Co zabrać na biwak?

Ostatni raz byliśmy na biwaku w czasach, kiedy Morze Martwe było jeszcze Chore. Niedawno jednak znajomi zagadali do nas, że mają fajną ekipę i miejscówkę, i czy byśmy się nie chcieli wybrać. Od słów do czynów droga krótka, tym bardziej że meteorologowie zgodnie stwierdzili, że pogoda będzie zaje i nic tylko jechać.

Dziś szybkie sprawozdanie z niedawnej wycieczki, z naciskiem na to, co początkujących biwakowiczów interesuje najbardziej, czyli listę rzeczy do zabrania. Jako że jesteśmy biwakowiczami bardzo początkującymi, przed wyjazdem odwiedziliśmy pierdylion portali doradzających co ze sobą zabrać. Skompilowaliśmy potem listę, naszym zdaniem absolutnie najlepszą z możliwych.

Oto lista w wersji graficznej:

A teraz opowiem jak się ta lista ma do rzeczywistości, czyli wyobrażenia kontra rzeczywistość 🙂

Polecimy kategoriami.

Żarcie

Kochera nie mamy i nie kupiliśmy, bo na miejscu organizatorzy zapewniali osobny wielki namiot robiący za kuchnię, z kuchenką gazową na cztery palniki oraz stanowiskiem z gorącą kawą i herbatą. Ale na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą taki fikuśny "czajnik" działający na zasadzie wbudowanego paleniska: na spód czajnika wkłada się żar z ogniska i dodaje (pomalutku i w bardzo niewielkich ilościach) drewienek, ścianki są podwójne: wewnątrz (czyli w pionowej wąskiej części przyosiowej) mamy ogień tudzież cug, a na zewnątrz (czyli w równie pionowej części między ścianką wewnętrzną a zewnętrzną) - wodę, która się dzięki ogniowi elegancko nagrzewa aż do punktu wrzenia. Do tego gumowa zatyczka na górze oraz uchwyty na specjalnych łańcuszkach, żeby się nie poparzyć, na dole podstawka zbierająca popiół - i tyle. Nie potrzebowaliśmy tak naprawdę tego czajnika, ale przetestowaliśmy go i tak - działał znakomicie.

Lodówkę turystyczną wzięliśmy ze sobą. Mamy taką pasywną, czyli bez żadnej elektryki. Tak naprawdę ogromny termos. Wkłada się do środka dwa (lub więcej, jak ktoś ma) wkłady z zamarzniętą wodą, która pomalutku roztapiając się pochłania ciepło, dzięki czemu lodówka przy niezbyt częstym jej otwieraniu trzyma zimno przez ponad dobę. Do tego uchwyt teleskopowy jak w walizce podróżnej oraz kółka, większe i solidniejsze od tych, które widzi się w walizkach - żeby dało się to przeciągnąć przez ewentualne chaszcze. U nas chaszczy nie było, ale lodówka bardzo się przydała.

Termosy wzięliśmy dwa wielkie (półtoralitrowe), jeden na kawę, drugi na herbatę. Przydały się bardzo.

Sztućce - tu już jak kto lubi. Myśmy wzięli jeden komplet metalowy (nóż do smarowania + widelec + łyżka) na każdą ofiarę każdego członka wyprawy oraz kupioną za grosze w lokalnym supermarkecie paczkę 20 zestawów plastikowych. Przydały się jedne i drugie - lżejsze rzeczy jadło się plastikiem, a jak trzeba było się wgryźć w coś bardziejszego czyli twardszego (np. karkówka z grilla), metalowe były jak znalazł. Zaleta plastików jest taka, że po użyciu lądują od razu w worku na śmieci; metalowe trzeba myć.

Garnki - nie przydały się całkiem. Teoria była taka, że skoro będzie kuchnia, to będziemy sobie przynosić gorące rzeczy z tejże kuchni w garnkach i dopiero przy namiocie przekładać na talerze, ale tak naprawdę całość gorącego żarcia robiliśmy na ognisku (był duży ruszt metalowy nad ogniem, taki pół metra na metr), upieczone żarcie nosiło się z ogniska na folii do pieczenia położonej - żeby nie parzyło - na desce do krojenia.

Kubki - tu już też jak kto lubi. Najbardziej przydatne okazały się kubki zintegrowane z termosami - ale wzięliśmy też zestaw czterech plastikowych szklanek na wodę i soki, a także paczkę 20 jednorazowych kubków papierowych, które okazały się przydatne dla gości.

Miski + talerze - bardzo ważne, bez nich trudno byłoby jeść 😉

Deska do krojenia - bardzo się przydaje. Nie musi być specjalnie duża, ważne żeby dało się na niej zmieścić folię do pieczenia (żeby przynieść pod namiot rzeczy upieczone na ruszcie) no i pokroić to i owo.

Folie do pieczenia - jednorazowe, najlepiej prostokątne z lekko uniesionymi krawędziami, żeby kiełbaski nie pouciekały. Bardzo ważne, zwłaszcza jeżeli pieczemy na ruszcie.

Patyki do kiełbasek - podstawa każdego biwaku. Myśmy kupili za parę groszy takie długie, bambusowe, w lokalnym markecie budowlanym. Można je pociąć na pół (wtedy ma się 2x więcej patyków), łatwo się ostrzą. Należy jednak pamiętać o tym, żeby zabrać je ze sobą, a nie zostawić na podłodze w kuchni. Na szczęście znajomi poratowali nas swoimi patykami 🙂 Zamiast drewnianych czy bambusowych można też zaopatrzyć się w bardziej fachowe metalowe (teleskopowe albo i nie), najlepiej z rozdwojonymi na końcu szpikulcami. Jeżeli zdecydujemy się na metalowe, ważne żeby miały drewniane uchwyty nieprzewodzące ciepła - inaczej się poparzymy smażąc laskę podhalańskiej czy wiejskiej.

Woda - absolutna konieczność. Przydaje się do opłukiwania naczyń i sztućców, higieny osobistej, parzenia kawy i herbaty. Myśmy wzięli dwa pięciolitrowe baniaki plus zgrzewkę sześciu butelek niegazowanej plus kilka butelek gazowanej. Zużyliśmy... mniej więcej połowę.

Przyprawy - jak kto lubi. Bardzo ważne. Zaplanowaliśmy wziąć pieprz, sól, keczup i musztardę, ale jakimś cudem zamiast keczupu wzięliśmy chrzan, który okazał się strzałem w dziesiątkę, bo żywiliśmy się głównie mięsem z ogniska.

Nie należy również zapomnieć o zabraniu ze sobą czegoś do jedzenia... Myśmy wzięli sporo owoców, mięsa (karkówka, kiełbaski), gotową przyprawę do peklowania mięsa na grilla, soki, jogurty, dużą paczkę migdałów, trochę słodyczy dla dzieciaków oraz na ostatnią chwilę przyrządzoną w wielkiej misce surówkę na winie ("co się nawinie to do surówki"), która była centralnym wydarzeniem kulinarnym biwaku, bo pasowała do wszystkiego i fajnie urozmaicała posiłki. Na koniec okazało się, że "mniejszą połowę" tego całego żarcia przywieźliśmy z powrotem - trzeba tak naprawdę pojechać na kilka biwaków i zrobić rozpoznanie bojem, żeby się zorientować ile czego zabrać żeby wystarczyło, ale żeby nie przesadzić.

Spanie

Na biwaku trzeba spać[citation needed], a zatem:

Namiot. Czym większy mniejszy tym lepiej gorzej trudniej łatwiej Wielkość namiotu należy dopasować do wymagań oraz oczekiwań. Większy namiot to lepszy komfort poruszania się wewnątrz. Mniejszy zajmie mniej miejsca w aucie i szybciej się go (s-/roz-)kłada. Myśmy upolowali czteroosobowy namiot zajmujący około 12 metrów w jeden poprzek i jakieś 3 metry w drugi, z trzema dedykowanymi obszarami: część spalna, przedsionek oraz "balkon" czyli półotwarty ale zadaszony kawałek na zewnątrz. Wielkościowo okazał się strzałem w dziesiątkę, natomiast jeśli chodzi o montaż to jedna bardzo ważna rada: nowo nabyty namiot należy bezwzględnie rozstawić koło domu przed wyjazdem na biwak, żeby mieć 120% pewności, że wiemy jak się to robi. Myśmy przećwiczyli rozbijanie namiotu w przydomowym ogródku mniej więcej na tydzień przez wyjazdem i całe szczęście - "uczenie się" nowego namiotu na miejscu może skończyć się rozbiciem rodziny 🙂 Jeżeli chodzi o wiedzę nabytą na naszym pierwszym biwaku, to warto mieć zapasowe śledzie a także pomyśleć o dokupieniu porządnych śledzi (najlepiej o przekroju L lub U) - te dołączane z namiotem mogą okazać się giętkie, tym bardziej w irlandzkich warunkach, gdzie tuż pod trawą jest na ogół dość kamienista gleba. Na plus - opanowałem sztukę prostowania śledzi 🙂

Poduszki - tu zdania są podzielone. Niektórzy śpią bez, niektórzy z, jedni lubią malutkie nadmuchiwane poduszki turystyczne, inni wezmą z domu wielkie, puchate poduszki z pierza. Nie ma reguły, są natomiast prawa fizyki, które mówią, że jak się włoży do auta cztery wielkie poduchy, to trzeba będzie zrezygnować z innych drobiazgów typu namiot czy materace. My upolowaliśmy malutkie poduszki nadmuchiwane - bardzo wygodne i praktyczne.

Koce - w zasadzie można się bez nich obyć, zwłaszcza jeżeli mamy porządne śpiwory. Mogą się przydać do rozłożenia na trawie czy opatulenia się nimi przy zimnej pogodzie, ale nie ma tragedii, jeżeli ich ze sobą nie weźmiemy.

Materace - najlepiej nadmuchiwane. Osobiście nie polecam popularnych ostatnio samonadmuchujących się, bo po pierwsze raczej upierdliwie się je składa, a po drugie trudniej się je naprawia w razie przedziurawienia. No i nie należy brać materacy zbyt grubych - takie na 10, 15 cm w zupełności wystarczą.

Pompka - wiadomo, materace trzeba napompować, a jak się komuś w nocy czasem omsknie noga i niechcący zahaczy o korek, również dopompować. Popularne są pompki nożne, myśmy zdecydowali się na ręczną, która wprawdzie zajmuje sporo więcej miejsca w bagażniku, ale za to dużo szybciej działa.

Karimaty - bardzo ważne. Kładzie się je na podłodze namiotu (pod materacami), zapewniają dodatkową warstwę izolacyjną, dzięki czemu w nocy zimno nie będzie "ciągnąć" od ziemi. Zamiast karimat można też zdecydować się na specjalne cieniutkie kocyki turystyczne - są po zwinięciu dużo mniejsze, ale też sporo cieńsze od karimatowej pianki.

Śpiwory - podstawa dobrego snu. Powiny być ciepłe, wygodne i przytulne. Wzięliśmy trzy: po jednym dla każdego dziecka (a i tak nie obyło się bez "mamo, on mnie kopie!"), a dla naszej dwójki większy śpiwór dwuosobowy.

Czystość i higiena osobista

Żeby na biwaku za bardzo nie śmierdzieć, należy zadbać o higienę. A więc:

Mokre chusteczki - bardzo przydatne, zarówno do "mycia się" (cudzysłów zamierzony, bo po dwóch dniach używania takich chusteczek człowiek mógłby zamordować za pięć minut pod prysznicem) jak też do przecierania rozmaitych zabrudzonych powierzchni.

Papier toaletowy - to już nie te czasy, kiedy człowiek w gęstym lesie podcierał się liściem łopianu. Na miejscu było pięć kibelków typu toi-toi, z czego rano na ogół dało się używać tylko dwóch, bo po nocnych ekscesach to wiadomo, różnie bywa. Trafienie rankiem na czystą toaletę to trochę jak rosyjska ruletka...

Ręczniki papierowe - przydatne do wycierania rąk tudzież mycia naczyń.

Ręczniki tradycyjne - tu znów zdania są podzielone, jedni biorą dużo, inni uważają, że i tak się wyschnie, więc po co. Można bez nich wytrzymać.

Klapki pod prysznic - jeżeli jedziemy na biwak zorganizowany w miejscu z publicznymi prysznicami, wówczas klapki są niezbędne - nie chcemy wchodzić pod prysznic na bosaka bo nie wiadomo, czy poprzednik nie miał jakichś chorób skóry. Nasz biwak takich egzotycznych wynalazków nie oferował, więc klapki przeleżały cierpliwie w bagażniku.

Kalosze - podobna sytuacja, mogą się przydać (zwłaszcza przy błocie / deszczu) - myśmy mieli upały i ogólną suchość podłoża, więc się nie przydały i podzieliły los klapków.

Szczoteczki i pasta do zębów, mydło - oczywiste sprawy.

