Sen 12: Słonecznie, z przejaśnieniami

Dawno już nie miałem tak realistycznego, a zarazem tak różnego od wszystkich poprzednich, snu. Nie wiem za bardzo skąd mi się taki sen wziął. Nie jestem psychologiem. Może i lepiej.

***

Schodzę po kamiennych schodach, rozszerzających się ku dołowi w wachlarz znikający w zbrązowiałej, wyschniętej trawie. Wiem, że to już dziś.

Dziś wszyscy umrzemy i nikt z tym nic nie może zrobić.

Idę po dzieciaki, bawiące się w falach przypływu. W domu, za kamiennymi murami, może przeżyjemy o pięć minut dłużej.

Córka stoi, zapatrzona w jaśniejący powoli horyzont. W wieku ośmiu lat doskonale rozumie co się dzieje. Po drżącym policzku spływa jej łza. Synek raczkuje w samej pieluszce, pluskając małymi, różowymi rączkami o lekko falującą taflę letniej wody.

Biorę córkę za rękę, synka pod pachę i szybkim krokiem wracamy po zwężających się, kamiennych schodach, do przypominającego trochę średniowieczny zameczek domu. Na szczycie schodów stoi żona, z lekko pociemniałymi z gniewu i strachu oczyma.

Wszyscy wiemy.

Kilka dni temu w mediach podano, że przez Układ Słoneczny przemknęła z podświetlną prędkością niewielka czarna dziura, destabilizując ziemską orbitę. W efekcie Ziemia spada teraz zwężającą się spiralą na Słońce. Za parę dni będzie tu już tylko wyżarzony do tysięcy stopni żwir. Zanim pierwsze języki plazmy zaczną łapczywie lizać powierzchnię naszej życiodajnej planety, jedynym dowodem na to, że kiedykolwiek istniało tu jakieś życie, będą bakterie na pokładzie obydwu Voyagerów.

Ale to wszystko nie ma już znaczenia. Łapczywie wpatruję się w całą trójkę, napawam się ostatnimi minutami. Wiem teraz, co czuli wszyscy skazańcy, zanim stryczek zacisnął im się wokół szyi, zanim usłyszeli świst topora, zanim kiloampery przepaliły ich korę mózgową. Zanim.

Dobrze im tak, skurwysynom.

Szybko wchodzimy do środka. Siadamy na podłodze, za najgrubszą kamienną ścianą. To ta w salonie. Podnoszę wzrok i pół metra wyżej widzę parapet, nad którym rozżarza się właśnie piekło.

– Mój miś!

Córka wyrywa się i biegnie w stronę zabawki, która na jej oczach zamienia się najpierw w płonącą kulę, a chwilę potem w kupkę szarego popiołu. Rzucam się za nią. Za sobą słyszę wesołe gaworzenie synka i nieartykułowany krzyk żony.

Za późno.

Czuję, jak coś bardzo gorącego omiata mi plecy i tył głowy.

Ostatnie, co mi się przytrafia na tym świecie, to swąd spalenizny. Ból jest niewyobrażalny, ale nie mam już jak krzyczeć.

***

Budzę się, zlany potem.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz