Studnia życzeń

Stoję nad studnią życzeń, wrzucam do niej monetę i życzę Ci dobrze. Nasz najlepszy czas już minął. Trzeba iść naprzód.

Jak w każdej przyjaźni mieliśmy wzloty i upadki, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nie udało nam się dojść do końca. Takie życie.

Gdzieś po drodze coś poszło nie tak. Można było o tym pogadać, ale czekaliśmy z tym zbyt długo. Pewnych rzeczy nie da się odkręcić. Takie życie.

Nie wiem co będzie. Nie wiem, gdzie przynależymy. Koło fortuny nie przestaje się obracać. Góra, dół, góra, dół. Takie życie.

Więc żegnaj, Przyjacielu; mam nadzieję, że życie potraktuje Cię dobrze. Czas rozstać się z przeszłością. Może kiedyś się jeszcze spotkamy – a może nie. Takie życie.

Stoję nad studnią życzeń, wrzucam do niej monetę i życzę Ci dobrze.

Kącik poezji: „This Be The Verse”

Dawno temu założyłem, że od czasu do czasu będę tu pisał o poezji. No i napisałem: trochę o Świrszczyńskiej, trochę o Barańczaku, trochę o Waligórskim(1, 2, 3, 4, 5). I to w zasadzie tyle. Kącik poezji umarł śmiercią naturalną.

I sobie leżał taki umarnięty.

Aż do dziś 😉

Zmarły w 1985 roku Philip Larkin był poetą bliżej mi nie znanym. Nigdy przedtem o nim nie słyszałem, nie czytałem żadnych jego wierszy ani innych utworów.

Szesnaście to ładna, okrągła liczba

Przerzucić szuflą szesnaście ton węgla dziennie to już nieco trudniejsze zadanie[citation needed].

Autor tego blogu ma niejakie doświadczenie w tej materii, tu można poczytać: !klik!

W połowie zeszłego wieku górnicy w Kentucky mieli przesrane. Zarabiali grosze (no dobrze: nie grosze, tylko centy), które od razu musieli oddać firmie w ramach spłaty długu. Szli do pracy zaraz po opuszczeniu ciepłej, bezpiecznej macicy, pracowali po 30 godzin na dobę, w zasadzie poza pracą nie widzieli świata. W kontaktach z innymi ludźmi byli agresywni, oschli i agresywni. I oschli.

Dualizm gorączkowo-uderzeniodrogowy

Harmonia ma dwanaście dźwięków. Daje to nieskończenie wielką liczbę kombinacji, dzięki czemu nowe, oryginalne piosenki powstają cały czas i nic nie zapowiada, żeby proces ten miał się kiedykolwiek zakończyć.

Czasem jednak – a tak naprawdę dość często, tylko nie zawsze to widać na pierwszy, ani nawet na drugi rzut oka – dwie pozornie całkiem różne piosenki okazują się być oparte na identycznej kombinacji dźwięków i rytmów.

На шее мелких четок ряд

Dawno, dawno temu miałem w życiu epizod fascynacji poezją rosyjską .

Nawiasem mówiąc język rosyjski zawsze do mnie przemawiał i do dziś uwielbiam jego lekkość i miękkość. Niestety, nieużywany od lat, schował się gdzieś w jakimś pełnym kurzu i pajęczyn zakątku tyłomózgowia, pozostawiając na wierzchu jedynie bierną jego znajomość. Próba rozmawiania po rosyjsku kończy się nieodmiennie jąkaniem i intensywnym machaniem ręcyma, ale czytanie i słuchanie – i rozumienie – idzie mi całkiem nieźle.

Hau, hau, hau, hau!

Jak już kiedyś pisałem, za młodu przytrafiło mi się kilka razy odwiedzić festiwal Olsztyńskie Noce Bluesowe, gdzie – na ogół – nocowałem w hotelu „Wysoka Brama” (bardzo fajne miejsce – w zasadzie jedyny hotel w pobliżu amfiteatru, na który było mnie wtedy stać). Festiwal ów trwał przeważnie trzy dni. W ciągu dnia człowiek się włóczył po mieście, a pod wieczór szedł do amfiteatru, gdzie słuchał najrozmaitszych bluesowych kapel z całego świata, a jak chęć naszła to i potańczył i popodrygiwał na deskach, drąc się przy okazji w niebogłosy z resztą tłumu.