Trrru-tu-tu-tu!

Grałem w życiu na kilku instrumentach. Na żadnym nie nauczyłem się grać "profesjonalnie". Innymi słowy, jedyny sposób w jaki mógłbym dzisiaj dorabiać muzyką to "rzuć piątaka to przestanę na chwilę" - ale akurat nie wierzę, żeby to mogło zadziałać (a jeżeli nawet, to z zebranych piątaków nie pokryłbym nawet połowy kosztów dentystycznych).

Niemniej jednak - grałem na różnych dziwadłach. Najdłuższą przygodę miałem (i mam do dzisiaj) z gitarą, w podstawówce były też trzy lata ogniska muzycznego z pianinem i akordeonem, natomiast moja najkrótsza historia muzyczna to właśnie trąbka.

Otóż zachciało mi się swego czasu nauczyć Grać (przez wielkie Gie, i w sumie wielkie Gie z tego wyszło...), a gdzież by indziej można to było zrobić jak nie w szkole muzycznej? Tak się składa, że w miasteczku gdzie chodziłem do szkoły średniej, szkoła muzyczna była nieopodal - jak się człowiek dobrze sprężył, mógł dojść pieszo w jakieś 10 minut. Niewiele więc myśląc postanowiłem się zapisać. Jakież było jednak moje zmartwienie, kiedy okazało się, że wszystkie "fajne" instrumenty są już pozajmowane. Zostało tylko jedno miejsce, właśnie w klasie trąbki.

Rad nierad, przemyślałem sprawę ze trzy razy, stwierdziłem, że prawdziwy Muzyk trąbki się nie boi, no i się zapisałem.

Na dzień dobry zrobiono mi test czy się w ogóle nadaję - pan grał mi na forteklapie różne dury, mole, tercje i septymy a ja musiałem powtarzać głosem. Najwyraźniej się nadałem i już dwa dni później poszedłem na pierwsze zajęcia. Dostałem też własną trąbkę do ćwiczeń. Z tym, że układ był taki, że trąbka nie wychodzi poza teren szkoły, mogę natomiast wynieść ustnik. Na ustniku początkujący trębacz spędza najwięcej czasu, jako że - podobno - bardzo ciężko "zastartować" i w ogóle wydać pierwszy dźwięk. Mi udało się "zapierdzieć" ustnikiem przy pierwszej próbie, niemniej jednak trąbki mi wynosić nie pozwalano bo to jednak trochę kosztuje - jak chcesz, mówili, kup sobie własną.

Kumple w internacie mieli niezłą polewkę, każdy próbował zapierdzieć w ustnik (z różnym skutkiem) i ogólnie było dość zabawnie.

Niestety (a może stety?) po tygodniu okazało się, że to był tylko słomiany zapał. Ogólniak sam w sobie pochłaniał sporo czasu, do tego doszły popołudniowe zajęcia w muzycznej i stwierdziłem po chwili, że czasu nie mam na nic zupełnie. Odpuściłem więc, oddałem ustnik, ładnie podziękowałem i tak się skończyła moja przygoda z trąbieniem.

Na zakończenie kawał, jeden z moich ulubionych:

Pewien hydraulik poszedł po raz pierwszy w życiu na koncert orkiestry symfonicznej. Słuchał cały zaaferowany aż do przerwy, podczas której nie wytrzymał, podszedł do puzonisty i powiedział:
- Panie, to się musi dać wyjąć!


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: