Arytmetyka zmiennoprzecinkowa: nie taki diabeł straszny jak go malują

Programiści (albo bardziej ogólnie: fachowcy od komputerowego przetwarzania danych) dzielą się na dwa obozy: jedni twierdzą, że używanie danych zmiennoprzecinkowych jest fajne, wygodne i bardzo, bardzo precyzyjne – a drudzy, że ze względu na zaokrąglenia, jakie występują na ostatniej (najmniej znaczącej) pozycji operacjom zmiennoprzecinkowym ufać nie można i należy ich unikać jak diabeł święconej wody.

Wcześnie zaczynamy

Othello to fajna gra, o czym już zresztą pisałem tu i tu.

Niedawno nasz Latorośl przyuważył, że gram w Othello na swojej Patelni i zażyczył sobie, że on też chce grać.

Najpierw próbowaliśmy zagrać na prawdziwej planszy. Efekty są takie, że połowa pionków jest teraz pod kanapą, druga połowa za szafą, a trzecia, najmniejsza połowa w pudełku.

Długi weekend to dobry weekend

Ostatni weekend był bardzo intensywny. Zaproszony jakiś czas temu kolega z Polski zdecydował się – ku mej słabo ukrywanej zgrozie 🙂 – przyjąć zaproszenie i w piątek późnym wieczorem zwalił nam się na chatę wraz z żoną i trójką dzieciaków w wieku od 11 do 17 lat.

Czyli – krótko mówiąc – dodatkowa piątka ludków na chacie przez cały weekend.

Było wesoło 😉

Uroki irlandzkiej pogody

Jak mówi stare irlandzkie powiedzenie, jeżeli nie widać gór, to znaczy, że pada, a jeżeli góry widać, to znaczy, że będzie padać.

Albo, jak mawia mój szwagier, „dawno nie padało, pojutrze będzie dwa dni…”

Wpisy o pogodzie są nudne – no bo ileż można, nieprawdaż. Tym bardziej, że mieszkając w Irlandii w zasadzie nie widzę niczego poza deszczem, chmurami i ogólnie pojętą szarzyzną. Prawda?

Prawda. Z tym, że – już chyba na tym blogu tradycyjnie – gówno prawda. Lokalna pogoda potrafi zaskoczyć nie tylko polskich drogowców, ale nawet autochtonów.

Subiektywny obiektywizm

Od wczesnych lat młodzieńczych staram się wszem wobec i każdemu z osobna szczycić swoim obiektywizmem oraz umiłowaniem do faktów. Zamiast opierać się na przesądach, rzeczach zasłyszanych, plotkach lub zabobonach (ewentualnie przedbobonach – temat bobonów omówiłem dość szczegółowo tutaj), staram się zawsze dotrzeć do sedna sprawy i wyrobić sobie opinię na dany temat w sposób zgodny ze stanem faktycznym.

Postmodernistyczna szafa grająca z polskim akcentem

Jeżeli ktoś czytuje mojego bloga częściej niż raz, być może kojarzy odkrycie, jakiego dokonałem jakiś czas temu w ramach poszerzania swoich muzycznych horyzontów.

Dobra muza nie jest zła, czyli Pi-Dżej

Pełna nazwa zespołu brzmi „Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox”, ale dla uproszczenia sami nazywają siebie PMJ. Kapela specjalizuje się w przerabianiu współczesnych kawałków pop na modłę jazzową w stylu lat, pi x oko, dwudziestych zeszłego wieku.

Jakiś czas temu udało mi się upolować dwa bilety na koncert PMJ. Wczoraj po pracy wziąłem żonkę pod pachę i raźnym krokiem pomaszerowaliśmy do Vicar Street na widowisko.