Jeszcze nie, ale już prawie

W ostatni weekend mój nienarodzony (jeszcze) syn zrobił nam trochę zamieszania. Otóż w trakcie standardowej wizyty u polskiej pani dochtór, takiej co to się gówniarza ogląda przez specjalne ultradźwiękowe okienko, waży się go i mierzy, i szturcha tym takim czymś, żeby się lepiej ustawił do kamery, żonę złapał skurcz, a za chwilę drugi. Pani dochtór stwierdziła: zaczyna się, jak nic! Proszę teraz szybciutko do szpitala – i rodzić! Czytaj dalej Jeszcze nie, ale już prawie

W szponach irlandzkiej służby zdrowia

Wczoraj zdarzyło nam się odbyć wycieczkę do NMH celem przeglądu brzuszka mojej od ponad pięciu miesięcy ciężarnej Żonki. Wizytę mieliśmy umówioną na dziewiątą rano; za dziesięć dziewiąta zameldowaliśmy się na recepcji, dostaliśmy pokaźny stos makulatury, z którym przykazano nam siedzieć i czekać aż nas wywołają. Czytaj dalej W szponach irlandzkiej służby zdrowia

Wiarusy i wirusy

Wiarusy, bo się już gnieździmy w tym zakątku świata prawie siedem lat. A wirusy, bo mimo tego gnieżdżenia, w dalszym ciągu każdej zimy dajemy się napocząć jakimś drobnoustrojom, dzięki czemu kichamy, prychamy, kaszlemy, gorączkujemy, czyli ogólnie wyglądamy jak siódme nieszczęścia. Żadna to frajda, za to ubaw niewąski, zwłaszcza jak się złapie grypę żołądkową. Dziecko już się nauczyło przynosić termometr co 20 minut, żeby jej zmierzyć temperaturę. Czytaj dalej Wiarusy i wirusy

Lapisuj, a do wesela się zagoi

Urodziłem się w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych zeszłego stulecia. Nie dość, że miałem solidnie wklęśniętą jedną stronę czaszki (lekarze sugerowali wywalenie mnie do kosza z odpadami szpitalnymi, bo szanse na przeżycie były ich zdaniem zerowe), to w dodatku cierpiałem na zapalenie spojówek. Czytaj dalej Lapisuj, a do wesela się zagoi