Pod prądSamo życie

Orgia na piętnaście osób

Cierpliwość i opanowanie to moje drugie imię. To znaczy konkretnie drugie i trzecie 😉

Niecały rok temu wymieniliśmy sobie domowy jęternet na szybciejszy. Ten stary ładował śmieszne koty z jutuba o całe pół sekundy wolniej od tego nowego, więc gra była zdecydowanie warta świeczki.

Jako że jesteśmy też szczęśliwymi posiadaczami przedpotopowego wynalazku zwanego telefonią stacjonarną, musieliśmy w ramach zmiany operatora przełożyć ten nasz numer stacjonarny do nowej firmy. Trwało to tyle co restart rutera i było całkiem bezbolesne.

Przez kolejne pół roku wszystko hulało aż miło, gigabitowe łącze sprawiło, że ściągane przezeń śmieszne koty aż piszczały z radości, a wąskim gardłem dostępu do Sieci stała się „wolna”, bo tylko dwustumegabitowa domowa sieć bezprzewodowa.

Jakiś czas temu Żona moja zgłosiła mi Łacapem awarię. Na ekraniku domowego telefonu pojawił się napis, że nie tenteges. I faktycznie nie tenteges, ani w jedną ani w drugą.

Myślę sobie, trzeba zastosować Rozwiązanie Uniwersalne, odpisuję jej więc, żeby zrestartowała bazę i wszystko powinno zabanglać.

Nie zabanglało.

Dzwonię do biura obsługi klienta.

Godzina, pi x oko, około południa.

Dzwonię więc, a tam mi automata mówi, że czas obszczekiwania minimalnie kwadrans a może i więcej.

Kurdę, myślę sobie, nie będę szczekał piętnastu minut (albo i więcej), trzeba jakoś inaczej. Wbijam jeszcze raz na stronę, patrzę – jest! Czat z konsultantem. Odpalam czata…

„Wszyscy konsultanci są obecnie zajęci. Ić stont.”

Poodświeżałem stronę efpięć raz drugi i siódmy, ale rzyć blada, ni chu-chu. Zajęte i koniec.

Zaglądam na https://downdetector.ie/problems/vodafone a tam faktycznie większa niż zwykle liczba zgłoszeń, że nie działa:

No dobra. Dodzwonić się nie da, doczatować się nie da, trzeba znaczy się poczekać na lepsze czasy. Żonkę przekonałem, żeby na razie nie korzystała z telefonu, co było tyle proste, że telefon nie działał, a potem wróciłem na zmywak.

Około godziny piętnastej zaglądam raz jeszcze na czata online – jest! udało się! Zagaduję więc do końsultanta łonlajn, że telefon, że nie działa, że Wogle… A ten mi wyjeżdża, że może i nie działa, ale on tego nie może sprawdzić bez zgody właściciela konta, a to nie ja tylko moja Żonka.

Zanim mnie dodała do konta zrobiło się poczwartej i musiałem dyrdać na pociąg.

No i tu zaczyna się akcja właściwa.

Godzina 16:42. Podjeżdża mój pociąg, wsiadam, zajmuję wygodne miejsce siedzące, sięgam po smartfona, dzwonię na 1907…

Muzyczka

— Dzień dobry, tu biuro obsługi klienta Wodafą, czym mogę służyć?

— Telefon mi nie działa.

— A więc dzwoni pan z czyjegoś telefonu?

— Nie, domowy telefon. Nie działa.

— Rozumiem. Już przełączam do działu jęternetów i telefonów stacjonarnych.

Muzyczka

— Biuro obsługi klienta Wodafą, czym mogę służyć?

— Telefon mi nie działa. Stacjonarny.

— Czyli jest problem techniczny?

— No… raczej tak. Tak, techniczny. Nie można wykonywać ani odbierać połączeń.

— OK, proszę podać numer konta klienta.

— Sekundka, muszę znaleźć…

Szczęściem miałem w Łacapie ten numer, w niedawnej konwersacji z Małżowiną, więc szybciorem go sobie zapisałem w pamięci podręcznej (10 cyfr, łatwizna), podaję numer.

— Imię, nazwisko, adres, data urodzenia, numer buta, ilość pieprzyków na prawym półdupku…

Podaję cierpliwie dane.

— OK, czyli co, jest problem z internetem, tak?

— Nie, internet działa.

— Nie działa?

— Działa.

— To w czym problem?

— Telefon nie działa. Domowy.

— A, to muszę pana przełączyć do innego działu. Proszę chwilę poczekać.

Muzyczka.

Godzina: 16:55

— Halo, biuro obsługi klienta Wodafą, czym mogę służyć?

— Telefon mi nie działa. Domowy. Stacjonarny znaczy się.

— Numer konta, imię, nazwisko, adres, data urodzenia, rozmiar czapki najbliższego przodka po kądzieli, imię ulubionego kota sąsiada spod siódemki.

Podaję wszystkie dane. O dziwo, dziesięciocyfrowy numer konta jeszcze pamiętam.

— Oj, konto zaczyna się na sześć? To pan ma to nowe konto, muszę pana przełączyć do właściwego działu. Proszę poczekać.

Muzyczka.

Tunel.

Klik! Rozłączyło.

Szlag.

1907.

Muzyczka.

Wiecie co? Planowałem rozpisać tę partyturę na kilkanaście stron, ze szczegółami i Wogle, ale podczas wstępnej korekty zorientowałem się, że równie dobrze mógłbym podać każdemu z Czytelników porcję benzodiazepinu. Gorzej, po przedawkowaniu benzodiazepinu umiera się w miarę bezboleśnie, a tu najpierw wstępne tortury. Tak że tego, ten, przewijamy godzinkę do przodu…

17:55 W aucie ze stacji PKP do domu. Dym z uszu osiągnął już taką temperaturę, że zainstalowałem sobie wkładki ceramiczne.

— Halo, biuro obsługi klienta Wodafą, czym mogę służyć?

— Piętnaście.

— Przepraszam?

Najwyraźniej włączył mi się tryb pasywno-agresywny. Niedobrze.

— Piętnaście. Jest pani piętnastą osobą z Wodafą, z którą rozmawiam w ciągu ostatniej godziny. Będzie mnie pani teraz gdzieś przełączać czy spróbujemy rozwiązać problem?

— A na czym polega problem?

— Telefon mi nie działa. Domowy. Stacjonarny znaczy się.

— OK, proszę podać numer konta.

— Sam numer konta? Bez ulubionych napojów? Bez numeru rękawiczki? Bez pinu? Bez próbki stolca?

— Tak, sam numer konta wystarczy.

Podaję numer konta. Wrył mi się już między pierwszym a drugim neuronem na stałe.

— Dziękuję, i jeszcze dla pewności numer telefonu stacjonarnego.

Podaję.

— Zgadza się. Wie pan co, mieliśmy tu w ciągu ostatnich kilkunastu godzin kilka awarii faktycznie, ale już powinno wszystko działać. Muszę tylko zresetować…

W międzyczasie podjeżdżam pod dom.

— … zresetować panu końcówkę i wszystko powinno wrócić do normy. Jest pan teraz w domu?

— Nie. W domu nie mam zasięgu komórki, gdybym miał, nie zamawiałbym stacjonarnego – tłumaczę spokojnie – natomiast jeśli chodzi o resetowanie końcówki to wolałbym jednak z żoną.

— Końcówki połączenia telefonicznego. Na chwilę przełączę pana na czekanie i sprawdzę, czy wszystko działa. Muszę wykonać próbne połączenie na pana numer domowy.

Czekanie mam już opanowane do perfekcji. Zdążyłem naprędce opanować takie ćwiczenia oddechowe, że mistrzowie Ibuki mogliby mi wiązać rzemyki u sandałów.

Muzyczka.

— Halo? Dziękuję, że zechciał pan poczekać.

Ogień z uszu z białego zaczął robić się lekko błękitny. Ceramidki topią się przy pięciu tysiącach stopni…

— Sprawdziłam i wszystko powinno już działać. Jak pan będzie w domu proszę sprawdzić i w razie problemów – dzwonić.

— Już? Koniec? – pytam wyrwany z kontekstu – Naprawiła pani? Naprawdę?

— No tak, wszystko powinno działać. Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

Chciałem ją zapytać, czy ma szczypczyki do wyciągania przegrzanych zatyczek z uszu, ale jakoś mi to dziwnie zabrzmiało w mojej własnej głowie, ugryzłem się więc w język.

— Nie, dziękuję, to wszystko.

— Do widzenia i dziękuję za korzystanie z usług Wodafą.

Godzina i dwadzieścia minut, zaczerwieniona małżowina uszna i umysł w stanie lekkiego rozpadu. Nie mogli mnie od razu do tej babki przełączyć, taka ich w tę i we w tę ganiana…

Ech.

Powiązane

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xpilRzast Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Rzast
Gość
Rzast

Ale że jak – jeździłeś z telefonem przy uchu? To bardzo nie wychowawcze… Zainwestuj w słuchawkę, albo słuchaweczki z mikrofonem, nie będzie małżonka czerwona… znaczy małżowina 😜

Check Also

Close
Back to top button
Close
%d bloggers like this: