Długi łykęd – część druga

Na czym to ja wczoraj… Aha, już wiem. Przepchnęliśmy córę przez piąte urodziny, wróciliśmy do domu, wypakowaliśmy fanty, zapakowaliśmy tortąby…

„Tortąba” to neosłowizm, który powstał w okolicach mojej czwartej klasy podstawówki, z przejęzyczenia. Zamiast „Podaj mi tą torbę” powiedziałem kiedyś „Podaj mi tor tąbę”. Potem było wiele radości, no i słówko trafiło do rodzinnego kanonu 😉

… zapakowaliśmy tortąby …

Jeszcze a propos przejęzyczeń: miałem kiedyś, również we wczesnej podstawówce, dobrego kolegę Sławomira. W pośpiechu (mój aparat wymowy był zawsze ze trzy zdania do tyłu względem ośrodka kognitywnego) zamiast „Sławek, powiem ci coś fajnego”, wyszło mi „Fajek, powiem ci coś sławnego”. Normalnie chyży rój w cichej lipie, mociumpanie.

… zapakowaliśmy tortąby, po czym ruszyliśmy w trasę. Żeby dojechać z Dublina do Donegal, można wybrać N4 (i potem M4, przez Mullingar, Longford, Carrick-on-Shannon, Sligo) bądź też M3 (przez Navan, Cavan, Bundoran) albo też wreszcie N2 (Ardee, Castleblayney i Omagh). Wybraliśmy bramkę numer jeden, czyli trasę przez Sligo. Nie żeby była najkrótsza czy też najbardziej malownicza – tamtędy jest po prostu najszybciej. A poza tym w okolicach pięćdziesiątego kilometra jest przyautostradowa stacja serwisowa, gdzie można napoić rumaki tudzież skosztować całkiem niezłej kawy. Trasę przejechaliśmy bez większych poślizgów i już w okolicach godziny 18 byliśmy na miejscu.

W Donegal mamy sporo znajomych i czasem się zatrzymujemy u tych czy u tamtych. Ponieważ było nas tym razem aż czworo oraz ponieważ pojechaliśmy (aż!) na dwa dni, postanowiliśmy nie truć dupy ludziom i zabunkrowaliśmy się w Milltown House, tuż przed znakiem „Donegal Town” od strony Sligo. Bardzo zacne miejsce, z widokiem na okoliczne lasy i łąki (niestety, nie mają okien od strony zatoki, a szkoda). Kasują też całkiem skromnie – €25 od osoby za dobę, a więc dwa noclegi dla naszej czwórki zamknęły się w €200. Obsługa była nader przyjazna, jedzenie… cóż, nie można spodziewać się cudów po tradycyjnym irlandzkim śniadaniu (po szczegóły odsyłam tutaj bądź też tutaj), ale było całkiem zjadliwie. Jedyne, do czego można byłoby się przyczepić, to trochę zanieczyszczona łazienka (pod prysznic nie odważyłem się wejść, na bosaka do samej łazienki też nie). Ale w końcu człowiek nie przyjeżdża do Donegal, żeby się czepiać strzeg… szczyg… detali.

Wbrew wielkim planom pójścia „na miasto”, zaraz po przyjeździe klapnęliśmy na cztery litery (a w zasadzie na szesnaście liter, biorąc pod uwagę liczebność grupy) i do wieczora graliśmy w Othello, gapiliśmy się na zaokienne widoki (padało i było ciemno, ale i tak się gapiliśmy) tudzież popijaliśmy herbatkę, czytaliśmy książki – ogólnie mówiąc, wypoczywaliśmy pasywnie. Poprosiliśmy gospodynię o śniadanie na okolice 8:30 rano i poszliśmy spać.

O godzinie około 8:40 rano, jak pambuk przykazał, siedzieliśmy już grzecznie w jadalni i czekaliśmy na specjały kuchni irlandzkiej. Tymczasem jakoś nikt się nie zjawiał. Świadomi wyluzowanego podejścia Irlandczyków do zagadnień terminowości, postanowiliśmy dać gospodyni jeszcze z 10 minut – zjawiła się jednak samoczynnie około 8:45, wielce zdziwiona.

No tak. Zmiana czasu. Trąbili przecież wszędzie.

O godzinie 8:00 Nowego Czasu mieliśmy już śniadanko na stole 🙂 Tym samym przedłużyliśmy sobie dzień o całą godzinę, co ma swoje niewątpliwe zalety. Zwłaszcza, że mieliśmy w planach sporo jeżdżenia, więc każda godzina na wagę złota.

Zjadłszy i nasiąknąwszy kawą / herbatą, pomachaliśmy gospodyni i wyruszyliśmy na Slieve League. Mało kto wie, że osławione Mohery (pardon, Klify Moher) są około 3 razy niższe od Slieve League – cały trick polega jednak na odpowiednim marketingu, skutkiem którego na Mohery jeździ pół świata, a na Slieve League mało kto. Dzięki temu jest tam jeszcze całkiem dziko (ostatnio postawili parę barierek zabezpieczających, po kilku śmiertelnych wypadkach) i spokojnie.

Odwiedziwszy Slieve League, które zrobiły na naszym gościu wrażenie zapierające dech w piersiach (dosłownie i w przenośni – dmuchało jak w kieleckiem), podjechaliśmy jeszcze do przydrożnego sklepu z duperelami (tzw. „craft shop”), po drodze trzasnąłem Kuzynce zdjęcia z owcami (milczały), po czym uderzyliśmy w stronę Malin Beg.

Malin Beg, a zwłaszcza Silver Strand, to jedno z tych miejsc, za które dałbym się pokroić w plasterki i jeszcze przytrzymywałbym krojącemu deskę, żeby mu się wygodniej kroiło. Nie będę tu się teraz rozwodził godzinami nad tym miejscem, jak ktoś chce, niech sobie pogugla (aczkolwiek żadne guglanie nie odda huraganowego wiatru na górze, spokojnej tafli wody na dole, kłębiących się bałwanów oraz wrażenia przestrzeni) – natrzaskaliśmy tam mnóstwo fotek, córa, już pięcioletnia, pokonała na własnych małych nóżkach całą trasę w dół (ponad 200 schodków) oraz z powrotem w górę (tych samych ponad 200 schodków, tylko z drugiej strony) i nawet nie była zbytnio zasapana. Ja się zmęczyłem tym wchodzeniem okrutnie – no ale warto było, naprawdę warto.

W drodze powrotnej zajechaliśmy do Blue Haven – fajna knajpka z nieziemskim widokiem na ocean, z całkiem niezłym żarciem oraz z trzema świeżo upieczonymi kelnerkami, które biegały w panice we wszystkie strony niczym Smerfy na widok Gargamela, rzucały widelcami o podłogę i robiły mnóstwo innych zabawnych rzeczy. Moja Żonka, która otarła się za młodu o fach kelnerski, miała niezły ubaw.

Zjadłszy, wypiwszy i pokontemplowawszy zaokienne widoki, pognaliśmy w stronę Donegal Town. Jeszcze tylko jedna mała plaża po drodze, na którą nie chciało się nam już wychodzić, ale na którą wykopaliśmy z auta Kuzynkę (niech sobie trochę poogląda ocean z bliska, a co) i już byliśmy w mieście.

Ze sporym smutkiem skonstatowaliśmy, że apteka „Begley’s Pharmacy” jest nieczynna – szkoda, bo właściciel tejże, pan John Begley (zwany przez nas potocznie Jasiem) był naszym pierwszym landlordem na irlandzkiej ziemi i do dziś trzymamy z nim sztamę i staramy się go odwiedzać przy każdej bytności w Donegal. No ale nic to. Zamiast gnębić Jasia, splądrowaliśmy dwa lokalne craft-shopy, upolowaliśmy kolację w lokalnym SuperValue, spróbowaliśmy zwiedzić Craft Village (było zamknięte), pokręciliśmy się chwilę po miasteczku po czym zacumowaliśmy w naszym Milltown House. Znów padało, znów podziwialiśmy widoki za oknem, graliśmy w Othello, obejrzeliśmy ze dwa filmy (między innymi tą durną komedię, w której Atkinson-Fasola wciela się w fachowca od sztuk pięknych), pogadaliśmy o duperelach i poszliśmy w kimę.

W poniedziałek rano znów śniadanko (tym razem bez niespodzianek z zegarami), spakowaliśmy manatki, odpaliliśmy gospodyni kasę za gościnę – i w długą, z powrotem do Dublina. Po drodze jeszcze tylko szybka wizyta w Pizza Hut w Sligo (nie przepadam za Pizza Hut, ale ta konkretna pizzeria jest akurat niezła), gdzie wciągnęliśmy jedną pizzę na nas troje (córa dostała osobną, maleńką pizzę dla dzieci) i już byliśmy w trasie.

Mijając Ben Bulbena, postanowiliśmy jeszcze zajechać na Glencar Waterfall – niewielki, ale bardzo malowniczo położony wodospad u podnóży góry. Spędziliśmy tam dobre pół godziny, spacerując po okolicy, pstrykając fotki i podziwiając widoki.

Do Dublina dotarliśmy około 16:30. Stwierdziliśmy, że zdążymy jeszcze pokazać Kuzynce wodospad w Powerscourt, co też uczyniliśmy (był wieeeelki, po ostatnich deszczach).

Niniejszym uznaję więc ten weekend za nader udany. Wypoczęliśmy od hut, fabryk i zmywaków, pokazaliśmy naszemu gościowi dużo fajnych miejsc – oby więcej takich weekendów.

No a dziś już powrót do rzeczywistości…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Długi łykęd – część druga"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Miłosz
Gość

Śniadanie dla mnie zachęcająco wygląda. Lubię fasolkę zawsze i wszędzie 😉