Tu-bez-pieczeni, z przygodami

auto_keyDzisiejszy wpis sponsoruje literka U jak „Ubezpieczenie”, a także S jak „Samochodowe”.

Przytrafiło mi się niedawno, że mój Srebrny Szerszeń zaczął wydawać podejrzane odgłosy spod maski. Po kilku próbach spuszczenia mnie na drzewo przez różnych dealerów, postawiłem się wreszcie okoniem i powiedziałem: proszę mi to naprawić i koniec, nie ruszę się stąd, będę darł koszulę i przykuję się do kaloryfera!

Wizja zdenerwowanego klienta przykutego do kaloryfera, w rozdartej koszuli, najwyraźniej zaniepokoiła pana, który mnie obsługiwał, i już pięć minut później dostałem kluczyki do auta zastępczego. Ponieważ był piątek (okolice południa), pan powiedział, że autko mi naprawią na poniedziałek. Żeby wszystko było na tip-top, pan zadzwonił do mojego ulubionego brokera ubezpieczeniowego w Donegal i przełożył (do poniedziałku po południu) moją polisę z Szerszenia na owo auto zastępcze, nawiasem mówiąc straszną pierdziawkę, kojarzącą się bardziej z wozem drabiniastym niż ze współczesnym pojazdem miejskim. Przy okazji pan zaznaczył, że jeżeli uda się naprawić auto wcześniej, zadzwoni się do brokera jeszcze raz i przełoży polisę z powrotem, żeby potem nie było zgrzytów. Broker w sobotę pracuje do pierwszej, więc nie ma paniki.

W tenże sam piątek, późnym popołudniem, dealer dzwoni do mnie i mówi, że auto zrobione. Ponieważ było już za późno, żeby jechać po odbiór, umówiłem się na następny dzień (sobotę), na okolice dziesiątej przed południem.

Nazajutrz, zgodnie z umową, zajeżdżam wozem drabiniastym do dealera, pytam co było z autem. Okazało się, że plastikowa osłona silnika (ta od spodu) trochę się obluzowała i klekotała przy szybszej jeździe.

Pan mi oddał moje kluczyki, zabrał mi te od wozu drabiniastego, wziąłem telefon i dalejże dzwonić do brokera przekładać ubezpieczenie.

Dziesięć minut później broker przestał być moim ulubionym brokerem.

Dwadzieścia minut później zaczęło mnie boleć ucho. Było przed wpół do jedenastej, więc powinien być w biurze – dałem mu jeszcze kwadrans w razie gdyby miał jakieś poważniejsze zatwardzenie i nie mógł podejść do telefonu. Jednak na próżno – nikt nie odbierał.

Pytam dealera co by mi poradził. Ten bezradnie rozłożył ręce i mówi, że może mi zostawić wóz drabiniasty do poniedziałku, skoro tak jest ubezpieczony. Albo, żebym jechał bez ubezpieczenia, ryzyk-fizyk.

Myślę sobie, nic z tego. Bez ubezpieczenia nie pojadę, bo znając mojego farta, wtarabaniłbym się na barierkę przy wyjeżdżaniu od dealera. A auto zastępcze było całe czarne i bez klimatyzacji, więc w te upalne dni świetnie nadawało się do przyrządzania posiłków dla kanibali, ewentualnie do trzymania w nim skazańców, żeby się bardziej męczyli – ale na pewno nie do jazdy.

Zadzwoniłem bezpośrednio do ubezpieczalni, jednak tam tylko dowiedziałem się, że biuro mają otwarte w dni robocze od 9am do 5pm.

Zadzwoniłem do centrali ubezpieczyciela w Niemczech – to samo, tylko po niemiecku.

W międzyczasie zrobiła się godzina prawie jedenasta, dziecko mi marudzi, że jej nudno, żona, że gorąco, Q-z-Ynka, że Wogle, sytuacja zaczyna się robić napięta. W dodatku pracownicy dealera zaczęli nas sobie pokazywać palcami, że tak siedzimy u nich na parkingu zamiast jechać napawać się piękną pogodą.

Co robić, panie premierze, co robić?

Zadzwoniłem w desperacji do zaprzyjaźnionego sklepu w Donegal z pytaniem, czy może mają do tego brokera jakiś inny numer telefonu. I tu przykra niespodzianka – okazało się bowiem, że broker od jakiegoś czasu w soboty ma nieczynne. Nie opłacało mu się trzymać pracownika w biurze, płacić podwyższoną stawkę itd.

Wk…nerwowałem się strasznie, pomyślałem chwilę i zadzwoniłem do popularnej lokalnej ubezpieczalni z pytaniem o wycenę. Mieli otwarte (sobota!), wycenili mi polisę na kwotę bardzo podobną do tej, która płaciłem dotychczas, udało mi się przez telefon zapłacić, dostać SMS-em numer polisy a mailem kopię w PDF. Tylko żebym w ciągu trzech tygodni dosłał im szczegóły (skan prawka, zniżki itd).

Straciłem w ten sposób mniej więcej 15% kwoty rocznego ubezpieczenia, bo „stara” polisa kończy mi się dopiero za niecałe dwa miesiące. Będę teraz się do nich dobijał o zwrot, i mam cichą nadzieję, że się uda coś utargować. A jak nie – srał ich pies, przynajmniej mam spokój.

Tak więc mój ulubiony broker już nie jest moim ulubionym brokerem, na szczęście słońce nadal świeci jak szalone, udało nam się w weekend zaliczyć wieczornego grilla z dwiema gitarami i fletem, pośpiewać, pogadać o rzeczach błahych a miłych oraz ogólnie się wyluzować.

Dodaj komentarz

7 komentarzy do "Tu-bez-pieczeni, z przygodami"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
pendragon
Gość

Widziałem ostatnio przede mną gościa z obluzowaną osłoną, która mocno klekotała na M50 ale to nie był szerszeń.

xpil
Gość

A chociaż srebrny był?

butter
Gość

U Bociana to i klekotało

MiSzA
Gość

Podziwiam, że Ci się chciało, zwłaszcza wobec wybornej pogody, która – jak wiadomo – płocha jest w Irlandii jak dziczyzna. Jestem pewien, że każdy gardziarz łyknąłby Twoją historię. Mnie rok temu zatrzymali bez ubezpieczenia (zapomniałem wsunąć nowy dysk za szybkę), NCT, z nieważnym prawem jazdy. Tego ostatniego się szczęśliwie nie doczytali, choć prawko jest irlandzkie. Doniosłem stosowne kwity na komisariat i rozeszliśmy się w zgodzie.

xpil
Gość

Nie chodzi o Gardę (tu nie oczekuję problemów, oni są przyzwyczajeni do takich sytuacji, o ile faktycznie ma się wszystkie papiery w porządku). Chodzi o sytuację, w której miałbym wypadek. Zapewniam Cię, że każda ubezpieczalnia wykręciłaby się w tym momencie od odpowiedzialności, ponieważ formalnie rzecz biorąc prowadziłbym nieubezpieczony samochód.

Tomek
Gość

A ja też miałem ciekawą przygodę z ubezpieczlanią. Rok temu zapłaciłem 800€. W tym roku 123.ie (niby najtańsi) przysłali mi ofertę na 1100€. Dziwne bo nie straciłem zniżek. Sprawdziłem w AXA i pokazało 950€, sprawdziłem w Liberty Direct i pokazało 750€. Już miałem klepać dane aż tu nagle telefon z AXY. Pan się zapytał czy mi pasuje wycena, powiedziałem, że nie. Obniżył do 700€ ta od ręki. I oto dostałem rabat 30% ot tak. Fajnie to działa. Za rok spróbuje zejść do 300€ 😀

xpil
Gość
Ech, toż to całe Pany Tadeusze można by pisać o cenach ubezpieczeń. Każdy próbuje chapnąć dla siebie jak najwięcej, bądź przez wysokie ceny, bądź przez ekonomię skali (dużo klientów, tanio, średnia jakość usług). W moim przypadku widzę w uwagach do polisy hasło "Winback", które prawdopodobnie sugeruje, że klient został wyrwany ze szponów końkurencji, a więc należy go potraktować dodatkową obniżką. Tak czy siak, narzekać nie zamierzam. Jak siedem lat temu ubezpieczałem Yarisa, miałem w różnych ubezpieczalniach rozrzut ofert od €700 do €3000 rocznie. Z upływem czasu udało mi się zejść do okolic €400 i tak mi już zostało, chyba lepiej… Więcej »
wpDiscuz