Jak stracić na Fordzie

W domu rodzinnym zawsze był jakiś środek transportu. Albo motorynka, albo samochód, albo chociaż rower 😉

Swoje pierwsze prawdziwie własne cztery kółka (a więc: kupione za własne pieniądze) udało mi się dorwać dopiero w wieku 30 lat. Przymierzałem się do kupienia auta już wcześniej, ale pomny przestróg różnych mądrych podpowiadaczy, czekałem na dobrą okazję.

Okazja taka trafiła się w jednym z komisów samochodowych, gdzie znalazłem pięknego, czteroletniego Forda Focusa. Kombi, diesel, dobrze wyposażony, stan idealny… Kupujemy? Nie, jeszcze nie. Najpierw poprosiłem wuja, „kierowcę od urodzenia”, żeby się tym autem przejechał, rzucił na nie okiem i uchem, i ocenił co i jak. Wujo, przejechawszy próbnie ze 20 km, stwierdził, że autko jest jak pszczółka i żeby brać bo warto.

No to wziąłem. O kredyt było wtedy łatwo, po zaledwie trzech dniach miałem już załatwioną papierkową robotę (najbardziej rozbawiło mnie, że żeby zarejestrować auto musiałem zawieźć – pociągiem! – stare blachy do odległego o 60 km urzędu, żeby stamtąd przywieźć – również pocięgiem – nowe). Tak oto stałem się szczęśliwym posiadaczem własnego auta.

Szczęście jednak nie trwało zbyt długo. Po kilku miesiącach urwał się pasek klinowy. To z pozoru błahe i niegroźne wydarzenie zapoczątkowało jednak cały łańcuch awarii – z dzisiejszej perspektywy widzę, jaki byłem wtedy naiwny, jednak wówczas po prostu sądziłem że mam pecha. Jako człowiek rozsądny, zamiast pojechać do zaprzyjaźnionego mechanika, pojechałem do ASO Forda. Tam mi wyjaśnili, że pasek był założony w nieprawidłowy sposób i dlatego się urwał – i że już mi wymieniają na nowy. Pech chciał, że to konkretne ASO waliło w kuper większość klientów, i to w najbardziej prymitywny sposób: korzystając z okazji, wprowadzali do auta jakąś drobną usterkę, która musiała „wyleźć” po góra 2-3 tygodniach. W ten sposób mieli zawsze dużo klientów. W moim przypadku najpierw pasek klinowy urwał się trzy razy z rzędu, w odstępach około 6 tygodni (okazało się, że jedno z kółek prowadzących pasek było wygięte), potem padła pompa paliwowa (koszt samej pompy około 6000 złotych plus robocizna, a ASO za robociznę kasuje konkretnie jak wiadomo), potem rozjechał się synchronizator trzeciego biegu, potem silnik zaczął tracić moc i się okazało, że coś było krzywo poskładane czy skręcone… Ja się na samochodach znam mniej więcej tak samo jak na prawie kanonicznym (przy dobrym oświetleniu, umiem odróżnić prawo kanoniczne od lewa kanonicznego) a oni to bezczelnie wykorzystali i przez półtora roku zdarli ze mnie małą fortunę.

Reasumując:
– Auto kupiłem za 39,000 złotych
– Wydałem na nie „po drodze” około 10,000 złotych (nie licząc kosztów bieżących typu paliwo, opony itd.) , z czego większość poszła do owego przekręconego ASO
– Sprzedałem je 18 miesięcy później za 31,000 złotych

Czyli, summa sumarum, przez półtora roku wyrzuciłem w błoto około 18,000 złotych, średnio 1000 zł miesięcznie. Powstałe w ten sposób zadłużenie (przecież nie sram pieniędzmi!) spłacałem dość długo – ostatnia rata zeszła ze trzy lata temu czyli ponad dwa lata po moim wyjeździe do Irlandii. Przyrzekłem sobie od tamtej pory: nigdy więcej używanych aut. Mogę sobie wymienić uszkodzoną płytę główną w domowym pececie, ale auta – tylko z gwarancją. Że tracę na kupnie nowego samochodu? Mam to gdzieś, przynajmniej jeżdżę przez te trzy do pięciu lat autem, w którym największym zmartwieniem jest wymiana przepalonej żarówki. A jak się coś poważniejszego zesra, salon bez żadnego stękania da mi na czas naprawy auto zastępcze. Trzeba tylko wlać paliwo, czasem płyn do spryskiwaczy, czasem nowe buciki kupić i co pół roku przeboleć stówkę na serwis gwarancyjny.

Niewielkim pocieszeniem był fakt, że parę tygodni po tym jak sprzedałem tamtego Forda, w prasie lokalnej pojawiło się kilka ogłoszeń sygnowanych przez Ford Polska, informujących że takie-to-a-takie ASO straciło licencję z powodu „nieprawidłowości proceduralnych” i nie jest już uprawnione do serwisowania gwarancyjnego aut tej marki. Chętnie bym im wetknął tą ich „nieprawidłowość proceduralną” w sempiternę, taka ich w tę i we w tę ganiana mać.

No ale nic to, żyjemy.

W ramach rozrywki dzisiaj po angielsku. Fonetycznie. I jak subtelnie…

„Whats the difference between a lady in church and lady in the bathtub?”
„One has hope in her soul and one has soap in her hole”

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar