Długi łykęd

In Samo życie by xpil5 Comments

Kończący się właśnie (za szybko, oj za szybko) weekend spędziłem wespół z familią w hrabstwie Donegal. Pomysł był taki, żeby pokazać zawitanej niedawno w nasze progi Q z Ynce kawałek pozadublińskiej Irlandii.

Udało się.

Zaczęło się od imprezki urodzinowej mojej prawie-pięcioletniej córki, która niniejszym stała się już całkiem-pięcioletnią córką. Po prawdzie urodziny miała ciut wcześniej, ale w sobotę wszystkim zawsze najlepiej pasuje, więc trochę żeśmy przesunęli termin.

Cofamy się teraz w czasie o dwa lata, w okolice 31 października 2009 roku, czyli do trzecich urodzin naszej córy.

Było to tuż po tym. jak moje obydwie Baby wróciły z Polski. W piątek stwierdziliśmy z głupia frant, że jednak „robimy” urodziny. W tenże sam piątek obdzwoniliśmy mnóstwo znajomych i, przeprosiwszy za short notice (a tak przy okazji, czym by tu zgrabnie po polsku zastąpić owo nieszczęsne short notice, hm?), poinformowaliśmy, że nazajutrz imprezka urodzinowa u nas w domu. Liczyliśmy po cichutku, że ze względu na niewielką ilość czasu zjawi się nie więcej niż połowa zaproszonych gości. Jakże się zdziwiliśmy – nie dość, że przybyli wszyscy bez wyjątku, to jeszcze niektórzy przytargali ze sobą dodatkowe osoby – tak więc w „szczytowym” momencie mieliśmy w naszym niedużym mieszkadełku ponad 30 osób, w wieku od 2 tygodni do 75 lat.

Dodatkową atrakcją tamtejszego dnia był fakt, że wszyscy bez wyjątku byli zmotoryzowani, a jedyny sposób na wjechanie na parking wymagał użycia karty zbliżeniowej (mieszkaliśmy wtedy jeszcze w Sandyford Industrial Estate, a tam wszędzie parkingi firmowe lub podziemne). Tak więc przez pierwsze półtora godziny ganiałem w tę i we w tę, wpuszczając kolejnych gości na parking (nigdy nie jest tak, że wszyscy przyjadą w tym samym momencie), a potem goście zaczęli się pomalutku rozjeżdżać, a więc trzeba ich było wypuścić z parkingu 😉 Z całych urodzin pamiętam więc głównie trasę dom – parking. W tym czasie moja lepsza Połówka próbowała w cudowny sposób rozmnożyć filiżanki, żeby każdemu zrobić herbatę / kawę, a także talerzyki, żeby wszyscy dostali po kawałku ciasta (pieczonego w okolicznym Dunnes Stores).

Również czwarte urodziny robiliśmy u nas w domu – tym razem w sposób nieco bardziej zorganizowany – jednak postanowiliśmy wówczas, że piąte urodziny odbędą się poza domem. Tak też się stało.

Wracamy do teraźniejszości.

Tak więc piąte urodziny Córa miała zorganizowane w specjalnie do tego celu przeznaczonym przybytku, gdzie kadra ma przygotowanie przedszkolne i „trzepią” takie urodziny maszynowo. Z zaproszonych gości wyłamały się tylko dwie rodziny – portugalska szkolna koleżanka, której nieoczekiwanie przesunęła się lekcja tańca (w sumie, nie wiemy, pretekst to czy faktycznie coś tam było), oraz jedna dalsza Kuzynka z rodziną, którą (zarówno kuzynkę jak i rodzinę) dopadły rozmaite dolegliwości zdrowotne. Reszta zaproszonych gości przybyła, śpiewaliśmy, dmuchaliśmy świeczki, piliśmy kawę, herbatę i inne dopalacze, robiliśmy mnóstwo zdjęć, zbieraliśmy fanty w postaci prezentów oraz uprawialiśmy konwersację w trzech językach (jedna z rodzin była rosyjskojęzyczna, a ja staram się wykorzystać każdą okazję, żeby chociaż troszkę zagadać w tym języku).

Po imprezce, kiedy wszyscy już porozjeżdżali się do swoich domostw…

A, pardon, jeszcze jeden drobiazg. Otóż zaraz po przybyciu na parking, jakieś 20 minut przed rozpoczęciem imprezy urodzinowej, byliśmy świadkami przezabawnej sceny. Mianowicie jakiś roztargniony kierowca zostawił swoje auto (Forda Mondeo) na parkingu, bez zaciągniętego hamulca oraz bez wrzuconego biegu. Ponieważ parking jest nieznacznie pochylony, a także ponieważ akurat tej soboty nie wyłączyli tam grawitacji, autko zsunęło się łagodnie, aby oprzeć się po chwili o zaparkowany w sąsiedniej linii inny samochód (który, na szczęście, miał zaciągnięty hamulec tudzież włączony jakiś bieg). Efekt był taki, że około 15 innych samochodów zaparkowanych w pobliżu zostało zablokowanych, ponieważ ów Ford zastawił jedyny wyjazd.

Poobserwowałem ze sporym zainteresowaniem, jak dwóch kolejnych kierowców próbowało – bezskutecznie – wyjechać, po czym zaproponowałem, że może by tego Forda pchnąć z powrotem na swoje miejsce i wszystko wróci do normy. Po krótkiej kontemplacji obydwaj stwierdzili zgodnie, że może to i fajny pomysł, ale przecież on się od razu stoczy, i co wtedy? Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, żeby coś podłożyć Fordowi pod koła, jak się go już przepchnie – kiedy jednak zasugerowałem ten pomysł, obydwaj polecieli szukać czegoś ciężkiego. Po chwili jeden wrócił ze sporej wielkości kamieniem a drugi z lekko rosochatą, wysuszoną gałęzią. Kamień wygrał. Dwie minuty później parking był znów przejezdny 😉

Spróbujmy teraz wrócić do głównego wątku, który najwyraźniej robi mi się dziś bardziej rosochaty od tamtej gałęzi.

Po imprezce, kiedy wszyscy porozjeżdżali się już do swoich domostw, zawieźliśmy fanty do domu, spakowaliśmy manatki i uderzyliśmy na Donegal.

Ciąg dalszy dopiszę jutro. Albo pojutrze. Dopiszę, jak czas dopisze.

Dobranoc…

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Długi łykęd"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
agnieszka_sto
Gość

Moze… "krotkie zawiadomienie"? :)))

B
Gość

Takie sformułowanie sugeruje, że "krótkie" określa treść zawiadomienia, a nie okres od jego przedstawiania do zdarzenia, którego dotyczy 🙂 Może lepiej "krótkoterminowe zawiadomienie"? Szczególnie dumny nie jestem, ale wydaje mi się, że to kolejny krok w dobrą stronę 😉 Dla osób technicznych można by to określić "zawiadomieniem o krótkim horyzoncie" ;), co oczywiście już nie jest tak poręczne jak "short notice".

agnieszka_sto
Gość

Zartowalam 🙂

A tak na serio, to moze byc "krotkie wypowiedzenie" :))))

ulinka
Gość

Mnie ostatnio mąż zostawił z samochodzie (sam poszedł do sklepu) na nielekko pochylonym parkingu ze zbyt słabo zaciągniętym hamulcem. Całe szczeście że tam byłam bo nie wiem czy byłoby co zbierać z samochodu, jakby się stoczył.

wpDiscuz