Postmodernistyczna szafa grająca z polskim akcentem

Jeżeli ktoś czytuje mojego bloga częściej niż raz, być może kojarzy odkrycie, jakiego dokonałem jakiś czas temu w ramach poszerzania swoich muzycznych horyzontów.

Dobra muza nie jest zła, czyli Pi-Dżej

Pełna nazwa zespołu brzmi „Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox”, ale dla uproszczenia sami nazywają siebie PMJ. Kapela specjalizuje się w przerabianiu współczesnych kawałków pop na modłę jazzową w stylu lat, pi x oko, dwudziestych zeszłego wieku.

Jakiś czas temu udało mi się upolować dwa bilety na koncert PMJ. Wczoraj po pracy wziąłem żonkę pod pachę i raźnym krokiem pomaszerowaliśmy do Vicar Street na widowisko.

I jak zwykle na koncertach, wydarzyła się Magia. Zamiast sterylnie, chirurgicznie spreparowanych klipów na Youtube, tu mieliśmy żywą muzykę, żywe tłumy ludzi dookoła (na moje oko było spokojnie około tysiąca osób), można było się zanurzyć i wykąpać w nutach i w zgiełku.

Zespół ma na chwilę obecną 11 osób: 4 dziewczyny i 7 chłopaków. W tym jeden z polskobrzmiącym nazwiskiem: Adam Kubota, kontrabasista.

Pozostali muzycy (nie będę wymieniał ich nazwisk, każdy chyba umie używać Google) to pianista (i szef kapeli), klarnecista, puzonista, perkusista, jeszcze jeden basista robiący za klauna oraz czarny jak smoła Murzyn robiący najpierw za konref… kronfe… korfense… za zapowiadacza, a potem za wokalistę (w obydwu rolach okazał się mistrzem). To męska część kapeli – z dziewczyn zaś mamy dwie wokalistki „ogólne”, jedną, z jakimś wschodnioeuropejsko brzmiącym nazwiskiem, specjalizującą się w śpiewaniu wyłącznie w stylu lat dwudziestych, a także jedną tancerkę stepującą.

Ten „klaunowaty” basista zaczął swój występ od wejścia na scenę z deską do prasowania, którą następnie rozłożył i postawił sobie na ręce, balansując ostrożnie wśród innych instrumentów. Miałem cichą nadzieję, że gość potrafi coś więcej, od składania i rozkładania deski do prasowania – na szczęście umiał 😉 Śpiewał i grał na basie całkiem zręcznie.

Koncert był zrobiony w formie widowiska. Nie spodziewałem się co prawda „nudnych” muzyków siedzących ze zblazowanymi minami za swoimi pulpitami, ale to, co PMJ robią na scenie, to majstersztyk dynamizmu połączonego z niezwykłą lekkością nut. Muzycy tańczyli, podskakiwali, trafiła się nawet gwiazda (w wykonaniu jednej z wokalistek) oraz szpagat w powietrzu (baso-klaun). Perkusista odbył „pojedynek” ze stepperką – wstał od perkusji, podszedł do krawędzi sceny i wystukał pałeczkami na podłodze skomplikowany rytm, który tancerka potem powtórzyła. Potem on powtarzał za nią i tak dalej, wszystko bardzo sprawnie i widowiskowo. Muzycy co jakiś czas zmieniali stroje, w tle zmieniały się kolory świateł.

Moja ulubiona piosenka, bez której cały koncert właściwie nie miałby sensu, to oczywiście „All about that bass„. Wykonanie koncertowe kompletnie różniło się od wszystkich innych wersji które wcześniej słyszałem (a miałem swego czasu fioła na punkcie tego kawałka i zbierałem wszelkie możliwe jego aranżacje). Tym razem – ku memu przerażeniu – rozpoczął baso-klaun, potem dopiero podłączyło się damskie trio, zmieniając styl utworu co kilka sekund. Z opisu brzmi to zapewne bałaganiarsko, ale – o dziwo – wszystko pięknie pasowało a widownia szalała i darła się jak opętana.

Ogólnie wypad zaliczam do bardzo udanych. Żeby jednak nie było za różowo, kilka drobiazgów należałoby moim zdaniem poprawić:

  1. Ciut za dużo basów. Bas dominował w każdym utworze. Fizycznie czułem, jak dźwięki kontrabasu oraz dużego bębna poruszają moimi żebrami. Lubię lekko podciągnięte basy, ale tu było odrobinę za dużo.
  2. Na widowni koło nas siedziała rumuńska rodzina z koszmarnie hałaśliwym gościem, który darł się od czasu do czasu kompletnie nie na temat, za to bardzo głośno. Głównie przyśpiewki kibolskie. Na szczęście nie przez cały czas.
  3. Taksówkarze zabierający ludzi z takich koncertów do domów powinni mieć zakaz żucia gumy. Odgłosy mlaskania wydobywające się z najgłębszych zakamarków trzewi kierowcy potrafią położyć najlepsze wspomnienia koncertowe w dziesięć sekund 😉

Poza jednak tymi drobnymi niedogodnościami wyszliśmy z koncertu nabuzowani fajną atmosferą, lekko ogłuchnięci oraz uśmiechnięci od ucha do ucha.

I podobnie jak po ostatnim koncercie, obiecaliśmy sobie zacząć chodzić na takie imprezy częściej, niż raz na dwa lata Nasz poprzedni koncert to był Pentatonix, do poczytania tutaj:

PTX

Może tym razem się uda.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz