Trzy migawki weekendowe

Ostatnio nastąpił wysyp wydarzeń, które obserowane z boku są prawdopodobnie niezwykle zabawne, jednak dla mnie jako obserwatora „od środka” są nad wyraz irytujące i powodują, że temperatura skacze mi momentalnie do sześciuset milionów stopni, i tylko wbudowane w uszy zawory bezpieczeństwa z głośnym gwizdem ratują mnie przed eksplozją (a moją rodzinę przed zostaniem ochalapanymi resztkami substancji szarej, zwanej umownie mózgiem).

Scena #1:

Miejsce: parking podziemny w Dundrum Shopping Centre.
Czas: sobota, około południa.

Jeżdżę beznadziejnie po kolejnych piętrach parkingu, smętnie obserwując tablice informujące, że dane piętro jest „full” albo że ma trzy, pięć albo siedem wolnych miejsc. Oczywiście znalezienie tych miejsc jest niemożliwością, ponieważ zanim je znajdę, będą już zajęte. No ale, jak już nadmieniałem wiele razy, z racji zawodu moje pokłady cierpliwości można śmiało mierzyć geologicznymi jednostkami czasu, a więc bez nerwów, spokojnie turlam się licząc na to, że ktoś akurat zwolni miejsce jak będę przejeżdżał obok.

I oto cud! Dwie starsze panie właśnie podchodzą do auta z kluczykami i wózkiem zakupów. Znakiem tego będą zaraz odjeżdżać, a więc warto poczekać. Staję obok, dla pewności włączam lewy kierunkowskaz, macham przyjaźnie do pań, pokazując pytająco na ich auto, panie mi odmachują, że owszem, zaraz wyjeżdżają, wszystko pięknie. Tuż za mną natychmiast zrobił się mały korek, bo takich jak ja, co to polują na wolne miejsce, jest więcej. Zjeżdżam więc grzecznie na lewą stronę, nieomal szorując bokiem samochodu o zaparkowane obok auta, i macham tym z tyłu, żeby mnie mijali. Co też czynią, ciurkiem.

Starsze panie nie były demonami prędkości, a zakupów miały całkiem sporo, więc dopiero po jakichś pięciu minutach zaczęły się gramolić do auta. W tym samym czasie przyuważyłem stojące za mną duże ciemne terenowe BMW – macham więc do kierowcy, żeby mnie ominął i jechał do przodu. Ten ruszył, i równocześnie ruszyło autko dwóch starszych pań, zwalniając w ten sposób miejsce. Co zrobił kierowca BMW, które mnie własnie mijało z prawej strony? Oczywiście, skręcił w lewo i zabrał się za parkowanie na właśnie zwolnionym miejscu.

Klakson w podziemnym parkingu brzmi głośno. Klakson wciśnięty ręką kierowcy, z którego uszu właśnie zaczyna wydobywać się dym i lawa, musi zatem brzmieć niczym ryk rozwścieczonego tyranozaura. Kierowca BMW chyba załapał aluzję, spojrzał na mnie nieprzyjaznym wzrokiem i odjechał, szukając innego miejsca. I dobrze, bo pomimo swej cierpliwości miałem tamtego dnia całkiem spore szanse trafić za kratki z powodu pobicia 🙂

Scena #2:

Miejsce: dom i okolice.
Czas: sobota.

Wróciliśmy do domu ze świadectwem ukończenia pierwszej klasy (córa chodzi do polskiej szkoły weekendowej… wspominałem już?). Świadectwo dość dziwne: zamiast „normalnych” ocen jakieś opisówki, rozprawki, no cyrk na kółkach. Ale mniejsza o to, dziecko szczęśliwie przepchnięte przez pierwszy etap polskiej machiny edukacyjnej, radujmy się! W ramach radowania się postanawiamy pójść do kina (na „Epic”), a potem na spacer. Do kina jedziemy do Dundrum (bo względnie niedaleko), tam okazuje się, że są wolne tylko miejsca w pierwszym rzędzie, z samego brzegu – rezygnujemy więc (obiecując nadąsanemu dziecku, że pójdziemy nazajutrz), wracamy do domu i udajemy się na obiecany spacer. Pogoda jest przecudna, świeci słońce, w miarę bezwietrznie, normalnie sielanka. Wychodzimy więc, docieramy do spacerniaka (mamy taki fajny, z oczkiem wodnym i dużą ilością zieleni, prawdziwy skarb w pełnym bloków i domków Dublinie) a tu nagle ulewa i wichura. Wróciliśmy czem prędzej do domu, zmoknięci i zmarznięci, patrzymy za okno a tam znów słonecznie, bezwietrznie i sucho. I tylko przecudnej maści szybko niknąca tęcza upewnia nas, że nie zwariowaliśmy, i że faktycznie przed chwilą lało i wiało.

Ze dwie godziny później zabieram dziecko na plac zabaw, niech sobie trochę poskacze. I co? I powtórka z rozrywki, deszcz, wiatr i zimno jak tylko weszliśmy na huśtawki. Tym razem odczekaliśmy dobre piętnaście minut (a nuż to tylko chwilówka?), jednak pogoda za nic nie chciała się poprawić. Wracamy więc, biegusiem do domu, przemoknięci do suchej nitki, tam przebieramy się w suche ubrania i przysysamy do kubka gorącej herbaty z cytryną, wyglądamy przez okno, a tam co? Oczywiście, ani śladu po deszczu. Piękna pogoda, ciepło i przyjemnie. Wrrr!

Scena #3
Miejsce: rondo.
Czas: dziś rano.

A na deser dziś rano zostałem po raz nie wiem już który otrąbiony i zasztyletowany wzrokiem na rondzie. Za co? Ano, jak zwykle: za przestrzeganie przepisów.

Wjeżdżam na rondo prawym prasem, z zamiarem zjechania zeń trzecim zjazdem. Obok mnie, lewym pasem, wjeżdża wielkie, srebrne Audi (na oko A6 a może nawet A8, nie miałem czasu na szczegółową kontemplację modelu). Ponieważ Audi startowało z pełnego stopu, a ja byłem już nieco rozpędzony, a także ponieważ wewnętrznym pasem po rondzie jedzie się nieco krócej niż zewnętrznym, do „swojego” zjazdu dotarłem dobre półtora długości auta przed nim. Zerknąłem w lewe lusterko (na wszelki wypadek, nic nie powinno jechać, prawda?) i nagle widzę (i słyszę!) jak Audi wpada z piskiem opon na „mój” zjazd, mijając mnie z przodu o grubość lakieru – dla podkreslenia efektu kierowca włączył klakson i wygrażał mi pięścią. Nie wiem dlaczego – może po prostu mi zazdrościł, że ja się już zdążyłem nauczyć przepisów ruchu drogowego, a on jeszcze nie?

Na szczęście do tego typu wydarzeń jestem już przyzwyczajony i po rondach jeżdżę tutaj ostrożnie jakbym żonglował zgniłymi jajami. Inaczej się po prostu nie da (chyba że się ma wielkie, srebrne Audi).

A w pracy po staremu. Zmywak pełen brudnych po weekendzie półmisków, czas przyodziać gumowe rękawice i zabrać się za szorowanie. C’est la vie…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Trzy migawki weekendowe"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

Ja od razu staję w wybranej alejce i konsekwentnie czekam aż ktoś wyjedzie. W ciągu kilku minut zawsze ktoś wyjeżdża. Nie tracę czasu na krążenie i podnoszenie sobie ciśnienia.

xpil
Gość

To fajna metoda, ale gdyby wszyscy ją stosowali, całość szybko by się zakorkowała.

Pshemko
Gość

Na szczęście reszta jest bardziej niecierpliwa 🙂

psiemo
Gość

A kolevga coś taki napięty od stóp do pięty. ?..

Tejkit izy 🙂

wpDiscuz