Ćwiek na rozdrożach

Skończyłem wczoraj „Krzyż Południa. Na rozdrożach” Jakuba Ćwieka. Jest to druga (po „Gotuj z papieżem”) przeczytana przeze mnie książka tego autora, ale z pewnością nie ostatnia.

Książka opowiada o czasach Wojny Secesyjnej. Roi się w niej od postaci różnych generałów, pułkowników, ich żon, synów, sióstr i bratanków. Jest sporo o czarnych niewolnikach, jeszcze więcej o nienawiści Północy z Południem.

Książka nie aspiruje do miana powieści historycznej, o czym autor dobitnie wspomina na okładce – owszem, jest tam całkiem sporo okruchów prawdy, jednak wplecione są tam też wątki całkiem zmyślone, a miejscami nawet fantastyczne (aczkolwiek nie w stylu Gwiezdnych Wojen, wszystko się ładnie komponuje z duchem epoki).

Na przykład jest plemię Indian, którzy są w posiadaniu jedynego (i całkiem sporego) złoża metalu, który pod wpływem wysokiej temperatury emituje energię (czyli, krótko mówiąc, nie stygnie po nagrzaniu), i którego dziesięć gramów wystarcza na wytworzenie pary wodnej potrzebnej na przejechanie paruset kilometrów.

Jest też wątek mistyczny w postaci tytułowego Krzyża Południa. Jeremiah Cross jest „dobrym zbójem”, potomek człowieka, ma jednak zdecydowanie nadludzkie możliwości.

Jest postać pewnego kaprala, który ma wszędzie krewnych, ponieważ kilka pokoleń wcześniej to właśnie jego liczna rodzina zaczęła zaludniać dziką jeszcze wówczas Amerykę, stąd też na każdym kroku spotyka jakiegoś stryja, kuzyna czy innego powinowatego. Wynika z tego sporo zabawnych sytuacji, zwłaszcza gdy ów krewny okazuje się być wysokiej rangi oficerem.

Książkę czyta się jednym ciągiem i ciężko przestać (a to dobrze świadczy), krew leje się gęsto, przeplatana niewybrednym wojskowym humorem. Narracja jest wieloosobowa i wielowątkowa, wątki i osoby spotykają się bądź rozmijają. Wszystko napisane ze sporym rozmachem, a przy tym – ze względu na ogromną ilość postaci historycznych – lektura sprawia wrażenie bardzo „autentycznej” w sensie merytorycznym. Prawie jak by się tam faktycznie było.

W skali dziesięciostopniowej daję książce osiem.

Polecam.

Teatrzyk „Zielona Gęś” przedstawia

Jak już kiedyś nadmieniałem, wymyślanie tytułów wpisów na tym blogu nie jest moją najmocniejszą stroną. A więc po pierwsze, nie teatrzyk tylko teatr, po drugie nie żaden drób tylko Grand Canal Theatre (przemianowany jakiś czas temu na Bord Gáis Energy Theatre, prawdopodobnie w celu uniknięcia członu „anal” w nazwie, aczkolwiek istnieje również hipoteza, że teatr wszedł w konszachty z lokalnym dostawcą prądu i gazu), a po trzecie… Nie, nie ma po trzecie. Czytaj dalej Teatrzyk „Zielona Gęś” przedstawia

Lektura do poduszki: „Krótka historia czasu”

Skończyłem niedawno czytać „Krótką historię czasu” Hawkinga (to ten gość ze stwardnieniem bocznym zanikowym, któremu w latach 70. dawano nie więcej niż kilka lat życia, a który jeszcze jakoś żyje, chociaż co to za życie…). Czytaj dalej Lektura do poduszki: „Krótka historia czasu”

Przechadzki

Kilka dni temu zagadał do mnie znienacka Przemek Bujko. Osobnik ów wyraził chęć wyprowadzenia mnie na spacer w Marlay Park. Dałem się bez większych oporów namówić (pomimo tego, że mama mówiła, nie zadawaj się z obcymi w Internecie itd). Tym samym wczoraj w okolicach południa, ze swoją Małżą pod pachą oraz z kurtką przeciwdeszczową pod drugą pachą, dreptałem na spotkanie kolejnego polsko-irlandzkiego bloggera-ignormatyka. Czytaj dalej Przechadzki

3.1415926535zza półdomowa

Wróciwszy wczoraj z moją lepszą Połówką do domu stwierdziliśmy, że mamy apetyt na pizzę. Większość składników już była pod ręką, brakowało tylko szynki, salami i sera.

Zapuściliśmy więc drożdże na ciasto, dziewczyny obrały pieczarki i wrzuciły je na patelnię, a ja udałem się do pobliskiego spożywczaka uzupełnić braki. Czytaj dalej 3.1415926535zza półdomowa