Rozwód?

Zdaje się, że po 5.5 latach wzorowego małżeństwa przyjdzie mi się wreszcie rozwieść z moim operatorem telefonii komórkowej. No bo jakże to tak? W 2006. roku nabyłem w drodze kupna dwa numery telefoniczne w O2. Jeden dla mnie, drugi dla mojej lepszej połówki. W systemie pre-paid bo kto to jeszcze wtedy wiedział, że przyjdzie mi pozostać na emigracji taki szmat czasu?

Chwilę potem zachciało mi się nowego telefonu (byłem gadżeciarzem…) więc podpisałem kontrakt. Od razu na dwa numery, żonka też niech ma jakąś fajną zabawkę do dzwonienia.

Potem była druga smycz, 18-miesięczna. W sumie, przez pięć i pół roku miałem w O2 trzy abonamenty; teraz mam czwarty (zachciało mi się mieć Samsunga Galaxy S – krótko go miałem jak już pisałem wcześniej, ale smycz została).

Nagle, całkiem przypadkiem, dowiaduję się, że nie mogę dzwonić za granicę. No ale po kolei.

Kolega zanabył dwa bilety na koncert Claptona w Londynie, na ten czwartek. Chwilę potem okazało się, że jego współkoncertowicz zachorzał srodze i nie może z nim lecieć – wpadł więc ów kolega na pomysł taki, że znajdzie w Londynie kogoś kto lubi Claptona, i kto – w zamian za bilet – przekima go gdzieś na kanapie (lub, z braku kanapy, choćby i w piwnicy na worku z węglem) bo kolega nie księżniczka i nie musi dupy po hotelach wozić.

A ja akurat mam tam znajomego, który mógłby się nadać. Dalejże więc za telefon i dzwonię. A tu zamiast ‚halo’ słyszę tylko ‚pi-piiiip’. Po trzech próbach myślę sobie, nic, pewnie chłop zmienił numer. Ale że uparty jestem jak wół, znowu łapię za telefon i dzwonię do Polszy, do rodziny tego kolegi z Londynu, po jakiś aktualny numer. I znów nic tylko ‚pi-piiiip’ i ‚pi-piiiip’.

No tu już cóś mię tkło. Dzwonię więc do operatora mojego kochanego i mówię, operatorze kochany, pipczy mię w słuchawce zamiast halować, weźże mię odblokuj bom w potrzebie. A tam mi na to mówią, że ja świeży abonamenciarz jestem i że muszę odczekać 3 miesiące bądź też przedpłacić 99€.

Hak wam w smak, myślę sobie, nie po to się przerzuciłem z pre-paid na abonament żeby teraz cokolwiek przedpłacać. Tym bardziej, że jestem stały klient, zarobili na mnie już kupę forsy przez te 5.5 roku i nigdy żadnych problemów nie stwarzałem. Spieniony jak fale Dunaju dzwonię do nich raz jeszcze, i potem jeszcze raz, klaruję wszystko jak krowie na rowie, ale równie dobrze mógłbym gadać do meduzy. Czekaj albo płać – ot i wsio.

Pienistość mi już przeszła (z racji zawodu nie zwykł żem się pienić za długo, szkoda zdrowia i czasu) – ale żal pozostał. Jak mi się tylko smycz skończy, przechrzczę się na jakiegoś wodafona czy innego meteora. Pożyjemy, zobaczymy.

Tymczasem, borem lasem!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz