Wakacje 2015 – wpis drugi

Kolejny wpis o naszych niedawnych wakacjach dotyczyć będzie obietnicy.

Trzy lata temu kupiłem auto marki Kia. Jak wiadomo, marka ta tym się wyróżnia spośród konkurencji, że oferuje bardzo długą gwarancję – aż siedem lat (lub 150000 km). To bardzo dużo w porównaniu do większości konkurencji, która daje maksymalnie 2-3 lata gwarancji (w niektórych rzadkich przypadkach 5 lat) oraz maksymalnie 100000 km.

Oczywiście ta siedmioletnia gwarancja nie obejmuje wszystkiego – jak się człowiek wczyta w drobny druczek, okazuje się, że część rzeczy objętych jest trzyletnią gwarancją, część – pięcioletnią, a najmniejsza część – siedmioletnią. Ważne jednak jest, że siedem lat gwarancji dotyczy silnika oraz w ogólności całego systemu napędowego, którego remonty są zazwyczaj najbardziej kosztowne.

Tak więc auto, którym wybrałem się na wakacje w tym roku, ma jeszcze prawie dwa lata gwarancji producenta. Gwarancja taka to nic innego jak obietnica, złożona przez producenta, że w razie awarii objętej gwarancją, wszystko będzie naprawione za darmo przez autoryzowany salon.

Czy ta obietnica działa?

Miałem okazję to przetestować na własnej skórze i od razu powiem, że owszem, działa, ale nie do końca tak, jak bym sobie tego życzył. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy auto zostało zakupione w innym kraju, niż kraj, w którym próbujemy tę gwarancję wyegzekwować.

A było tak:

W okolicach drugiego dnia podróży, kiedy jechaliśmy sobie beztrosko przez Niemcy, w pewnym momencie stwierdziłem, że auto przestało mi przyspieszać. Silnik stracił moc i ni cholery nie dało się go rozbujać powyżej 90 km/h, a co gorsza nawet osiągnięcie tej zawrotnej prędkości zajmowało dobrą minutę.

Jak sobie można wyobrazić, jazda niemiecką autostradą z prędkością 90 km/h to męczarnia. Dlatego zjechałem na pierwszy lepszy przydrożny parking, wyłączyłem silnik i z mądrą miną zacząłem przyglądać się autku.

Jak być może niektórzy starzy Czytelnicy kojarzą, moja znajomość motoryzacji jest praktycznie zerowa, chociaż czasem wydaje mi się, że nawet ujemna. Z ledwością odróżniam przód od tyłu, wlew paliwa od wlewu płynu do spryskiwaczy i tak dalej. Jak się więc nietrudno domyśleć, po pięciu minutach bezowocnego kontemplowania śpiącego autka stwierdziłem, że za wiele nie zdziałam. Wsiadłem, uruchomiłem silnik… I okazało się, że ta utrata mocy to chyba mi się tylko przyśniła. Samochód pojechał bowiem bezproblemowo i dotarliśmy do znajomych pod Hamburgiem bez żadnych przygód.

Dwa dni później, wypoczęci i uśmiechnięci, wyruszyliśmy w stronę kraju nad Wisłą – o tamtej utracie mocy całkiem zapomnieliśmy. No i dopiero gdzieś między Szczecinem a Koszalinem (nie pamiętam już teraz dokładnie, gdzie), silnik znów stracił moc, a w dodatku zapaliła się żółta lampka „check engine”.

Wedle instrukcji z taką lampką powinniśmy niezwłocznie udać się do najbliższego salonu Kia. Ale była niedziela po południu, więc wachlarz opcji nam się skurczył do zera.

Aczkolwiek…

Parę tygodni przed wyjazdem wykupiłem sobie w firmie AA dodatkowe ubezpieczenie na wypadek awarii samochodu. Tzw. „European Breakdown Insurance”. Koszt takiej dwutygodniowej polisy to ciut ponad sto Jerzych, za które kupuje się spokój ducha w razie jakiejkolwiek awarii gdziekolwiek w Europie.

Niestety, próby dodzwonienia się do AA w celu wezwania pomocy spełzły na niczym. Wszędzie automaty mi mówiły, że tylko poniedziałek-piątek dziewiąta-siedemnasta. Wygląda na to, że samochody się w święta i weekendy po prostu nie psują, a mój przypadek był tylko błędem statystycznym.

Rad-nierad włączyłem i wyłączyłem silnik kilka razy – i za którymś z kolei razem lampka zgasła.

Od tamtego momentu jazda samochodem wyglądała tak, że jechał on przez około 10-12 minut poprawnie, po czym znikała moc, robił się mułowaty i trzeba było wyłączyć i włączyć silnik. Nawet w czasie jazdy, bez zatrzymywania się. W taki oto niekomfortowy sposób dojechaliśmy do celu naszej podróży, rozmawiając po drodze o tym, co można by zrobić, żeby problem rozwiązać.

Oczywiście jak tylko zrobił się poniedziałek rano, natychmiast zadzwoniłem do najbliższego autoryzowanego salonu Kia (K&K Wojtanowicz w Wejherowie) i umówiłem się na najbliższy wolny termin, czyli na następny dzień na 12:30. Poniedziałek zleciał na nerwowych rozważaniach co by tu zrobić. Jak się nietrudno domyśleć, niczego nie wymyśliliśmy. Dzień wakacji w plecy…

Następnego dnia stawiłem się w salonie (w towarzystwie teścia, żeby mi się nie nudziło po drodze) dwie godzinki przed czasem, w nadziei, że panowie zerkną na moje autko wcześniej. Niestety byli, jak to się po naszemu mówi, „fully booked”, więc na półtora godzinki poszliśmy z teściem do lokalnej knajpki, gdzie sączyliśmy kawę i herbatę oraz rozmawialiśmy o Życiu i innych różnych Woglach. Kwadrans po dwunastej odstawiliśmy autko do serwisu, opisując symptomy. Pan w serwisie od razu powiedział, że na pewno chodzi o zanieczyszczony filtr paliwa, bo w 99% przypadków to właśnie filtr jest odpowiedzialny za spadek mocy. Ja mu na to wyjaśniłem, że autko przechodziło serwis gwarancyjny dosłownie na tydzień przed wyjazdem, i że w ramach tego serwisu wymieniono filtr paliwa na nowy. Pan zanotował to sobie w kajeciku i powiedział, że mam przyjść za półtora-dwie godzinki, a najlepiej, żebym zostawił do siebie namiar, to on zadzwoni. Zostawiłem mu swój irlandzki numer komórki po czym zaciągnąłem teścia do tej samej knajpki, gdzie tym razem posiedzieliśmy sobie przy piwku (ja oczywiście bezalkoholowym). Gadało się fajnie, jednak po dwóch i pół godzinie trochę się zacząłem martwić i zadzwoniłem do salonu. Pan mi wyjaśnił przez telefon, że autko jest już zrobione od prawie godziny, ale nie mógł się do mnie dodzwonić. Nic nie szkodzi, pomyślałem, rzadko ma się okazję posiedzieć z własnym teściem przy piwku, żadna strata.

Przy odbiorze auta dowiedziałem się, że filtr paliwa był bardzo brudny i musieli go wymienić, i że skasują mnie za tę przyjemność trzysta polskich złotych.

Zapytałem grzecznie, jakim cudem filtr paliwa mógł się w tak krótkim czasie zanieczyścić, skoro był wymieniony tuż przed moim wyjazdem z Irlandii. Dowiedziałem się wówczas, że wszystkiemu winne są biopaliwa, a zwłaszcza duża zawartość biokomponentów, które zabrudzają ten nieszczęsny filtr.

Ponieważ znam się na autach jak kura na pieprzu, łyknąłem to jak gęś kluskę – spytałem tylko jeszcze, co w takim razie mam robić, żeby uniknąć częstych wymian tego filtra w przyszłości – usłyszałem smutną wiadomość, że nie uniknę tego, i że od teraz muszę się już nastawić na to, że filtr będzie wymieniany o wiele częściej.

Pokręciłem głową z lekkim niedowierzaniem, ale ponieważ pan mówił z pozycji majestatu (w końcu są autoryzowanym serwisem, c’nie? Znają się…), zapłaciłem te nieszczęsne trzy stówki, wziąłem kwitek z informacją, że zrobili diagnostykę, wymienili filtr, i że kosztowało to 300 zł, po czym wziąłem kluczyki, zapakowaliśmy się z teściem do autka i pomknęliśmy w siną dal w stronę Lęborka.

Po przejechaniu mniej więcej pół kilometra zapaliła się żółta lampka i oczywiście padła moc.

Dzwonię więc do salonu K&K i mówię im, że autko jest nadal niesprawne. Każą mi od razu zawracać, co też czynię i 15 minut później oddaję kluczyki panu z salonu. Pan obiecuje sprawę dokładniej zbadać i każe przyjść za 2 godzinki. A najlepiej przedtem zadzwonić, bo okazuje się, że mają zablokowane wyjście na prefiksy międzynarodowe i nie mają się jak dodzwonić na moją irlandzką komórkę. Zostawiam im swój adres email oraz numer komórki teścia i mówię, żeby napisali, kiedy auto będzie do odebrania.

Dwie godziny, dobry obiad i dwa piwa później (pani kelnerka już przyzwyczaiła się do tego, że siedzimy z teściem w kąciku i gadamy, prawdopodobnie chciała nam już przydzielić kartę stałego klienta) dostaję maila od K&K, że autko lada chwila będzie do odebrania. Dzwonię do salonu, gdzie dowiaduję się, że awaria została już usunięta i kolega właśnie robi jazdę próbną.

Po przyjściu do warsztatu widzę, że moja ulubiona Kijanka jest podpięta do komputera serwisowego, a panowie właśnie coś tam drukują. Wyglądało to tak, że dopiero teraz zapuścili sprawdzenie błędów i właśnie poznali faktyczny powód, dla którego auto traciło moc.

Powodem tym okazał się uszkodzony chip sterujący turbosprężarką, element wart około 330€, na szczęście objęty gwarancją. Dowiaduję się, że auto zostanie naprawione w ramach gwarancji, a dodatkowo panowie wyważą mi koła, i to gratis.

Coś mi tutaj mocno nie pasowało – dlaczego wykrycie tego błędu zajęło im parę godzin? Dlaczego dopiero teraz robili diagnostykę, skoro zrobili ją już wcześniej (i skasowali za to pieniądze)? Dlaczego nagle zrobili się bardzo mili i oferują mi coś za darmo? Niemniej jednak raz jeszcze postanowiłem zaufać autorytetowi autoryzowanego dealera i powiedziałem, że bardzo się cieszę, i żeby mi to naprawili, a w międzyczasie poproszę o auto zastępcze, bo jestem na wakacjach i muszę mieć czym jeździć.

Tu pan się nieco zmarszczył, popukał w klawisze i powiedział, że ten chip jest w tej chwili niedostępny, i że najbliższy termin, kiedy będą mieli dostawę, to 23 kwietnia (czyli za trzy tygodnie). Tak więc jeżeli chcę, żeby mi to zrobili w ramach gwarancji, muszę zostawić u nich auto do 23 kwietnia. Niestety, auta zastępczego mi nie mogą dać, bo nie mieszkam w Polsce.

Pytam faceta, co mam robić, co on by zrobił na moim miejscu – niestety, tylko rozłożył ręce. Nic się nie da zrobić.

Trochę mnie to rozjuszyło, ale ponieważ wiem, że okazywanie złości w takich oficjalnych miejscach nigdy nie kończy się dobrze, podziękowałem panu bardzo grzecznie, wziąłem kluczyki, poprosiłem jeszcze o przesłanie wydruku z diagnostyki na email i opuściliśmy z teściem niegościnne, wejherowskie okolice. Był późny wieczór. Drugi z kolei dzień wakacji psu w kuper. Trzy stówki wyłożone w zasadzie za nic (jakoś nie chce mi się wierzyć w ten zabrudzony po niecałych 2000 km filtr paliwa i gadkę o biopaliwach). Jedyna frajda to ta knajpka i pogaduchy z teściem, a więc dzień nie do końca stracony – ale jednak problem pozostał.

Następnego dnia dzwonię do AA (była środa, dzień roboczy) i mówię im…

Nie, to nie tak.

AA to wielka firma i operują w wielu regionach i krajach oraz mają mnóstwo rozmaitych komórek organizacyjnych przypisanych do różnych rodzajów biznesu. Dodzwonienie się do właściwej osoby wymagało przejścia przez łańcuszek co najmniej trzech innych osób, którym musiałem za każdym razem cierpliwie od początku tłumaczyć, co się dzieje. Wreszcie zostaję przełączony do działu odpowiedzialnego za awarie aut objętych krótkoterminową polisą „European Breakdown Insurance” w Polsce, gdzie podawszy po raz setny numer polisy, numer buta, wiek babci szwagra, datę urodzenia i grupę krwi, dowiaduję się, że owszem, jestem objęty ochroną, ale ponieważ mam Kię, muszę najpierw zadzwonić do Kii, bo oni mają osobną usługę dla klientów w Europie, polegającą na wyciąganiu ich z takiego bagienka, w jakim ja się właśnie znalazłem. Dostaję numer telefonu do Kia Assistance. Dzwonię.

Oczywiście okazało się, że owszem, Kia coś takiego robi, ale tylko w przypadku aut będących w pierwszych trzech latach okresu gwarancyjnego. A więc dupa, bo moje auto ma już cztery lata.

Dzwonię z powrotem do AA. Jedna osoba, druga, trzecia… Tłumaczę im, że mam Kię, ale czteroletnią, więc Kia Assistance mnie nie dotyczy. Pani obiecuje coś zorganizować i oddzwonić następnego dnia.

Wisimy w próżni. Trzy dni wakacji psu w kuper. Nerwy. Stres. Czas się kurczy błyskawicznie, bo przecież Wielkanoc za pasem, zarówno piątek jak i poniedziałek to dni wolne od pracy.

Następnego dnia pani oczywiście nie oddzwania. Po południu postanawiam raz jeszcze się do nich podobijać – i po kilku próbach udaje mi się trafić na właściwego człowieka. Pani mi mówi, że właśnie się jej udało sprawę pozytywnie załatwić, i że mogą nam pomóc. W ramach ubezpieczenia wykupią nam wszystkim bilety lotnicze do Irlandii, z datą możliwie bliską 12 kwietnia (a więc wtedy, kiedy planowaliśmy wracać), a następnie opłacą mi przelot do Polski po 23 kwietnia, kiedy auto będzie już naprawione, oraz pokryją koszty moich ewentualnych noclegów na trasie powrotnej. I dodała jeszcze, że to jest ich propozycja pomocy, ale jeżeli mamy lepszy pomysł, możemy coś zaproponować, mają na to budżet w kwocie około 3500 funtów.

Po krótkiej dyskusji z Żonką stwierdziliśmy, że wariant proponowany przez ubezpieczalnię byłby całkiem fajny, gdyby nie to, że żeby wrócić po auto, musiałbym brać dodatkowe dwa dni wolnego, co z różnych przyczyn nijak mi nie pasowało – a dodatkowo musielibyśmy przez te dwa tygodnie funkcjonować w Irlandii bez auta, co też nam nie bardzo odpowiadało. Zapytałem więc panią z AA, czy zamiast tego nie mogliby nam w ramach polisy przebookować  promu na ten z Cherbourga do Rosslare, dzięki czemu mógłbym jakoś dojechać autem bez mocy do Cherbourga (unikając dodatkowej trasy przez UK). Niestety, pani wyjaśniła, że prowadzenie niesprawnego auta nie jest objęte polisą, i że tak się nie da.

We czwartek podjechałem do znajomego (i bardzo, bardzo zaufanego) warsztatu samochodowego w Ustce – co prawda nie jest to autoryzowany dealer żadnej marki, ale z właścicielem znam się od wielu, wielu lat, i mam do niego takie zaufanie, jak do własnej Żony. Facet mi to autko obejrzał, opukał, ostukał, przejechał się kawałek, przepuścił przez diagnostykę i potwierdził to, co już wiedziałem – padł chip sterujący turbosprężarką, trzeba go wymienić na nowy. Ponoć na Allegro można takie znaleźć za grosze, jeżeli zamówię dzisiaj to może do wtorku kurierem dojdzie.

Niestety, chipa na Allegro nie znajduję. Obdzwaniam też wszystkie salony Hyundai w północnej Polsce (Hyundai i Kia to dokładnie ta sama firma, identyczny silnik i części), niestety wszyscy są zależni od tego samego dostawcy i nie mają tej części przed 23 kwietnia.

Dzwonię do znajomego w Hamburgu, który jakimiś lokalnymi niemieckimi kanałami znajduje wreszcie ten chip u jakiegoś prywaciarza w Belgii. Czas dostawy do Hamburga około tygodnia – ale ponieważ są święta, może być dłużej. Koszt – około €480 + wysyłka. Kia w Hamburgu może mi to oczywiście zrobić, ale ponieważ idzie to nieoficjalnym kanałem, naprawa nie będzie objęta gwarancją i trzeba będzie zapłacić za robociznę. Razem około €700, no i dobrze ponad tydzień czekania. Za długo. Wariant odpada.

Jak się człowiek nie obejrzy, tak dupa z tyłu…

Podejmujemy dramatyczną decyzję. Postanawiamy zaryzykować i wrócić autem bez mocy. Żeby zaoszczędzić na kilometrach, z własnej kieszeni bookujemy bilet na prom z Cherbourga do Rosslare (to ten siedemnastogodzinny).

W międzyczasie na szczęście lądujemy na dwie nocki u naszych ulubionych planszówkowych znajomych w Trójmieście, gdzie łoimy od rana do późnej nocy w różne gry, zapominając kompletnie o problemach z autem, luzując się i relaksując w pełnej dobrego humoru atmosferze (na tę wizytę zamierzam poświęcić osobny wpis, bo naprawdę warto). Dzięki temu wreszcie udaje nam się porządnie odpocząć. W końcu wakacje to wakacje, c’nie?

Epilog całej tej historii jest równie zabawny jak tajemniczy. Ostatniego dnia pobytu w Polsce, z autem zapakowanym po relingi dachowe, odjeżdżamy w stronę zachodniej granicy. Zaraz za Słupskiem auto traci moc, zapala się żółta lampka. Wyłączam silnik. Włączam silnik.

Przez kolejne dwa tysiące kilometrów nic się nie dzieje. Żadne awaryjne lampki się nie włączają. Moc wróciła na stałe, nie zniknęła ani razu, pomimo ostrej jazdy przez Niemcy oraz łagodnej, pełnej zawijasów i górek jazdy przez Francję (o tym kawałku może napiszę osobno). Do Cherbourga dojeżdżamy zmęczeni, ale zadowoleni. Auto jedzie bezawaryjnie. Trasa z Rosslare do Dublina również przebiega bez żadnych niespodzianek.

Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, że moja Kijanka ma uczulenie na Polskę. Jest to myśl tak głupia, że aż śmieszna. Niestety, chwilowo nie mam lepszej hipotezy roboczej. Oczywiście przejadę się na dniach z wydrukami diagnostycznymi do lokalnego dublińskiego dealera, niech kombinuje. Cudów nie ma…

Werdykt końcowy: omijać szerokim łukiem warsztat „K&K Wojtanowicz” w Wejherowie, chyba, że się ma zapędy masochistyczne, ewentualnie zna się na samochodach o wiele lepiej, niż autor niniejszego bloga. Nie bać się biopaliw. Nie przejmować się rzeczami, na które się nie ma wpływu. Śmiało kupować „European Breakdown Assistance” w AA – oferta naprawdę działa, i chociaż z niej w końcu nie skorzystaliśmy, zostaliśmy tam potraktowani w grzeczny, skuteczny i bardzo, bardzo profesjonalny sposób.

Ot, co.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Wakacje 2015 – wpis drugi"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jaro
Gość

Dostałem kiedyś dobrą radę od mojego superfachowca spod Łowicza: jak ci szwankuje elektronika (sterownik, komputer… jak zwał tak zwał) odłącz całkowicie akumulator. Sterownik wraca wówczas do swoich ustawień fabrycznych. I to pomaga, przynajmniej mojej 15-to letniej hondzie pomogło. Porada była darmowa a zaoszczędziłem jakieś trzy stówy.

lacki
Gość

samochody z ubiegłego wieku miały prostszą elektronikę. W mojej starej Corolli resetowanie kompa też dawało spokój na kilka tygodni. Potem komp znów wyliczał że coś jest nie tak i wyskakiwał błąd. Jest to więc leczenie objawów a nie przyczyn. W nowszych pojazdach to już nie jest takie łatwe bo czujników więcej i obliczenia prowadzą znacznie częściej.

lacki
Gość

3 stówki za wymianę filtra to niezłe naciągactwo. Ale kto wie, może faktycznie jakość paliwa była nie do wytrzymania dla tego czipa i im dalej na wschód tym częściej narzekał…

Stefek
Gość

Prawda jest taka, ze majstry zobaczyly za przeproszeniem dzieciola z irlandzka smarktklapka i postanowili go wy… od tylu…
Moge sie tez zalozyc, ze do tzw 1 fazy diagnostyki uzyli googli.
Pozostaje naiwnie wierzyc, ze rynek ich zweryfikuje w koncu.

wpDiscuz