Wakacje 2015 – wpis czwarty

W drodze powrotnej, jak już wcześniej nadmieniłem, wbrew oczekiwaniom autko sprawowało się wyśmienicie. Problem polegał jednak na tym, że z powodu awarii wyjechaliśmy z Polski sporo wcześniej, żeby w razie czego bezstresowo dojechać na prom. A konkretnie zamiast wyjechać z Polski w okolicach wtorku-środy, wyjechaliśmy już w niedzielę.

Efekt był taki, że trzeba było na gwałt wykombinować jakieś rozrywki na cały tydzień włóczenia się po Europie, nie wspominając już o takim drobiazgu jak noclegi.

O samych noclegach napiszę może innym razem, dziś o tym, gdzie udało nam się dotrzeć zaraz po wyjeździe z Hamburga. Otóż stwierdziłem, że skoro już mamy takie wielkie mnóstwo czasu, nie warto jechać prosto na Cherbourg, bo dojedziemy tam w dwa dni i co dalej? Zamiast tego zaproponowałem wycieczkę pod Hannover, do parku rozrywki zwanego „Heide Park”. Propozycja moja została jednogłośnie przyjęta (dzieciaki akurat spały), od słów do czynów droga niedaleka, kilka godzin później już parkowaliśmy między drzewami, na parkingu tego największego (podobno) wesołego miasteczka w Europie.

Heide Park jest faktycznie ogromny. I dużo w nim wszystkiego. Mnie najbardziej pociągały kolejki (czyli po naszemu rollercoastery), które oferują solidną dawkę adrenaliny i przeciążeń. Co prawda od zawsze cierpiałem na karuzelofobię, mój błędnik na samą myśl o obrotach i pętlach zaczyna negocjować z przełykiem, ale taki np. Colossus…

Najbardziej stroma drewniana kolejka górska na świecie. 61 stopni spadu. Całość konstrukcji nośnej wykonana z drewna. Obejrzałem sobie to drewno z bliska – faktycznie, zwyczajne belki i deski poskręcane metalowymi śrubami. Poza tym jedyne metalowe elementy konstrukcji to same tory, po których się jedzie, no i wagoniki. A reszta to drewno. Lekko wilgotne od deszczu. Wyglądające bardzo zwyczajnie, niczym rozwalająca się stodoła stryja Zenona.

No i żadnych pętli. Tylko jeden ostrzejszy spiralny odcinek toru, a poza tym tylko góra-dół-góra-dół…

Nigdy przedtem nie jechałem taką „prawdziwą” kolejką górską. Stwierdziłem, że kiedyś przecież musi być ten pierwszy raz. Heide park działa w ten sposób, że jak się już wejdzie do środka, można ze wszystkich atrakcji korzystać bez ograniczeń i – z nielicznymi wyjątkami – za darmo. Mógłbym sobie na ten przykład jeździć na Colossusie przez cały dzień. Hm.

Tymczasem wsiadłem w wagonik, uważnie zapiąłem pasy, docisnąłem specjalne metalowe ramię do górnej powierzchni ud, sprawdziłem na wszelki wypadek, że jest zablokowane. Potem pan z obsługi nacisnął zielony guziczek i kolejka leniwie zaczęła się wspinać na wysokość sześćdziesięciu metrów. Spoko. Nie mam lęku wysokości i z przyjemnością obserwowałem cały Heide Park z góry.

A potem wagonik się zatrzymał. Spojrzałem przed siebie – a tu pusto. Tor zakręcał w dół pod takim kątem, że całkiem znikał z pola widzenia. Stwierdziłem, że ja jednak chyba nie chcę. Niestety, moja szybka modlitwa została bardzo uważnie zignorowana i wagoniki wyrwały do przodu, w tę stromiznę.

Dla starych wyjadaczy kolejek górskich taki Colossus to pewnie fraszka. Dla mnie to była pewna śmierć – noż kurdę, popieprzyło ich kompletnie? Przecież ja spadaaaaam, aaaaaa… Nie wytrzymałem i zamknąłem oczy na jakieś dwie sekundy. Po ich otwarciu kolejka już się wznosiła ze swojego najniższego punktu. Dalszy ciąg był już raczej jednolity, co nie znaczy nudny – wagoniki mknęły po faliście ukształtowanej trajektorii, osiągając na jej wierzchołkach całkiem pokażne ujemne przyspieszenia, próbujące wyciągnąć moich sto pięć kilogramów żywej wagi do góry i rzucić w niebiosa. Na szczęście (i całkiem wbrew intuicji) żelazna sztaba dociskała mnie przez cały czas do siedzenia, więc zasadniczo nie było się czego bać.

Przy samym końcu coś mi błysnęło po oczach – zdjęcie, które można było sobie potem odebrać przy wyjściu. Na lekko miękkich nogach wydreptałem z wagonika i razem z rodzinką poszliśmy po to nieszczęsne zdjęcie…

Jak pech, to pech. Wszyscy dookoła mieli piękne, wyraźne zdjęcia, a ja wyszedłem tak ciemno, że w ogóle nie dałoby się mnie poznać. W dodatku ktoś przede mną akurat machał i zasłonił mi pół gęby.

Chcąc, nie chcąc (przecież muszę mieć pamiątkę, prawda?) ustawiłem się w kolejce do Colossusa raz jeszcze. Tym razem już dokładnie wiedziałem co mnie czeka i chociaż na pierwszym, tym stromym, spadzie mózg nadal protestował (w końcu to prawie swobodny upadek z 60 metrów), ta druga przejażdżka odbyła się tak, jak należy. Czyli wyrzut rąk w górę, wspólny wrzask z resztą kolejkowiczów, a i zdjęcie wyszło całkiem wyraźnie. Ha.

Z bardziej interesujących wydarzeń tamtego dnia wymienię jeszcze gokarty. Nigdy w życiu nie jeździłem gokartem, a tutaj były takie w wersji dla rodzica z dzieckiem – córa strasznie się chciała przejechać, więc odstaliśmy swoje w kolejce i wtedy się okazało, że mam odrobinę za długie nogi, i się – niestety – nie mieszczę. Córa w płacz, że się jednak nie przejedzie… W sukurs przyszedł nam pan z obsługi, który przebukował nas na następną rundę – tzn. konkretnie to tylko córę, bo ja się przecież nie mieściłem. Tym samym nasza Młoda po raz pierwszy w życiu samodzielnie jechała autem – kierownica, gaz, hamulec i maksymalna prędkość 40 km/h. O dziwo, poradziła sobie pięknie. Zaliczyła barierkę raz czy drugi, ale obyło się bez złamanych kończyn itd. Oczy jej się do dziś świecą na tamtą przejażdżkę.

Chwilę potem udało jej się namówić Mamę na przejażdżkę rollercoasterem – takim z dwiema pętlami, dwiema spiralami i paroma całkiem pokaźnymi górkami i dolinami. Ja bym się na czymś takim porzygał jak kot, ale dziewczyny dzielnie sobie poradziły, chociaż podobno na spiralach trochę trzęsło na boki i obydwie miały poobijane skronie. Ale uśmiechy mówiły same za siebie 😉

Młody przejechał się z nami dziecinną ciuchcią, aż piszczał z radości. Był jeszcze tunel strachu, były jakieś zjeżdżalnie, parę pomniejszych kolejek – łącznie spędziliśmy tam z sześć godzin i nie był to czas utracony. Wspomnień bez liku.,

Niestety, nie przejechałem się tą słynną kolejką, która rozpędza się do stu km/h w niecałe dwie i pół sekundy. Nie przejechałem się też kolejką górską z całkowicie pionowym spadem, wyrzucającą za sobą fontannę wody. Parę innych kolejek było nieczynnych z powodu pogody. Ale i tak wrażeń wyniosłem z Heide Parku mnóstwo. Naprawdę, bardzo, bardzo polecam to miejsce każdemu żądnemu mocnych wrażeń homosapiensowi, Jest gdzie się rozerwać, jest dużo knajp dla głodomorów, są pokazy cyrkowe, kina dla dzieci, sporo sklepików, całe multum miejsc spacerowych dla wózków – co tu dużo gadać, miejsce na piątkę.

Ciekaw jestem, jak będzie wyglądać budowany właśnie w Irlandii Tayto Park. Też może być ciekawie.

Tymczasem – dobranoc..

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz