Coffee maker

Dawno temu, w mojej pierwszej pracy na mym irlandzkim wygnaniu, przydarzyła mi się scenka dość radosna, acz krótka.

Pierwszy dzień w pracy. Ja trochę zestresowany, bo wszystko w obcym języku, a mój angielski był wtedy w powijakach, w dodatku w północno-zachodnich regionach Irlandii mówi się z koszmarnym akcentem, a żeby było jeszcze ciekawiej, niektórzy koledzy byli z pochodzenia Szkotami. Dziś uwielbiam szkocki akcent, ale wtedy go szczerze nienawidziłem.

Czyli tak: kupa nowych twarzy do zapamiętania, każda ma jakieś imię, które wypadałoby skojarzyć, gadają tak, że pożal się boziu, byłem jedynym Polakiem w firmie, więc przychodziły tłumne pielgrzymki, jak do jakiegoś zoo, krótko mówiąc: działo się.

Jak już się trochę uspokoiło, jak już się przywitałem ze wszystkimi zainteresowanymi, jak już zacząłem w miarę kojarzyć ludzi z mojego teamu oraz zorientowałem się, którędy do WC, a którędy do kącika z kawą, klapnąłem sobie przy biurku i pomyślałem, że w sumie to mogło być gorzej z tym pierwszym dniem. Żadnego większego faux pas, przyszłość zapowiadała się w miarę optymistycznie. Nie jest źle.

I wtedy podszedł do mego biurka niejaki Barry, z kubkiem świeżo zaparzonej, pachnącej kawy. Postawił mi tę kawę na biurku i przedstawił się:

– Hi, I’m Barry. The coffee-maker. And here’s your coffee.

Podziękowałem mu ładnie i zwróciłem uwagę, żeby następnym razem przyniósł czarną i z mniejszą ilością cukru. Pomyślałem sobie też, kurdę, fajnie, firma zatrudnia dodatkową osobę tylko do parzenia kawy. Co prawda nie słyszałem nigdy o czymś takim, ale przecież nowy kraj, nowe zwyczaje, c’nie?

Barry na odchodne powiedział, że jak będę chciał więcej kawy, mam mu dać znać.

I sobie poszedł.

I wtedy koledzy z teamu, obserwujący całą tą scenę bardzo uważnie, nie wytrzymali i parsknęli śmiechem. I wyjaśnili mi, że owszem, to faktycznie był Barry. I żebym się nie martwił, bo on ma bardzo specyficzne poczucie humoru.

Kim był tajemniczy Barry?

CEO firmy, jakże by inaczej.

Pewnie powinno mi się było wtedy zrobić trochę głupio, ale jakoś mi się nie zrobiło, no bo skąd miałem wiedzieć? Zamiast tego szczerze się ucieszyłem, że trafiłem do firmy, której właściciel jest na tyle wyluzowany, żeby udawać nisko wykwalifikowanego pracownika dla zwykłej hecy.

Nie we wszystkich firmach tak jest. Ale w niektórych – owszem, i cieszę się, że do jednej z nich trafiłem zaraz na początku swojej emigracyjnej kariery.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz