Wkładamy małe w duże

W zeszły weekend przydarzyło mi się spotkać z kilku (-nastoma!) zacnymi osobistościami reprezentującymi w znacznej mierze polską blogerię irlandzką…

Wróć.

… polską blogerię w Irlandii…

O, tak lepiej.

No więc skrzyknęliśmy się w ponad 20 osób na grilla, i było całkiem fajnie. Pojechaliśmy w piątkę, zabierając po drodze Przemka Szczepaniuka wespół zespół z żoną. Imprezka odbyła się w domu Irolki, pod której to dachem spożywaliśmy rozmaite dobra doczesne (a więc: wszelakie mięsiwa z grilla, sałatki tudzież ciasta), zakrapiane suto najprzeróżniejszymi, mniej lub bardziej kolorowymi napojami. Najważniejsze jednak, że atmosfera była wspaniała – pogawędki i dialogi na cztery nogi przy zaskakująco słonecznej pogodzie to coś, co Tygryski zdecydowanie lubieją. Dzieciaki (w liczbie coś ze sześć, w porywach do siedmiu) dokazywały w ogrodzie, dorośli przemieszczali się na zasadzie ruchów Browna, gromadząc się spontanicznie w 2-3-4-osobowe, rozgadane grupki.

Z dużym zadowoleniem skonstatowałem (po raz kolejny zresztą), że Polacy świetnie sobie radzą na obczyźnie – całkiem duży odsetek grillowiczów stanowili właściciele własnych firm, z różnych, najbardziej nieoczekiwanych branż. Sporo ludzi zdążyło też w międzyczasie kupić własny dom / mieszkanie. Tak sobie pomyślałem, że następnym razem jak któryś z polityków zacznie gadać coś o nieudacznikach, trzeba by mu podstawić lustro pod nos…

Tę przezacną atmosferę na chwilę zachmurzyło mi następujące wydarzenie: otóż siedziałem sobie na krzesełku w ogrodzie i brzdąkałem na swojej nieśmiertelnej gitarze, ku przerażeniu gromadzących się w przeciwległym rogu ogrodu słuchaczy (lokalny sklepik handlujący zatyczkami do uszu zrobił tamtego dnia sto dwadzieścia procent miesięcznego utargu w kwadrans). No i pech chciał, że strąciłem z tegoż stołu swoją ulubioną patelnię (zwaną dla niepoznaki wszystkofonem), i to tak skutecznie, że się jej ekran rozbrygnął w trzy dupy, uderzywszy o kamień.

Jużem chciał zapoznać otoczenie z najnowszymi trendami z zakresu szeroko pojętej kurwolingwistyki, na szczęście po krótkiej kontemplacji tylko westchnąłem, bo przecież telefon ubezpieczony, i dalej sobie brzdąkałem jakby nigdy nic. Potem na chwilę się zachmurzyło (nawet spadło kilka kropel deszczu, rzecz niezwykła jak na ten zakątek Europy), a więc czym prędzej schowałem gitarrę (coby nie zmokła), momentalnie poprawiając humory wszystkim z wyjątkiem dzieciaków, które właśnie podejmowały próby założenia hodowli ślimaka winniczka w futerale.

Jak to mówią, wszystko dobre co się kończy, nadejszła więc taka pora, że trzeba było się wreszcie zawinąć w domowe pielesze. Pożegnaliśmy się ładnie ze wszystkimi, załadowaliśmy Przemka z żoną do naszego rydwanu i wrócilim do dom.

Następnego dnia była niedziela, a po niej długoweekendowy poniedziałek, tak więc do firmy ubezpieczeniowej zadzwoniłem dopiero we wtorek rano. Tam dowiedziałem się, z niejaką ulgą, że owszem, wymiana telefonu wciąż mi przysługuje (pomimo faktu, że niedawno miałem podobna przygodę i już raz mi go wymieniali). Zarazem jednak pani zastrzegła, że to jest ostatnia wymiana, ponieważ właśnie wyczerpałem swój roczny limit.

Pomyślałem sobie, no pięknie. A co jak znów pojadę na grilla albo mi się patelnia wymsknie z kieszeni?

Tak kombinując postanowiłem nie ryzykować i opchnąć patelnię przy najbliższej okazji. Egzemplarza z ubezpieczalni nawet nie otworzyłem (oryginalnie zapakowany jest wart ciut więcej, przynajmniej w teorii), zamiast tego wyżebrałem u sąsiada pożyczkę w postaci starutkiego Samsunga Galaxy S (tak, bez żadnych cyferków na końcu!). Będę go sobie używał aż mi ktoś zapłaci jakieś sensowne pieniążki za moją nową patelnię, a potem się zobaczy.

No i tutaj dochodzimy do miejsca, w którym należałoby wyjaśnić tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż patelnia, chociaż na oko z piętnaście razy większa od tego malucha, ma slot na takie malutkie karty SIM. Nie wiem jak się to nazywa, microsim, nanosim, picosim? Attosim? Femtosim? Tak czy siak, slot jest tyci-tyci. A w starym Galaxy S jest taki standardowy, na kartę wielkości standardowej karty. Cóż robić, panie premierze, cóż robić?

W pierwszym odruchu chciałem już jechać do najbliższego salonu operatora i poprosić o wymianę karty na większą. Ale potem się przyjrzałem tej malutkiej karcie i stwierdziłem, że zasadniczo to ten metalowy element, który się styka ze stykami w gnieździe, jest takiej samej wielkości jak w dużej karcie. Tylko „ramka” wokół karty jest obcięta do minimum – „środek” powinien pasować.

Dowcip polega na tym, żeby umieścić kartę we właściwej pozycji – czyli pozostawić odpowiednio dużo miejsca z każdej strony. Trzeba się trochę nakombinować, przy każdej próbie należy wyłączyć / włączyć telefon, więc chwilę to zajmuje, ale wreszcie się udało. Ha!

Tym samym mam microsima w dużym porcie i czekam na sprzedaż patelni. Chce ktoś może kupić nowego Galaxy Note 2? Tanio sprzedam… Albo się zamienię na cóś mniejszego, z ewentualną dopłatą (w jedną lub drugą stronę, w zależności od kierunku wiatru).

Tymczasem czwartkowy poranek wita mnie nieustającą stertą naczyń, zakasuję więc rękawy, zakładam gumowe rękawice i idę szorować.

O’le!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Wkładamy małe w duże"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

Widziałem ten upadek patelni i aż byłem zdziwiony, że żadnym mocnym słowem nie rzuciłeś. Ja bym chyba nie wytrzymał 🙂 Ale pamiętam jak chwilę wcześniej uprzedzałeś, że ciężko cię z równowagi wyprowadzić.

P.S. Popróbowałem ten twój nowy szablon i se go sprawiłem do siebie. Daje radę.

Przemo
Gość
Wiesz czemu ubezpieczyciele zakładają limity na wymiany telefonów? Wlasnie ostatnio odkrylem watek na gazecie, na którym nasi rodzimi cwaniakobizmesjeny chwalą się swoimi sposobami na tzw. dymanie ubezpieczalni. Kupują telefon z ubezpieczeniem. Gubią go i zgłaszają się po nowy. Owy gubią za niedlugo, zwykle jeszcze przed otwarciem. Zgłaszają się po nowy, który gubią b szybko. W tym momencie ubezpieczalnia daje ostatni raz nowy telefon mowiac, że koniec z wymianami przez najblizszy rok, dwa. W zwiazku z tym juz nie gubią. Tamte zgubione telefony są przez operatorów blokowane po kilku tyg i nie da się już więcej używać ich w Irlandii. Powtarzam…… Więcej »
wpDiscuz