Pokalanie: recenzja

Recenzja powieści „Pokalanie” Piotra Czerwińskiego.

Młodość jest jak te butelki, które rozwalaliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa, dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże.

Wstyd się przyznać, ale przez te wszystkie lata nie miałem jeszcze okazji przeczytać „Pokalania” Piotrka Czerwińskiego.

Wstyd, bo znam się z Piotrkiem od jakiegoś czasu i chociaż nasze życiowe drogi zeszły się tylko na krótko, do dziś trzymamy sztamę i wymieniamy się na bieżąco rozmaitymi nowinkami z kraju i ze świata.

Ponadto Piotrek jest jedynym znanym mi osobiście pisarzem przez wielkie Pe, a więc nie takim, który bloguje cichaczem jak nikt nie widzi, tylko takim z krwi i kości, który wydaje książki na papierze, a ludzie je potem kupują za prawdziwe pieniądze (lub też kradną z Chomika za obrzydliwe darmo) i czytają.

Z czterech wydanych do tej pory książek Piotrka „Pokalanie” jest ostatnią, którą dorwałem. Poprzednie trzy już na tym blogu recenzowałem (tu, tu i tu).

Już przechodzę do recenzji.

„Pokalanie” to powieść, którą można ugryźć na kilka różnych sposobów.

W najbardziej bezpośrednim ujęciu jest to barwnie napisana biografia. Zostajemy zapoznani z mnóstwem wydarzeń, postaci i przemyśleń Narratora, od narodzin aż do okolic pi x oko trzydziestki. Przyjaźnie, miłości, zabawy, sympatie i antypatie, przedziwna kariera zawodowa (dziennikarstwo to bardzo dziwny kawałek chleba jest), próby muzykowania w większym lub mniejszym gronie, narodziny i śmierci różnych Ważnych Ludzi i mnóstwo innych wydarzeń. Co prawda wszystkie postaci są porządnie zanonimizowane, nie ma prawdziwych nazwisk, ale jestem przekonany, że mnóstwo ludzi potrafiłoby zidentyfikować się na kartach tej powieści, gdyby ją tylko przeczytali.

– Napiszesz o superkremie – mówi sekretyn redakcji. -Mamy z nimi dil.
Oglądam ze wszystkich stron ulotkę o rzeczonym superkremie. Wynika z niej, że jest to krem na hemoroidy.
– Jaki, kurwa, dil?

W nieco innym ujęciu jest to zbiór obrazów. Narrator przerzuca nas między różnymi okresami swego żywota, pokazując nam migawki z najważniejszych miejsc i wydarzeń. W tle przewijają się przekształcenia polityczne, gospodarcze i kulturalne (nie tylko w Polsce). Takie asynchroniczne prowadzenie narracji sprawia, że z nudnej autobiografii (osobiście za biografiami, nawet auto, nie przepadam, może z wyjątkiem porządnie napisanych biografii słynnych uczonych) robi się dynamicznie prowadzona opowieść o człowieku i jego perypetiach z nijak nie dającą się okiełznać rzeczywistością. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze wielopoziomowe zagnieżdżanie narracji, w którym z czasu A przechodzimy na chwilę do czasu B, żeby za chwilę przejść do czasu C, po czym wracamy do B i z powrotem do A, zahaczając po drodze jeszcze o E i F. I tak dalej. Chwilami „rozplątanie” tej czasowej łamigłówki kojarzyło mi się z „Pulp Fiction”, który to film musiałem obejrzeć ze trzy razy, żeby dobrze zrozumieć kolejność wydarzeń.

– Pamiętaj, synu – powie mi ojciec epokowo – zawsze są oni i my. Zawsze my jesteśmy dobrzy, a oni są zawsze źli.

Z jeszcze innej perspektywy „Pokalanie” to zabawa językiem. Tu, muszę przyznać, mam odczucia ambiwalentne. Z jednej strony Piotr w mistrzowski sposób operuje ironią, sarkazmem i znaczeniami. Z drugiej zaś okazuje się, że w warstwie stricte językowej książka jest mocno podobna zarówno do „Międzynarodu” jak też do „Pigułki wolności”. Styl praktycznie ten sam, bardzo rozpoznawalny. Dlatego jeżeli, Czytelniku, zechcesz kiedyś przeczytać kilka książek Czerwińskiego pod rząd, prawie na pewno poczujesz przesyt tym ironiczno – sarkastyczno – zdystansowanym stylem. Prawie na pewno będziesz potrzebować przerywnika między jedną jego powieścią a drugą.

Pomimo tego „Pokalanie” ma jedną wielką zaletę: nie ma tu nudy! Całość prowadzona jednym długim ciągiem (jest tylko jeden rozdział!) porozbijanym wprawdzie na akapity dla lepszej wizji i fonii, ale pełnią one rolę wyłącznie kosmetyczną. Dzięki temu jak się już zacznie ten pierwszy (i jedyny) rozdział czytać, ciężko jest lekturę przerwać. No bo ciągle się coś dzieje 😉

W kuluarach rozmawiano o tym, jak najszybciej i najbardziej oryginalnie nawalić się do nieprzytomności.
– W Czechach jest taki zwyczaj, żeby wódkę pić na zmianę z piwem – odezwał się Dynia. – „Przechradime” się nazywa. W sensie, przegrodzimy. Bo się przegradza i człowieka tak nie muli. No i wali tak, jak powinno.

„Pokalanie” nie jest powieścią dla dzieci. Jest tam dużo słów, przy których mógłby się zarumienić nawet towarzysz Miodek. Jest trochę o chlaniu wódy, o dupczeniu i rzyganiu, i wszystkim pomiędzy. Proszę jeszcze nie uciekać, to nie są główne składniki tej powieści.
„Pokalanie” jest opowieścią o podłej i małostkowej naturze człowieka. Ludzie podstawiają sobie nogi, walą hiperbolicznymi łokciami w przenośne sploty słoneczne i czynią drugiemu co im niemiłe w hurtowych ilościach.

„Pokalanie” jest opowieścią o miłości. Nie takiej z Tristanem i Izoldą, czy Romeem i Julią (czy „Romeo” się odmienia? Hm), tylko takiej z wywracaniem duszy na lewą stronę wśród mętów i zamętów. Takiej z mięchem i kośćmi, rąbanka, kilo trzydzieści pięć może być? Zapakować?

„Pokalanie” jest powieścią o umieraniu. Jest rozdział… Nie, wróć, nie rozdział. Jest seria akapitów o tym, jak w ciągu dwunastu miesięcy umiera trzynastu krewnych i znajomych Narratora. Trzynaście mocnych mini-mini-opowiadań.

„Pokalanie” – jak sądzę – będzie miało coraz mniejsze grono odbiorców, ponieważ siedzi mocno w pewnej konkretnej epoce polityczno-gospodarczej i za piętnaście czy dwadzieścia lat książkę rozumieć będą tylko stare pryki. A za lat pięćdziesiąt – głównie historycy. Mi się pod tym względem książka podoba o tyle, że jestem od jej Autora młodszy zaledwie o kilkanaście miesięcy, a co za tym idzie doskonale rozpoznaję większość znaków charakterystycznych. Na przykład genialny motyw z arbuzami, po którego siedmioletni ówczas Narrator stoi w dłuuuugiej kolejce, po czym na koniec okazuje się, że arbuzy się kończą tuż przed dotarciem do kasy i trzeba je odkupywać od koników, z siedmiokrotną przebitką. Glany, Jarocin i muzyka punkowa. Doktor Hackenbush. Garnitury Sunset Suits. I tak dalej.

Matka odkupi od niego pół arbuza po siedmiokrotnie wyższej cenie.
Zgłoszę się na ochotnika, by go pokroić, i będzie to chwila tak podniosła, że z rozpędu wbiję sobie nóż w kciuk. Krew poleje się na talerz z arbuzem i na cały blat w kuchni, ale zdążę ją zetrzeć, zanim skapnie na dywan. Będę się tego wstydził, ale mama nie zauważy. Zjem więc szybko swoją porcję, choć będzie cała upaćkana w mojej krwi. Ten smak zostanie mi w pamięci do końca życia.
W tym chorym kraju nawet za arbuza przelewa się krew. Tacy jesteśmy hardzi. Porąbało nas na maksa.

Na zakończenie dodam jeszcze, że „Pokalanie” – a przynajmniej ta kopia, którą kupiłem w Gandalfie – cierpi na syndrom bylejakości korektorskiej. Większość literówek to brak polskiego ogonka na końcu bezokolicznika. Tak jakby korektor specjalnie sobie te nieszczęsne ogonki odpuścił. Purystów może to drażnić. Ja przymknąłem oko.

Do „Pokalania” wrócę na pewno. Jednak nie dla fabuły (która może być interesująca wyłącznie przy pierwszej lekturze), lecz dla językowych gagów i przewrotek, których jest tam mnóstwo, i które drażnią moje gruczoły dobrego humoru we właściwy sposób.

Werdykt: gdzieś między siedem a osiem. Na dziesięć.

P.S. Sprawdziłem niedawno w kilku dużych księgarniach internetowych i z jakiegoś tajemniczego powodu „Pokalanie” nie jest już nigdzie dostępne. Nawet w Gandalfie, gdzie książkę kupiłem w marcu 2013 roku. Trzeba teraz pewnie szukać po antykwariatach…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Pokalanie: recenzja"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Marcin Królik
Gość

Fajnie, że ktoś tę książkę przypomina. Czytałem ją zaraz po wydaniu. Był wtedy istny wysyp niezłej polskiej prozy, który nawet krytycy zauważyli i docenili. Pamiętam, że w trakcie lektury te formalne akrobacje trochę mi przeszkadzały, ale później, gdy treść się ułożyła, doceniłem je. Co do osadzenia w konkretnej epoce… no, tu rzeczywiście może być problem. Ja jestem od was w sumie niewiele młodszy i już wtedy niby czułem ten klimat, rozpoznawałem charakterystyczne tropy, ale nie do końca czułem się w nim u siebie. Te zaledwie kilka lat jednak robiło różnicę.

wpDiscuz