Wymarzona Wigilia

xpil - 2016/12/24 - Pod prąd /

Święta Bożego Narodzenia nieodmiennie kojarzą mi się z milionowymi życzeniami „wesołych świąt”. W zasadzie jeżeli miałbym być wesoły w stopniu wprost proporcjonalnym do ilości otrzymanych w tym czasie życzeń, musiałbym przez resztę roku oddychać podtlenkiem azotu, co prawdopodobnie nie wyszłoby mi na zdrowie, ale przynajmniej umarłbym posrany ze śmiechu.

W tym roku Wigilię mieliśmy kompletnie, ale to kompletnie od czapy.

Pomysł narodził się kilka miesięcy wcześniej i okazał się strzałem w dziesiątkę.

Na czym polega magia naszej tegorocznej Wigilii?

Ha!

Na niczym 😉

Dosłownie: na niczym.

Po prostu kompletnie, totalnie, absolutnie odpuściliśmy sobie w tym roku Święta Bożego Narodzenia.

Hm. No dobra. Może nie całkowicie. Pozostawiliśmy może z pięć procent, odpuszczając sobie pozostałych dziewięćdziesiąt z hakiem.

Była choinka?

Była. Dalej jest. Ale taka nieduża (może z metr pięćdziesiąt) i w podstawce drucianej (zamiast tradycyjnej donicy), dzięki czemu już zaczyna usychać, chociaż stoi dopiero parę dni. Kot jest choinką zachwycony.

Były prezenty?

Były. Młody był tak nasiąknięty wizją Mikołaja (ech, przedszkole), że szkoda nam było odpuścić sobie ten element. A więc w nocy przyszedł Mikołaj i pozostawił prezenty pod choinką.

Były uszka?

Były, ale takie z zamrażalnika ze sklepu (to znaczy najpierw ze sklepu, a potem z zamrażalnika) odsmażane na patelni, bez barszczu. Innymi słowy zwykłe pierożki podsmażane na masełku.

Zamiast barszczyku wciągnęliśmy po zupce Vifonu, a co. Jak szaleć to szaleć! Na bogato!

Żeby nie było, Żonka upiekła też dwa serniki. To znaczy tego, ten. Jeden upiekła, drugi na zimno. Wspierałem ją, głównie duchowo, bo moje umiejętności kulinarne nadawałyby się co najwyżej na scenariusz trzeciorzędnego filmu katastroficznego. Guzik od Thermomixa mogę nacisnąć, jak mi się powie który i kiedy 😉

I to by było na tyle jeśli chodzi o tradycyjne świąteczne, khem, tego, znaczy, tradycje.

Wigilię 2016 spędziliśmy przy Xboxie, obejrzeliśmy też ze dwie albo i trzy części „Szybkich i wściekłych”. Posiedzieliśmy z dzieciakami, pobawiliśmy się autkami, klockami, puzzlami. Potargaliśmy kota za uchem i zaraz potem za drugim uchem. Opiliśmy się herbatą i sokami.

Zero gotowania (nie licząc tych dwóch serniczków), wariackiego sprzątania, martwienia się o to, ile potraw przyrządzić, kto może z glutenem a kto bez, kto jest wege a kto niewege, kogo zaprosić, kogo gdzie posadzić, kto przyjdzie, jaki duży obrus zainstalować i tak dalej.

Żadnych gości.

Żadnych wizyt.

Nawet się opłatkiem nie połamaliśmy, bo nie mieliśmy opłatka. Co najwyżej opłatą za prąd byśmy się mogli podzielić, ale że tu się płaci rachunek za prąd co dwa miesiące, a ostatni był w listopadzie, to nawet ten obowiązek nam odpadł.

Krótko mówiąc dzień przebimbany na kompletnym luzie i nicnieróbstwie.

Nawet mi się nie chciało za gitarę złapać i zagrać standardowego zestawu kolęd. Pochwalę się (a co!), że umiem całkiem ładnie zagrać Cichą Noc, Przybieżeli, Oj Maluśki, Gdy Śliczna Panna i parę innych kolędziszcz, ale takie hopsztosy to mają sens kiedy zawita do nas ktoś bardziej oczytany ze śpiewackim rzemiosłem. Ja tam większość tekstów znam w wersji „na-na-na…”, zresztą jak widać z powyższego opisu mieliśmy tę Wigilię w wersji absolutnie świeckiej, więc jakoś głupio by było znienacka z kolędą wyskoczyć.

Przyznam się szczerze, że obydwoje z Żonką trochę się obawialiśmy tego eksperymentu. Dziwne to jest, ale człowiek przed Świętami dostaje zawsze małpiego rozumu, przepuszcza dwie pensje na różne duperele, szykuje tyle żarcia, że dałoby się tym wykarmić brygadę pancerną przez rok, gania w tę i we w tę jak kot z pęcherzem, totalnie sobie dezorganizuje życie przez ten tydzień czy dwa przed Świętami tylko po to, żeby usiąść do tej nieszczęsnej Kolacji, zjeść, pogadać, odchorować obżarstwo – i szykować się do sylwestrowego ochleju. Dziwne to jakieś.

Jednak warto raz w życiu (naprawdę to nasza pierwsza Wigilia spędzona w taki sposób) spróbować się opanować, spojrzeć na ten cały świąteczny pierdolnik trzeźwym okiem i zrobić na przekórw.

Jeszcze nie wiemy, czy za rok powtórzymy ten manewr. Zobaczymy. Ale w tym roku nie żałujemy ani minuty tak spędzonego świątecznego czasu. Dla mnie – bomba.

A teraz, żeby nie było – tak naprawdę obydwoje z Żoną uwielbiamy świąteczną atmosferę. I gości, i tę lekko uroczystą podniosłość połączoną nieodmiennie z podniosłą uroczystością. I nawet te cholerne życzenia, które chciałoby się słyszeć rozłożone bardziej równomiernie przez cały rok, a nie tylko w grudniu – no więc nawet ten nawał życzeń ma jakiś tam swój urok. I ten kosmiczny zapierdziel w kuchni, i na zakupach. Chociaż jesteśmy niewierzący i wiemy, że od strony teoretycznej to jedna wielka lipa jest, to jednak rozumiemy potęgę spotkania się w gronie najbliższej rodziny i przyjaciół, i wspólnego spędzenia czasu.

Ale każdemu polecam przynajmniej  raz w życiu spróbować sobie odpuścić. Tak całkowicie. Niezapomniana sprawa 🙂

3
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
ToniJaroStefek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Stefek
Gość
Stefek

To juz moje drugie „swieta” w podobnym stylu. W tamtym roku postanowilem o wyzszosci bogow ateistycznych nad sklepowymi i postanowilem olac temat jednoczesnie jednak przygotowujac sie do nich… Jednym z elementow przygotowan byla oczywiscie kuchnia, gdzie postanowilem spelnic swoje wieloletnie marzenie i zjesc pizze w wigilie, co radosnie sie stalo. W tym roku postanowilem jednak nie przygotowywac sie wcale. Zero. Przeciez jakiekolwiek przygotowania, nawet do pizzy, to nadal przygotowania. Slepy los wiec postanowil, ze kolacja anty wigilijna czy tam swiateczna (na szczescie nie sledzilem za bardzo jaki dzien jest) bedzie chili. Blad popelnilem jednak zglaszajac sie na ochotnika do pracy w ten weekend. Troche nadal to bylo jakos w poprzek. Obiecuje sobie, ze w przyszlym roku bedzie zero przygotowan, zero dzialan anty ani pro. Zamierzam przestac zauwazac swieta kompletnie.
Co mi to daje?
Spokoj.
W czasie ostatnich kilku dni slyszalem x historii o magii swiat typu ten sie obrazil na tego za to, a tamten nagadal costam – na szczescie 100% to historie poza mna.
Swiety spokoj.
Zawsze po swietach czulem sie wykonczony fizycznie i psychicznie. Dzisiaj, mimo pracy 9ty dzien z rzedu, jestem radosny i wypoczety.
Zyczen nie lubilem nigdy. Zadnych. Zawsze smierdzialo mi to hipokryzja po brzegi wiaderka.
I tu pamietam jedna z ostatnich takich protez swiat spedzonych z rodzina. Lamania sie oplatkiem odmowilem juz jakies 25 lat temu albo wiecej i nikt nie mial z tym problemu wiekszego. W ktoryms momencie odmowilem uczestniczenia w hipokryzji skladania zyczen w ogole. Wolalem dokonczyc cos tam przy garach, kiedy przyszla do mnie moja siostra z pretensjami:
– Chodz zlozyc zyczenia!
– Przepraszam, ale to nie sa moje swieta i nie chce w tym brac udzialu.
– No oplatek to rozumiem ale zyczenia moglbys nam zlozyc – prawie wysyczala
– Ale ja wam zycze dobrze caly rok a nie tylko w jakis jeden dziwny dzien…
Chyba dotarlo, bo widac bylo jak cala hipozlosc ulatuje z niej i wraca jej tlen.
Wiec w przyszlym roku zero przygotowan, zero pracy, zero swiat nawet przeciw.
Tego sobie i wam zycze… ups!

PS. Sylwestra juz mi sie udalo jako tako ominac tez. Polecam

Jaro
Gość
Jaro

to jest dobra kolęda

Toni
Gość

Też twierdzę, że nic na siłę. O ile odpowiada to wszystkim domownikom, nie ma problemu. Ja odpuściłem święta już bardzo dawno temu, z kilku minimalnie powodów.

%d bloggers like this: