Freedom of speech

O tym jak złudna jest wolność, w jej demokratycznym ujęciu, każdy się dowie prędzej czy później. Fajnie, jeżeli nie na własnej skórze. Gorzej, jak człowieka dopadnie i ugryzie w sam środek dupy. Mnie póki co nic nie dopadło. Jakoś idę przez życie, bez większych buntowniczych zarzewi, jednak od czasu do czasu zdarza mi się czytać o zupełnie absurdalnych problemach, jakie trafiają się ludziom, którzy chcą dobrze, a wychodzi jak zawsze.

Przykład numer jeden: jakiś czas temu pewien facet poszedł sobie z żoną do kina. Sprawa miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, które, jak wiadomo, wolnościami wszelakimi się chwalą na lewo i prawo, ale jak się bliżej przyjrzeć, bywa różnie. Poszedł więc do owego kina, mając na nosie Google Glass. Ponieważ gość miał wadę wzroku, miał w Glass wstawione swoje standardowe soczewki korekcyjne. Przed wejściem okulary wyłączył, bo to kino, wiadomo. W połowie filmu jakiś uprzejmy pan podszedł do niego, machnął legitymacją i nakazał wyjść na zewnątrz. Okazało się, że pan był z FBI, i że oskarżył naszego głównego bohatera o nielegalne filmowanie zawartości ekranu celem późniejszego podzielenia się ową zawartością i uzyskania przychodu ze sprzedaży filmu na czarnym rynku.

Facet próbował się bronić, próbował im wyjaśnić, że przecież to można sprawdzić, że on im pokaże, że ani na Glass, ani na jego laptopie, nie ma żadnych nielegalnie kopiowanych materiałów. I że Glass ma takie światełko, które się bardzo wyraźnie świeci przy nagrywaniu. I ekranik, który byłoby widać w ciemnej sali kinowej, gdyby Glass były włączone. Nic to jednak nie dało i trzymali gościa kilka (a może kilkanaście? nie pamiętam już) godzin. Indagowali go, żeby im powiedział skąd ma takie okulary. Potem, kto jest jego szefem, bo chcą zamknąć cała szajkę piracką a nie jedną płotkę. Już prawie chcieli zaaresztować właścicieli Google (stamtąd przecież pochodzą okulary), na szczęście w końcu pojawił się jakiś „spec” od komputerów, który istotnie potwierdził, że nic nielegalnego nie zaszło, żadnych kopii nigdzie nie ma i pan może swobodnie iść do domu. W ramach wynagrodzenia niewygód dali mu dwa darmowe bilety do tego samego kina, na dowolnie wybrany seans. Czyli, krótko mówiąc, ochłapy.

Przykład numer dwa: tu jest dużo ciekawiej. Otóż jedna z renomowanych amerykańskich uczelni udostępnia swoim studentom i pracownikom wykaz wszystkich kursów i zajęć, w postaci wewnętrznego, uczelnianego serwisu internetowego. Wykaz ów obwarowany jest różnymi srogimi zakazami i regulaminami, w szczególności nie wolno żadnych prezentowanych tam informacji „wynosić” na zewnątrz sieci, ani w całości ani w kawałkach.

Rozwiązanie miało jedną zasadniczą wadę: ciężko było się zorientować, które z kursów mają najwyższe noty wśród studentów, ponieważ dane były prezentowane w bardzo szczegółowy i nieco zagmatwany sposób. Dlatego też jeden sprytny student stworzył portal, który karmił się danymi z tej bazy uczelnianej, ale wyświetlał dane w sposób dużo bardziej przejrzysty i uporządkowany. Ponadto, żeby z niego skorzystać, trzeba było się zalogować swoimi oryginalnymi, uczelnianymi danymi. Od tej pory dane o kursach były dostępne w o wiele bardziej czytelnej postaci. Mnóstwo studentów zaczęło z tego nowego portalu korzystać, co przyciągnęło wreszcie uwagę szefostwa uczelni. I co się okazało? Strona została zablokowana na firewallach uczelnianych, a jej autora poproszono kategorycznie o jej zamknięcie, bo przechowywała dane na serwerach poza siecią uczelnianą, łamiąc tym samym jakieś podpunkty. Ów człowiek stronę grzecznie zamknął, bo nie chciał wchodzić w konflikt z własną uczelnią. Opisał jednak sprawę dość szczegółowo na swoim blogu.

Dosłownie tydzień później pojawiło się bardzo podobne rozwiązanie, które jednak nie łamało żadnego z podpunktów regulaminu. Mianowicie, ktoś stworzył dodatek do przeglądarki Chrome, który, korzystając z danych z oryginalnego portalu, „w locie” analizował je i wyświetlał w bardziej czytelnej postaci, niezwykle podobnej do tego „na siłę” zamkniętego portalu.

Dlaczego uczelnia broniła się przez tym rozwiązaniem? Otóż okazało się, że dzięki bardziej czytelnej formie prezentacji danych, dużo kursów zaczęło tracić na popularności, bo miały niskie rankingi wśród studentów, czego na pierwszy rzut oka nie było widać.

Efekt końcowy był taki, że rektor uczelni wystosował do wszystkich „poszkodowanych” oficjalny, publiczny list z przeprosinami i z obietnicą, że zamierza przyjrzeć się bliżej kwestiom kursów oraz jakości prezentowanych na ich temat danych. Co z tego tak naprawdę wyniknie – nie wiadomo, ale tu przynajmniej „walka z systemem” dała jakiś pozytywny oddźwięk.

Tutaj linki do obydwu opisanych dziś historii:

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Freedom of speech"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
SlaveckM
Gość

Cóż, USA to dziwny kraj, który skończył mniej wiecej się na Wojnie Secesyjnej. Dalej już tylko gorzej 🙂

A pod rządami aktualnego prezia jest co raz to bardziej lewacki, więc absurdów będzie niedługo na pęczki.

wpDiscuz