, zdarza się, nic się nie stało, że mogę do nich podjechać albo nawet zapłacić od ręki kartą teraz, przez telefon. Wybieram bramkę numer dwa, dyktuję numer karty, podaję adres e-mail do paragonu, voila! Problem z głowy. Uff.

Jedziemy dalej. I czym dalej jedziemy, tym się robi dziwniej. Że ruch mały, to logiczne. W okresie świątecznym ludzie wolą siedzieć w domach, poza tym lokalny rząd ponakładał różne restrykcje, nie wolno wyjeżdżać dalej niż, o ile się nie ma ważnego powodu i tak dalej, wiadomo. Ale od jakiegoś czasu jedyne pojazdy jakie mijamy to traktory! Duże, małe, szybsze, wolniejsze, a co najdziwniejsze wszystkie zapakowane po dach pasażerami. Zasadniczo w traktorze powinien siedzieć kierowca i już. A tu po trzy, cztery, czasem pięć osób. Ki czort?

Okazało się, że wszyscy walili na jakiś lokalny zjazd traktorów, o czym poinformował nas przydrożny znak drogowy, którego jednak nie udało mi się sfotografować.

Tuż przed dotarciem na miejsce, dosłownie niecały kilometr od miejsca, z którego odbieraliśmy babcię usłyszałem zza pleców gromką i żarliwą modlitwę do Ralfa.

Niezorientowanym tłumaczę: Ralf to bóstwo, do którego zwykle modlimy się za pośrednictwem Wielkiego Ucha Modlitewnego, obowiązkowo w pozycji klęczącej. Więcej szczegółów tutaj.

Okazało się, że Młody (lat obecnie siedem) właśnie po raz pierwszy w życiu zapadł na chorobę lokomocyjną. A że śniadanie zjadł obfite, to i skutki modlitwy znacznie przekraczały średnią krajową. Oczyszczenie tego zajęło nam dobry kwadrans, straty materialne okazały się znaczne (nie będę wyszczególniał, bo i po co, poza tym nie starczyłoby mi miejsca 🙂 ) a i tak do końca podróży zalatywało przetrawionymi płatkami z mlekiem.

Droga powrotna przebiegła bez większych problemów i niecałe pięć godzin od wyjazdu wróciliśmy do domu.

Pierwsze co zrobiłem to sprawdziłem e-mail w poszukiwaniu kopii paragonu. Ale niczego nie znalazłem. Myślę sobie, pewnie pomylili literki, nie szkodzi. Na wszelki wypadek sprawdzam wyciąg z kredytówki – wśród transakcji oczekujących są dwie z tamtej nieszczęsnej stacji benzynowej. Jedna za kawę, druga za paliwo. Szafa gra?

Yyyy… No właśnie nie bardzo gra. Bo po pierwsze kwota za paliwo się nie zgadza (miało być coś około €35 a pobrali tylko €20), a po drugie zauważam, że opisy dotyczą dwóch całkiem różnych stacji benzynowych. Obydwie położone bardzo blisko siebie, ale jednak inne.

Co się okazało?

Otóż dzwoniąc za pierwszym razem, w panice wyszukałem nie tę stację, co trzeba.

No to teraz po kolei: dzwonię na właściwą stację benzynową (czyli tą, na której tankowałem) i wyjaśniam sprawę jeszcze raz. Podaję numer pompy, przybliżony czas tankowania, przybliżoną kwotę, blachy auta…

— A, to pan! No, dobrze że pan dzwoni, bo jutro już musielibyśmy przekazać sprawę na policję. Chce pan zapłacić teraz, czy podjechać?

— Zapłacę teraz, od ręki – odpowiadam zgodnie z prawdą, po czym płacę, podaję adres e-mail na kopię paragonu, przepraszam jeszcze raz za zaistniałą sytuację, rozłączamy się w przyjaznym klimacie, trzy minuty później mam na e-mailu kopię paragonu na €37.50 z odręcznie dopisaną notką, że zapłacone przez telefon. Uff.

Następnie podjąłem próbę odzyskania €20 z tej drugiej stacji benzynowej. Zadzwoniłem do nich, ale okazało się, że w ogóle nie wiedzą o co chodzi. Bo tamten sprzedawca już skończył swoją zmianę, bo trzeba szukać transakcji, bo kolejka, ogólnie dajciemiwywszyscyświętyspokój. Ale niedługo potem przysłali mi e-maila z biura, z potwierdzeniem zapłaty €20 za “drive-off” (tak się potocznie mówi na ten rodzaj wykroczenia), więc im uprzejmie odesłałem prośbę o zwrot, bo nie ta stacja, bo pomyłka, bo panika i W Ogóle. Oddzwonili do mnie następnego dnia rano i powiedzieli, że mogę sobie podjechać i odebrać gotówkę, bo przez telefon nie da rady. Ja im na to, że mi trochę nie po drodze, bo mieszkam w innym kawałku Irlandii, a oni że nie ma paniki, koperta z moim nazwiskiem i dwudziestką w środku będzie sobie czekać na stacji nawet i rok, więc przy najbliższej okazji.

Lepszy rydz niż nic…

Wnioski końcowe?

  • Nie zapominać o zapłaceniu za paliwo; jak już się zdarzy, nie panikować.
  • Zawsze mieć pod ręką Mały Woreczek Modlitewny w razie gdyby któregoś z pasażerów nagle naszło na szybkie zdrowaśki do Ralfa.
  • Traktory są fajne!

Czego można się nauczyć podczas pandemii

Nie wiem jak reszta świata, ale ja się niedawno nauczyłem jak nie tynkować ściany.

Przydomowy ogródek mamy otoczony z trzech stron murem z betonowych cegieł. Szary. Z szarą fugą pomiędzy. Trochę się to kojarzy z obozem koncentracyjnym lub więzieniem.

Znaczy się – trzeba otynkować.

Na jutubie sprawa wyglądała całkiem prosto. Łopatka, wiaderko, cement, woda, piasek w odpowiednich proporcjach, wymieszać, nałożyć, odczekać, voila!

Ale jak powszechnie wiadomo teoria z praktyką zgadza się tylko teoretycznie, bo w praktyce to już niekoniecznie.

Zakupiwszy wiaderko, łopatkę, cement i piasek wymieszałem wszystko w zadanych proporcjach i dalejże nakładać.

Znaczy… właśnie. Co ja nałożę – to odpada. I tak apiat’ w kółko aż mi ręce zaczęły odpadać, oczy zalane teraz potem, wszystko dookoła ufajdolone cementem, noż motyla wasza noga, w dziuplę jeża, rwać nać. I Wogle.

Na szczęście poddałem się na tyle szybko, że ogólne straty były względnie niewielkie. Posprzątałem wszystko ładnie, po czym zadzwoniłem po fachowca. Fachowiec przyjechał, wymieszał, nałożył, zainkasował i pojechał. Ani zbyt drogo nie było, ani potem sprzątania za dużo…

Czego by się teraz nauczyć? Hmmm.

Teoria vs praktyka, czyli miało być fajnie a wyszło jak zawsze.

“W teorii praktyka pokrywa się z teorią. W praktyce jednak na ogół różni się od niej dość mocno.”

Powyższe stwierdzenie bawi mnie od lat. Z wyjątkiem oczywiście sytuacji takich jak teraz, kiedy zamiast bawić – ponuro uczy.

Jako że od kilku ładnych lat pracuję “na swoim”, swoich kolejnych pracodawców klientów wybieram sobie sam. Prawdę powiedziawszy nie za wiele różni się to od “normalnego” szukania pracy. I tu i tam mogę wybierać swoją następną galerę, grubość łańcucha i tak dalej.

Ostatnio jednak trochę się rozleniwiłem, trochę opuściłem gardę… I wystarczyło. Otóż u ostatniego klienta przepracowałem pięć lat zamiast zwyczajowych kilku – kilkunastu miesięcy. Klienta nagrał mi w 2015 roku pośrednik, co było o tyle prostsze, że pośrednik ów ma takich klientów całe mnóstwo (w razie gdyby jeden wyleciał, inny zaraz przyleci), a marża, jaką pobiera za “usługę” jest względnie nieduża (i płaci ją tak naprawdę klient).

Po pięciu latach klient doszedł do wniosku, że dalej dadzą sobie radę beze mnie, o czym pośrednik poinformował mnie mniej więcej w połowie kwietnia. A do tego dodał jeszcze, że nie mam się co martwić, bo mają już dla mnie nagranego kolejnego klienta. Podobne pieniądze, troszkę inny zestaw technologii do opanowania (nic, co by mnie miało przerazić), lokalizacja idealna jeżeli chciałbym nadal dojeżdżać pociągiem (chciałbym!); ogólnie cud, miód i orzeszki.

Ponieważ niemartwienie się mam wbudowane w sam rdzeń swojego systemu operacyjnego, ostatnie cztery tygodnie spędziłem w trybie relaksacyjnym. Głównie dokumentując zawartość swojego mózgu, żeby nie zostawić pięcioletniego klienta na lodzie. Oprócz tego czekałem cierpliwie na umowę z kolejnym klientem, która była już w przygotowaniu i lada dzień miała mi zostać dostarczona do podpisania.

Z lada dzień zrobił się lada tydzień.

Z lada tydzień zrobiła się kiszka, bo nowy klient w ostatniej chwili zmienił zdanie, a pośrednik przyznał otwarcie i bez większych skrofu… skrupułów, że innych klientów chwilowo nie mają, bo pandemia i krucho, więc tego, ten. Au revoir.

Tym samym dosłownie ostatniego dnia pracy u starego klienta dowiedziałem się, że (a.) jednak nie mam nagranej kolejnej pracy oraz (b.) pośrednik nie za bardzo może mi pomóc. Owszem, przebąknęli coś, że w czerwcu postarają się dać mi zajęcie w jakimś mini-projekcie u jednego ze swoich aktualnych klientów, żebym nie został całkiem bez dochodu, ale ogólnie od lipca jestem znów swoim sterem, żeglarzem i okrętem.

Odkurzyłem swój stary excelowy dzienniczek szukania pracy, przefasonowałem cefałkę, żeby była trochę mniej bardziej tu oraz trochę bardziej mniej ówdzie (czytaj: udało mi się skompresować 7 stron CV do 2) i zaczynam Wielkie Szukanie Nowej Pracy. Po raz chyba osiemnasty czy dziewiętnasty w życiu, a więc bez większego stresu, ale po raz pierwszy w czasach zarazy, a więc będę chyba musiał się oszczyc i Wogle.

Moja fryzura wygląda obecnie tak:

Sam bym siebie nie zatrudnił z takim generatorem pseudolosowym na czerepie. Coś z tym trzeba zrobić…

Niechciane reklamy

Kilka lat temu narzekałem tutaj (nie po raz pierwszy zresztą i jak się za chwilę okaże – nie ostatni) na skomplikowane biurokratyczne procedury, którymi polscy obywatele poddawani są w rozmaitych instytucjach bez żadnej wyraźnej przyczyny. No chyba że dla frajdy systemu obserwującego milcząco jak delikwent wije się wbity na paragraf niczym dzikun na haczyk wprawnego wędkarza.

Niedawno miałem wątpliwą przyjemność trafić w żarna owej machiny raz jeszcze. Co prawda w sprawie wyjątkowo mało ważnej i niegroźnej, ale i tak ciśnienie mi podskoczyło niebezpiecznie.

Otóż dawno, dawno temu, zanim jeszcze w ogóle pomyślałem o tym, żeby wyjechać z kRaju przytrafiło mi się wziąć kredyt w jednym z polskich banków (dlaczego? Bo nie umiem kupować aut z drugiej ręki – tu cała historia). A właściwie nawet nie banków tylko kas pożyczkowych. Kredyt pracowicie spłaciłem, ale moje dane już zostały w systemie i od tamtej pory z regularnością TGV dostawałem od nich reklamy usług finansowych. Reklamy, na których otrzymywanie wprawdzie zgodziłem się małym druczkiem, ale jednak wysyłane całkiem niepotrzebne, bo w międzyczasie wyemigrowałem i pod starym polskim adresem teraz tylko kurz, pajęczyny i róże jerychońskie.

Myślę sobie, trzeba coś z tym zrobić. Szkoda lasów Amazonii.

Zadzwoniłem więc pod numer oddziału, w którym 16 lat temu brałem kredyt w nadziei, że mi pomogą. Pomogli. Podając inny numer telefonu, do centrali. Podziękowałem, rozłączyłem się i dalej kręcić: 0048801… i co? I nic. Okazuje się, że zzagramanicy na 0801 dodzwonić się nie da.

Dzwonię więc z powrotem pod ten pierwszy numer i mówię, że zeroosiemset nie bardzo. Pani mi wtedy podała adres e-mail, pod który mam napisać i oni już te nieszczęsne listy anulują i będzie świetlana przyszłość, tęcze, jednorożce i ogólna szczęśliwość.

Podziękowałem raz jeszcze, rozłączyłem się i nabazgrałem e-maila pod tamten adres, że proszę o nie wysyłanie mi żadnej korespondencji bo mnie już tam nie ma i te de i te pe.

Po dwóch dniach przyszła odpowiedź, że oni pod tym e-mailem to za wiele nie mogą, ale że moja prośba od biedy podchodzi po reklamację, więc mam złożyć reklamację. Osobiście, listownie lub telefonicznie. I podali numer telefonu (nie 0800… o dziwo).

Dzwonię więc, czekam grzecznie w kolejce (dobrych piętnaście minut, widać kolejki do obsługi klienta teraz dłuższe bo ludzie trzymają większy dystans jeden od drugiego, bo wirus-świrus) – wreszcie miły pan odebrał, przedstawił się i zapytał o co kaman. No to mu objaśniam, że korespondencja, że nie mieszkam, że lasy Amazonii, że Wogle. Pan na to, że spoko nie ma problemu, on to zaraz w systemie uaktualni, tylko muszę mu podać kilka swoich danych, żeby mógł mnie zidentyfikować. Zaczynając od numeru członkowskiego.

Jakoś tak się akurat pechowo złożyło, że nie miałem przy sobie numeru członkowskiego, o czym pana niezwłocznie poinformowałem. Pokręcił nosem i powiedział, że w takim razie może być PESEL. Jak każdy porządny obywatel znam swój PESEL na pamięć, więc mu od razu podyktowałem 11 cyferek. Potem imię, drugie imię, nazwisko, wreszcie nazwa ulicy z mojego adresu w ich systemie.

Podałem tę nazwę ulicy i się okazało, że się nie zgadza. No bo, głupi, podałem ulicę z tego adresu, na który mi wysyłali reklamy, a powinienem był podać ulicę ze starego adresu zameldowania (który był całkiem inny). Spróbowałem wytłumaczyć, że to jednak tamta inna ulica, ale mnie przegadał mówiąc, że nie można tak metodą prób i błędów bo nie i już, skoro nie podałem za pierwszym razem poprawnej odpowiedzi, to sorry Batory on już nic nie może zrobić, do widzenia.

Zanim jednak się rozłączył, zdążyłem mu przeczytać fragment tego e-maila, który mi wcześniej przysłali jego koledzy z centrali. Jak tylko doszedłem do punktu o reklamacji facet od razu zmienił nastawienie.

— A, czyli chce pan złożyć reklamację?

— No… w sumie to chcę żebyście mi państwo przestali przysyłać reklamy pocztą, ale jeżeli inaczej niż przez reklamację się nie da, to tak. Składam reklamację.

— Oczywiście, proszę chwilę poczekać…

Potem padło pytanie o imię, drugie imię, nazwisko, numer członkowski, którego mimo najszczerszych wysiłków ciągle nie znałem, więc pokręcenie nosem, pesel, numer telefonu…

— Czemu taki długi?

Tu przez chwilę nie wiedziałem czy się zarumienić czy ucieszyć (a może jedno i drugie?), ale zaraz załapałem, że jemu chodzi o numer telefonu, bo Irlandia ma trzycyfrowy kierunkowy, więc razem z dwoma międzynarodowymi zerami wyszło coś z 14 cyfr. Wyjaśniłem to cierpliwie do lekko już spoconej słuchawki, wreszcie sakramentalne pytanie:

— Jaka ma być treść reklamacji?

Myślę, kurdę, co by tutaj… No i wymyśliłem: “Proszę nie przysyłać mi żadnych materiałów reklamowych.”

Pan się nieco zdziwił.

— Tylko to jedno zdanie?

— Tak.

— Dobrze, już zapisuję. Zanim będę mógł przyjąć pańską reklamację, muszę odczytać taką formułkę RODO, jakby pan był uprzejmy odsłuchać jej w całości bez przerywania to szybciej pójdzie.

— OK, proszę czytać…

Bez przesady, przez kolejne trzy do czterech minut koleś czytał tę nieszczęsną formułkę w tempie godnym podziwu. Widać, że nie był to jego pierwszy raz ani nawet nie drugi. Kiedy poczułem, że głowa zaczyna mi opadać, padło sakramentalne:

— Czy ma pan jakieś pytania?

Wstrzymałem z całej siły chęć zapytania o dowód hipotezy Goldbacha, Riemanna i ABC, nie zapytałem też kim jestem, skąd i dokąd zmierzam ani nawet którędy na Grunwald. Zamiast tego skłamałem krótko:

— Nie. Nie mam.

— W takim razie dziękuję, reklamacja została przyjęta. Życzy pan sobie odpowiedzi pocztą, telefonicznie? Widzę, że podał nam pan swój adres e-mail, możemy wysłać odpowiedź drogą elektroniczną.

— Może być e-mail.

Pożegnaliśmy się uprzejmie i po dwudziestu dziewięciu minutach połączenie wreszcie się rozłączyło. Dopiero potem pomyślałem sobie, że mogłem jeszcze potwierdzić ten adres poczty elektronicznej, bo 16 lat temu to ja jeszcze używałem jakiegoś starego adresu z Interii, a może z Onetu? Czort wie.

Tak czy siak, jeżeli reklamacja przejdzie, to strumień reklamowej makulatury powinien wyschnąć. A jak nie, to będę reklamował ponownie. Wtedy jednak przygotuję sobie poduszkę pod cztery litery i jakiegoś Netflixa na boku.

O.