Kawa na ławę

Może niekoniecznie na ławę, tylko na maszynę do płacenia za parking, ale parkomat się za bardzo nie rymuje, nawet jak go mocno poprosiłem, więc zostawiam ławę.

Tak czy siak, z racji tego, że narodził nam się był niedawno potomek, o czym już raczyłem wspomnieć, oraz za co już zebrałem mnóstwo rozmaitych gratulacji, życzeń i uśmiechów, w formie kartek, emaili, krótkich wiadomości tekstowych, długich wiadomości tekstowych, średniej długości wiadomości tekstowych, telefonów (a konkretnie to połączeń telefonicznych), za które wszystkim gratulantom, życzeniodawcom i uśmiechmistrzom serdecznie dziękuję, wracając do tematu, w związku, że się ów potomek raczył był wreszcie wykluć, ściągnęliśmy sobie w ramach wsparcia artyleryjskiego babcię, która przez najbliższe dwa tygodnie będzie pomieszkiwać pod naszym dachem, wymądrzać się w kwestii wychowywania potomków, robić na drutach i te de i te pe.

Uff, strasznie długie zdanie mi wyszło.

O czym to ja…

Aha, no właśnie. Babcia. Trzeba ją było odebrać z lotniska – co uczyniłem przedwczoraj pod wieczór. Jazda na lotnisko była dość wyczerpująca, ponieważ jak ogólnie wiadomo tych kilka pierwszych nocek z noworodkiem w domu jest zazwyczaj mocno męczących (człowiek się musi przestawić na nocne pobudki, karmienia, przewijanie i tak dalej). Na M50 udało mi się kilka razy zmrużyć powieki, do tego stopnia, że zjechałem ze swojego pasa ruchu i w panice potem na niego wracałem (na szczęście ruch był niewielki, więc nic się nikomu nie stało).

Na samym lotnisku postawiłem auto na krótkoterminowym, zgarnąłem babcię z hali przylotów i postanowiłem przed drogą powrotną walnąć sobie kawę, coby nie zasnąć. Auto co prawda już znało trasę, więc pewnie by jakoś dojechało bez mojej pomocy, ale babci byłoby nudno bez moich pogawędek.

Z kawą w jednej ręce oraz wielką babciową walizką w drugiej, podreptaliśmy na krótkoterminowy, zahaczając po drodze o ławę. Tzn. nie o ławę, tylko o maszynę do uiszczania opłat za parking, ale ława mi się lepiej rymuje, o czym, zdaje się, już nadmieniałem jakoś tak niedawno… Tak czy siak, ponieważ skończyły mi się ręce, postawiłem kawę na parkomacie, i wtykając bilet w szczelinę urządzenia odezwałem się do babci w te słowa:

– Żebyś ty wiedziała ile ja już tak kaw zostawiłem na różnych urządzeniach do płacenia…

Maszyna okazała się niesprawna, a konkretnie to nie chciała łyknąć mojej karty płatniczej. Przemieściłem się więc wraz z biletem do maszyny obok, która już bez większych ceregieli pozwoliła mi uiścić – no i podreptaliśmy w stronę auta. W połowie drogi, już za ruchomymi schodami, babcia czujnie zagaiła:

– A kawę to gdzie masz?
– Na parkometrze…
– Wracamy?
– Niee, bez sensu. Jedźmy do domu.

W ten oto sposób, zgodnie ze starą haloweenową tradycją, pozostawiłem na parkomacie kubek kawy dla jakiegoś zbłąkanego nieznajomego.

Smacznego!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz