Kreator mody

In Pod prąd by xpil0 Comments

Zdarzało mi się robić w życiu różne rzeczy. Leciałem szybowcem. Pstrykałem zapałkami. Budowałem wirtualne kasyno. Wszedłem w wojskowych butach do indyjskiej świątyni. Trzymałem odbezpieczony granat (złośliwi twierdzą, że za krótko). Oglądałem obrady Sejmu.

I robiłem parę innych rzeczy, o których teraz nie będę pisał, bo muszę mieć jakieś tematy w razie niemocy twórczej.

Jednak jednej rzeczy nigdy nie zrobiłem: bycie kreatorem mody. Elegancki wygląd zdecydowanie nie jest moją domeną. Od młodości golę się z częstotliwością komety Halley’a (czy komety się w ogóle golą?). Strój roboczy nazywam złośliwie „zbroją”, w odróżnieniu od „łachmanów”, którym to mianem określam wszystko, co zbroją nie jest.

Sytuacja uległa niewielkiej poprawie po tym, jak się ożeniłem. Teraz golę się z częstotliwością komety Encke.

O czym to ja miałem dziś…

… ach, racja. Właśnie. Ubiór. Jednym z elementów zbroi jest – obowiązkowo – koszula. Koszula ma to do siebie, że pasuje zarówno do pełnej zbroi, jak też do półpancerza. Półpancerzem określam strój roboczy piątkowy, czyli łachmany (czytaj: dżinsy) od pasa w dół oraz zbroja – od pasa w górę.

No a skoro koszula, to obowiązkowo rękawy.

A skoro rękawy, to mankiety.

Tą oto drogą wysublimowanej dedukcji docieramy do guzików w mankietach.

Guziki czasem są, a czasem ich nie ma – te bardziejsze wersje koszul zamiast guzików mają bowiem same dziurki, w które wpina się – uwaga – SPINKI.

Spinki mają to do siebie, że stanowią osobny element zbroi. Pasują do wielu koszul. Teoretycznie mogą też służyć do podkreślania innych elementów stroju, osobowości, poglądów politycznych, stosunku do służby wojskowej (jeżeli zamiast spinek i śnieżnobiałych mankietów mam na sobie moro, to znaczy, że właśnie odbywam służbę wojskową, albo że skończyły mi się czyste ubrania) i tak dalej.

Spinki mają jedną niezaprzeczalną wadę, która objawia się zwłaszcza u osób nieco roztargnionych (cecha geniuszów i moja). Mianowicie łatwo je zgubić, ponieważ – w odróżnieniu od guzików – spinki są osobno. Wspominałem już o tym? Chyba tak. Ale jestem nieco roztargniony, więc trzeba mi wybaczyć. O tym też wspominałem?

Nie szkodzi.

Dawnymi czasy, kiedy to miałem udać się na jakąś NWRK (Niezwykle Ważną Rozmowę Kwalifikacyjną), moja Małżowina stwierdziła, że tym razem mam pójść odstawiony na tip-top, to może wreszcie dostanę coś lepszego niż to ciągłe szorowanie garów. Poszliśmy więc do sklepu ze zbrojami i nabyliśmy tam lekką kolczugę w wersji bez guzików. Za to ze spinkami.

Rozmowa kwalifikacyjna poszła tak sobie, na szczęście spinek mi nie zabrali. Zgubiłem je zaraz po powrocie do domu. To znaczy tak: nie zgubiłem, tylko położyłem w jakimś BCM (Bardzo Charakterystycznym Miejscu), żeby w żadnym wypadku nie zapomnieć, gdzie są. No i pewnie leżą tam do dziś. Ciekawe, gdzie to jest…

Tak czy siak, od tamtej pory mam tę jedną (super-elegancką, taka jej mać) koszulę z mankietami bez guzików i bez spinek.

W międzyczasie trafiła się jakaś (przepraszam za wyrażenie) promocja, w ramach której kupiłem pięć koszul w cenie siedmiu – dopiero w domu okazało się, że to koszule na spinki, ale bez spinek (i od razu wiadomo, skąd promocja). Wszystkie te koszule zostały powieszone w szafie z koszulami, ale tak bardziej z boku, żeby było Wiadomo.

A w szafie jak to w szafie, czasem ktoś nowy się wprowadzi, czasem parę wieszaków pójdzie w odwiedziny do sąsiadów, normalna sprawa. W efekcie od czasu do czasu zdarza się, że koszule bez spinek trafiają do ogólnej puli koszul. No i bywa, że czasem muszę w panice prasować sobie koszulę z guzikami na pięć minut przed porannym wymarszem z domu. A czasem, jak nie mogę znaleźć instrukcji obsługi żelazka, idę do pracy w t-shirt-cie (tiszercie? t-shirt’cie? t’Shieer’mBwazaar? hm) i udaję, że myślałem, że jest sobota.

Raz mi się nawet zdarzyło zamontować w mankietach bezguzikowej koszuli spinki zastępcze skonstruowane z białych, metalowo-plastikowych zamykaczy worków na chleb. Późne rokokoko, jak bonie dydy. No ale, jak już zdaje się wspominałem, kreator mody ze mnie żaden.

Jednakowoż niedawno dojrzałem do tematu i podjąłem męską decyzję: chcę spinki!

Normalny człowiek poszedłby do sklepu ze spinkami. Ja natomiast – z wydajną pomocą Żony, która ucieszyła się, że mąż wreszcie znormalniał i chce coś eleganckiego do ubrania – wlazłem na wuwuwu kropka cośtamcośtamspinkicośtam kropka ie, gdzie namierzyłem za całkiem rozsądne pieniądze trzy pary eleganckich spinek. Spinki zostały zamówione i wczoraj – dotarły. Trzy pary, czyli razem sześć spinek.

Dziś rano – po raz pierwszy od tamtej słynnej NWRK, podjąłem heroiczną próbę zainstalowania spinek w koszuli. Ponieważ zdolności manualne u mnie są mniej więcej takie, jak zdolność utrzymania długotrwałej koncentracji u dwulatka, zamiast przyczepić spinkę do mankietu, posłałem ją w pewnej chwili po krzywej zbliżonej do paraboli w kierunku środka Ziemi. Z tym, że doleciała tylko do podłogi, gdzie natychmiast wykonała rozmnażanie przed podział. Efekt: jedna duża spinka, działająca, i dwie małe, niedziałające 😉

Na szczęście w pobliżu nie było dzieci, więc wyrażenia, które sekundę potem wydobyły się z górnej końcówki mojego przewodu pokarmowego, dotarły wyłącznie do moich własnych uszu, które natychmiast zwiędły.

No i dobrze.

Druga para spinek została już zainstalowana w warunkach bardziej zbliżonych do laboratoryjnych, czyli na kanapie. Tym razem się udało i zaledwie dziesięć minut później pierwszy mankiet był już zaspinkowany. Z drugim poszło mi dwa razy szybciej.

Ostatnią parę spinek (tę nierozmnożoną) Żona na wszelki wypadek schowała w jakimś BCM, żebym ich nie pogubił.

Reasumując, mam teraz zbroję ze spinkami. Wygląda… jak wygląda, szału nie ma. Tylko te cholerne spinki odstają, więc używanie klawiatury jest dość problematyczne. Trzeba położyć obydwa nadgarstki na powierzchni stołu i odrobinę przekręcić mankiety, tak, żeby spinki znalazły się nieco z boku. Jeżeli się tego nie zrobi, spinki boleśnie wrzynają się w nadgarstki, co może być świetnym treningiem dla przyszłych ukrzyżowanych, ale ja raczej za takie atrakcje podziękuję. A jak się to zrobi, to można w miarę wygodnie używać klawiatury, pod warunkiem, że nie trzeba sięgać po mysz. No i wygląda się trochę, jakby człowieka przykleili Kropelką do blatu biurka.

Zaraz, zaraz… Cholera, mogłem kupić tubkę kleju akrylowego zamiast tych #&&$$%$% spinek. Taniej by wyszło, i prościej…

Dziwny świat.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz