Kretyn też może blogować

Opowieść o tym, jak mój ostry jak żyleta umysł poradził sobie z najbardziej niezwykłym problemem inżynieryjnym dwudziestego pierwszego wieku.

Przyszło mi niedawno obsługiwać windę towarową.

Czemu tak? No cóż, przekwalifikowałem się. Zamiast siedzieć przed monitorem w korpo i rozgryzać tajniki programowania w pałer-szel czy esku-el, wolę kierować windą. Więcej się dzieje. Jest guzik w górę, jest guzik w dół, jest wybór. Można podejmować samodzielne decyzje. Po trzech latach może nawet dostanę awans na Starszego Bezpiecznikowego.

Zanim przejdę do meritum dzisiejszego wpisu nadmienię najpierw, że od niepamiętnych czasów uważałem się za człowieka w miarę kumatego. Nie jestem tu zresztą żadnym wyjątkiem, prawie każdy uważa się za ponadprzeciętnie inteligentnego, co w oczywisty sposób przeczy logice.

„Think of how stupid the average person is, and realize half of them are stupider than that.”
— George Carlin

Jednak logika logiką a ja i tak uważałem się zawsze za człowieka nie najgorzej wyposażonego w Departamencie Myślenia. Udało mi się kiedyś nawet uzyskać dyplom magistra inżyniera, czyli w skrócie MGR INŻ, co według polskiej nomenklatury rozwija się jako „Można Gówno Robić I Nieźle Żyć”. Z elektroniki ten magister, czyli w sumie z takiej bardziej zaawansowanej elektryczności. Nie uważam, że jakikolwiek dyplom sprawia, że człowiek jest lepszy lub gorszy od innych, ale skoro już włożyłem w ten dyplom sporo pracy i sześć lat studiów (nikt nie mówił, że będzie łatwo, trzeba było jeden rok powtórzyć), to pewnie coś tam o tym przepływie elektronów wiem, prawda?

Prawda?

No dobra. Porzućmy już ten pseudointelektualny bełkot, ponieważ – jak mawia bohaterka jednej z moich ulubionych książek – prędzej czy później nadchodzi ten moment, że trzeba albo zacząć srać, albo opuścić wychodek.

Pi x oko przedwczoraj musiałem przewieźć parę ciężkich, sporych kartonów z parteru na piętro. Miałem na szczęście do dyspozycji windę towarową o udźwigu jednej tony, a do tego jeszcze taką sprytną dwukółkę, żebym nie musiał tych kartonów targać ręcznie. Taka winda działa dość prosto:

  1. Otwiera się drzwiczki.
  2. Wkłada się towar do windy.
  3. Zamyka się drzwiczki.
  4. Bierze się w łapę wielkiego pilota z dwoma przyciskami (tak naprawdę z trzema, ale jeden jest do awaryjnego stopu; jeszcze go nie umiem obsługiwać więc udam, że go nie ma)
  5. Naciska się przycisk odpowiadający pożądanemu kierunkowi jazdy windy.
  6. Czeka się, aż winda przemieści się z dołu do góry (bądź też z góry na dół, w zależności od obranego przez nas kierunku wędrówki)
  7. Winda zatrzymuje się automatycznie. Puszczamy przycisk.
  8. Otwieramy drzwiczki
  9. Wyciągamy towar.
  10. Voila! (jeżeli nie umiemy po eskimosku, zamiast „wuła-la” można zakrzyknąć „hurra”, „hejże-hop!” lub zajodłować)

No i teraz akcja właściwa. Zgodnie z powyższym schematem pokonałem punkty 1-5, po czym zawiesiłem się między 5 a 6. Winda bowiem nie drgnęła nawet o milimetr, chociaż naciskałem przycisk w górę tak, że bielał mi kciuk. Spróbowałem też bez większej nadziei nacisnąć przycisk w dół, co było o tyle bezcelowe, że winda znajdowała się już na dole.

Sprawdziłem pierdylion razy, że wszystkie drzwiczki są podomykane.
Sprawdziłem, że wszystkie czujniki wykrywające pozycję windy są we właściwych pozycjach.
Sprawdziłem, że żaden karton nie wystaje poza krawędź windy (a nuż jest jakaś fotokomórka?)

Nabiegałem się przy tym po wąskich, metalowych schodkach kilka razy, bo pilot jest na piętrze a drzwiczki, kartony i winda na parterze (są też drzwiczki na piętrze, które również sprawdziłem uważnie – zamknięte).

Zrezygnowany zadzwoniłem do właściciela tego bajzlu, ale odezwała się automatyczna sekretarka (nie dziwota, było po 11 wieczorem).

Jeszcze bardziej zrezygnowany zadzwoniłem do firmy ochroniarskiej zajmującej się ochroną obiektu. Czemu akurat tam? Ponieważ był to jedyny numer telefonu, który udało mi się znaleźć koło tej cholernej windy. Byli bardzo uprzejmi, trochę zdziwieni, końcem końców, jak już wyjaśniłem, że nie, nie utkwiłem w windzie pasażerskiej tylko próbuję uruchomić windę towarową, przeprosili bardzo i powiedzieli, że sorry Batory, ale oni nic nie wiedzą. Nie ma zagrożenia? No to nie pomogą.

Kompletnie zniechęcony całą tą sytuacją, porzucony, bez perspektyw na jakąkolwiek pomoc odwiesiłem wreszcie aureolę na kołek, otworzyłem drzwiczki od windy i pracowicie, niczym stukilogramowa mróweczka, zaniosłem wszystkie te ciężkie pudła na pięterko piechotą. Wąskimi, metalowymi schodkami. Jedno po drugim. I jeszcze jedno. I jeszcze. I tak do usranej.

Nazajutrz, kiedy tylko przedziwnie żółty dysk naszej gwiazdy macierzystej zaróżowił pnące się aż po horyzont połacie łąk, pagórków i owiec, kiedy połoniny rozjarzyły się zdecydowanym karminem rozsłonecznionych wrzosów, kiedy złowrogi pas nadmorskich chmur uległ sztyletom świetlistej poświaty…

Zaraz, o czym to ja…

Nazajutrz rano wykonałem telefon do właściciela obiektu z tą nieszczęsną windą. Pani, która odebrała, była bardzo zdziwiona. Powiedziała, że do tej pory nikt jeszcze nie zgłaszał awarii tej windy. Widać wszystko musi mieć swój pierwszy raz. Wyraziłem głośno i wyraźnie swoje niezadowolenie, na co pani z drugiej strony bardzo przeprosiła i obiecała wezwać inżyniera, który windę niezwłocznie naprawi.

Inżyniera, rozumiecie? Ja tu z magistrem do nich, a oni mi jakiegoś inżyniera chcą podesłać. Dyletanci cholerni.

Tego samego dnia po południu winda oczywiście nadal nie działała. Miałem już skląć irlandzką bylejakość i brak słowności, kiedy pojawiła się babka, z którą wcześniej rozmawiałem. Przeprosiła, że nie miała wcześniej czasu żeby się windą zająć, ale że już sprawdza o co chodzi.

Wdrapała się na pięterko po wąskich, metalowych schodkach.

Wzięła pilota.

Nacisnęła guzik.

Winda… oczywiście nie zareagowała. No popsuta, jak nic.

Pani podeszła do ściany i przełączyła wielki przycisk zasilania.

Wzięła pilota.

Nacisnęła guzik.

Winda ruszyła.

Gdyby nie to, że w miejscach publicznych staram się zachować resztki przyzwoitości, stek wyzwisk lecących z mych ust korali na temat moich własnych (najwyraźniej nieistniejących) walorów intelektualnych mógłby zapełnić Encyklopedię Britannica.

Po raz kolejny przekonałem się, że urządzenia elektryczne działają dużo lepiej, kiedy się je podłączy do prądu. Muszę to sobie w końcu zapamiętać…

P.S. Żeby było zabawniej dowiedziałem się jeszcze, że gdybym poprzedniego dnia odsłuchał wiadomość na automatycznej sekretarce do końca, dostałbym numer telefonu komórkowego na wypadek jakiejkolwiek awarii. Ale kto by tam słuchał głupich automatycznych sekretarek do końca. C’nie?

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

8 komentarzy do "Kretyn też może blogować"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Rzast
Gość

Urządzenia elektryczne działają dużo lepiej, kiedy się je podłączy do prądu

W ramki i na ścianę. Ileż ja się naprawiłem sprzętów przez:

podłączenie wtyczki do gniazdka
włączenie przełącznika na obudowie
wciśnięcie przycisku na pilocie

no z 70% przypadków lekko kalkulatorem licząc… 😉

Ania
Gość

Do ramki i na ścianę, proponuję dodać także cytat o sraniu i wychodku oraz Pana Carlina. No i tytuł wpisu :v

Zazwyczaj jak się wyłącza, włącza i wyłącza, to wszystko powinno zacząć działać…

Jaro
Gość

po kiego grzyba ktoś wyłączył windę wyłącznikiem głównym? Pewnie też bym nie wiedział o co chodzi i raczej bym nie kombinował z wyłącznikiem.

Butter
Gość

Ze wszystkich dóbr rzadkich rozum jest dobrem najsprawiedliwiej podzielonym, bowiem nikt nigdy nie uskarża się na brak rozumu – Kartezjusz

Motylek
Gość

Oj dawno się tak nie uśmiałam!
Dodam, że warto też czasem poczytać instrukcję obsługi – też pomaga!
(Ale za to zaliczyłeś niezły „work out” – mięśnie też trzeba ćwiczyć, nie tylko szare komórki…)

Andrzej
Gość

Hehe. Też ukończyłem PL z identycznym tytułem (niestety tylko 5 lat, byłem zbyt leniwy, zeby powtarzać cokolwiek) i zdarzają mi się podobne sytuacje.
Nie dalej jak tydzień temu wynajmowałem mieszkanie w Wawie na kilka dni. Dostałem klucz, poszedłem pod wskazany adres i po 10 minutach siłowania się z zamkiem dzwonię do właścicielki mówiąc, że klucza nie mogę przekręcić. No zepsuty jak nic. No to babeczka zdalnie mnie instruuje, żeby wziąć klucz taki i taki (no kurcze, nie jestem dzieckiem) i włożyć do go DOLNEGO zamka. DOLNEGO, cholera. A ja 10 minut usiłowałem przekręcić klucz w górnym 🙂

Jacek eM
Gość

Ja Ci powiem lepiej – urządzenia nieelektryczne podłączone do prądu, albo nawet nieurządzenia nieelektryczne też czasami działają lepiej podłączone do prądu. Tak mi dzisiaj zadziałał zlew w kuchni metalowy – kopnął mnie świniak parchaty, aż mi zęby zadzwoniły.

wpDiscuz