Wakacje 2015 – wpis piąty

Dziś migawka – dosłownie dwie scenki – z jednego z hoteli we Francji. Będzie zabawnie, chociaż drugi raz tego hotelu nie wybiorę, choćby mi przypiekali pięty żywym ogniem.

A było tak…

Zrobiwszy dobre 800 kilometrów przez Niemcy, Holandię, Belgię i Francję, po raz kolejny zabraliśmy się za szukanie jakiegoś noclegu. Jechaliśmy wzdłuż francuskiego wybrzeża, które jest bardzo urokliwe, ma klify i zagubione między nimi maleńkie wioseczki, kręte drogi wśród ciągnących się po horyzont zielonych pól, no i przede wszystkim trafiła nam się temperatura ponad 20 stopni, czyli dla nas prawie Sahara. Tak czy siak, w kolejnym miasteczku zrobiliśmy postój w ramach obejrzenia przepięknej (chociaż, niestety, kamienistej, jak większość w okolicy) plaży oraz próby zahotelowania się.

Hotel z pokaźnym szyldem stał sobie przy głównej (i jedynej) ulicy. Miał ekskluzywnie wyglądającą, częściowo wylegającą na późnopopołudniowy taras, restaurację skrzącą się rżniętymi w kryształ kielichami, niebrzydką elewacją i ogólnie schludnym wrażeniem. Ceny, jak się okazało na recepcji, też nie były jakoś specjalnie straszne, więc się zahotelowaliśmy.

Scenka #1: Ponieważ za oknem akurat miał miejsce zachód słońca, który sam w sobie był całkiem niebrzydki, jednak składał się m. in. ze słońca, które, zanim raczyło zajść, dawało strasznie po gałach, moja Żonka postanowiła zasłonić okno za pomocą zawieszonej na drewnianym karniszu zasłony. Niestety, karnisz okazał się być bardzo marnie przytwierdzony do swojego uchwytu w ścianie i w efekcie gdyby nie refleks mojej lepszej Połówki, prawdopodobnie wyrżnąłby w łeb Młodego. Chwila adrenalinki, chwila odsapki, karnisz na swoim (lekko chwiejnym) miejscu, słońce zasłonięte. Uff.

Spało się dobrze, acz krótko (jak zwykle w takich miejscach, gdy się ma na pokładzie dwójkę żądnych wrażeń dzieciaków)

Rano, zgodnie z planem, uderzyliśmy na stołówkę celem spożycia śniadania. I tam oto Scenka #2: kiedy stałem przy stoliku z napojami i pracowicie ciurkałem wrzątek do dzbanuszka z herbatą, coś nagle przeleciało mi tuż przed nosem i z cichym „klap!” spadło na blat, tuż obok dzbanka. Patrzę, a to napis „Toilet” na ozdobnej, blaszanej… no, blaszce. Wziął i się odkleił od ściany, i spadł. Mało brakowało, a miałbym herbatę z napisem „Toilet” w środku 😉

Ogólnie wrażenia z tego hotelu były nie za ciekawe (na korytarzu lekko zalatywało moczem, w pokojach z kolei czuć było odrobine stęchlizny, kibel był takiej wysokości, że prawie mi nogi dyndały – przypuszczam, że córa musiała się na niego wspinać za pomocą haków i raków), więc zaraz po śniadanku wyruszyliśmy dalej.

Ot, co.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz