Spal, żółw, te kalendarze

Tytułowy cytat pochodzi bodajże z repertuaru Kabaretu OTTO.

W związku z niedawną zmianą czasu z letniego na zimowy w Sieci jak zawsze pojawiło się mnóstwo niczego nie wnoszących artykułów piętnujących te "sztuczne" tricki z zegarkiem.

Przy okazji ich lektury natrafiłem też na interesujące zagadnienie: otóż kwestia czasu letniego / zimowego i owego nieszczęsnego przesunięcia o godzinkę w tę czy we w tę jest tak naprawdę marginalna, jeżeli porównać ją z potworem o imieniu Strefy Czasowe.

Niektórzy sądzą, że można by się raz na dobre pozbyć stref czasowych.

Tak, tak właśnie. Zamiast konieczności kojarzenia która w danym miejscu na świecie jest akurat godzina, wszędzie byłaby dokładnie ta sama godzina, wzięta z Greenwich (dlaczego akurat stamtąd? pewnie z przyzwyczajenia...)

Tylko że takie podejście co prawda upraszcza kwestie liczenia czasu (startuję samolotem o 14:00 z Irlandii, ląduję o 17:00 w Polsce - ile czasu leciałem?) poprzez zredukowanie liczby stref czasowych z trzydziestu dziewięciu (!!!) do jednej, ale w zamian dodaje inny element komplikujący sprawę: nasze zegary biologiczne jednak podążają za słońcem. Tak więc mielibyśmy sytuację, kiedy to w Nowym Jorku śniadanie jadłoby się o godzinie 12 w dzień (pi x oko), bo tam wówczas byłby "poranek słoneczny", "południe" (w sensie słońca stojącego najwyżej na niebie) wypadałoby w okolicach czwartej po, khem, południu, a kolację jadłoby się w okolicach 12 "w nocy". Za to Australijczycy mieliby swoje piękne zachody słońca około siódmej "rano".

Krótko mówiąc trzeba by było sobie wyrobić nowe przyzwyczajenia w kwestii zależności między godziną zegarową a słoneczną porą dnia w poszczególnych krajach.

Moim zdaniem wyszłoby na to samo. Bo i tu i tam musimy "tłumaczyć" czas słoneczny z "naszego" na "ich" i odwrotnie.

Natomiast kompletnie odrębnym zagadnieniem jest kwestia uporządkowania dni i miesięcy w roku. Zamiast obecnych "szczerbatych" ilości dni w poszczególnych miesiącach można by to tałatajstwo ujednolicić do 28, kosztem dodania jednego miesiąca, a także potraktowania daty "Nowego Roku" jako odrębnej, nienależącej do żadnego miesiąca. W takim układzie mamy:

13 miesięcy po 28 dni: 13 x 28 = 364 plus jeden dzień na Nowy Rok = 365 dni - i wszystko cacy. A raz na cztery lata zrobiłoby się dwudniowy Nowy Rok, żeby załatwić kwestię lat przestępnych. Byłaby okazja na większą imprezę noworoczną i ewentualne leczenie większego kaca.

No ale niestety to tylko marzenia ściętej głowy. Inercja urzędnicza (a także religijna - wiele elementów kalendarza opiera się na zdarzeniach z różnych starożytnych powieści SciFi) jest na tyle duża, że nikomu się nie opłaca lobbować za takim lepiej zorganizowanym, 13-miesięcznym kalendarzem.

Cóż. Zostaje jak jest 😉

Zapisz się
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
5
0
Zapraszam do skomentowania wpisu.x
()
x