Ubrania na zmianę - głównie bielizna, czyli gacie, staniki, skarpetki i t-shirty. Warto mieć tego na zapas, przy czym wielkość zapasu zależy w dużej mierze od wieku delikwenta - czy młodszy tym więcej 🙂

Worki na śmieci - bardzo ważne. Chcemy pozostawić miejsce biwakowe w takim stanie, żeby kolejni biwakowicze nie musieli zaczynać swojej przygody od wielkiego sprzątania świata. Wszystkie śmieci, jakie produkujemy w czasie całego pobytu, bezwzględnie wrzucamy do worka / -ów na śmieci, najlepiej od razu. Myśmy wzięli całą rolkę worków nieco mniejszych od tych używanych na co dzień, dzięki czemu łatwiej je na koniec rozparcelować w bagażniku. Niektórzy wolą jednak jeden wielki dwustulitrowy wór na wszystkie odpadki - tu już nie ma reguły poza jedną: nie zostawiamy po sobie śmieci.

Następna kategoria to...

Zdrowie

Tutaj może być różnie - w każdej rodzinie wymagania co do zestawu biwakowej apteczki będą inne. Przede wszystkim należy pamiętać o schowaniu lekarstw, które bierze się na co dzień (o ile takowe są) - na przykład w moim przypadku piguły na nadciśnienie. Poza tym...

Opatrunki, w razie Godziny Wu. A więc bandaże oraz plastry, do tego obowiązkowo coś do odkażania (woda utleniona itd).

Lekarstwa antyalergiczne, o ile mamy w ekipie alergików.

Środki przeciwbólowe - na wszelki wypadek. Lepiej mieć i nie potrzebować niż na odwrót.

Krem z filtrem UV - obowiązkowy w razie upałów. Myśmy mieli temperaturę w okolicach 27°C, dużo słońca, bez kremów cierpielibyśmy bardzo. Nie obyło się zresztą bez jednego poparzenia - jako osobnik wybitnie ynteligiętny zapomniałem o jakimś nakryciu głowy, a że obcinam się krótko, zjarałem sobie skalp. Na szczęście skończyło się na lekkim marudzeniu przez jeden wieczór.

Coś na robale - co prawda w Irlandii komarów pod namiotem raczej nie uświadczysz, ale lata dużo innego bydlactwa i warto mieć jakiś sprej odstraszający.

Pomalutku zbliżamy się do końca listy. Dla tych, którzy jeszcze nie zasnęli, dobra wiadomość: zostały jeszcze tylko dwie kategorie. A więc:

Rozrywka

Przede wszystkim należy zrezygnować z jakiejkolwiek elektroniki. Wszystkie małe i większe ekraniki pozostawiamy w domu, a smartfony zamykamy na siedem spustów w aucie i sięgamy po nie wyłącznie w razie jakiejś większej awarii. Można za to wziąć ze sobą na przykład:

Książki. Bo czasu ma się na biwaku więcej niż zwykle, dzięki czemu można nadgonić lekturę.

Planszówki - najlepiej takie z w miarę możliwości niedużą liczbą elementów, żeby nie pogubić. Dobrze nadają się też karty do gry.

Ringo, babing... bambint... bagmi... badminton, piłka, frisbee, czy cokolwiek innego co lata, odbija się i / lub daje się złapać / rzucić - wybór jest ogromny i każdy znajdzie coś dla siebie.

Gitara - zwłaszcza jeżeli jest większa ekipa, siadając z gitarką i grając "Wehikuł czasu" albo lokalny hymn społeczności polsko-irlandzkiej pt. "Cudne mam owce" - mamy szansę stać się lokalnym centrum kulturalno - muzycznym 🙂 Zamiast gitary, która zajmuje w bagażniku całkiem sporo miejsca, można wziąć jakiś bardziej poręczny instrument typu harmonijka ustna, flet albo ukulele. Co kto lubi i umi. Warto też pomyśleć o śpiewniku.

Ostatnia kategoria jest najbardziej bałaganiarska - wrzuciłem do niej klamoty, które nie chciały się zmieścić powyżej.

Inne

Tutaj mamy szwarc, mydło i powidło, czyli:

Zapałki i/lub zapalniczka. Jesteśmy wszyscy niepalący, więc zapałki zalegają w najbardziej zakątkowym zakątku najrzadziej odwiedzanej szuflady, a zapalniczkę mamy tylko dlatego, że kiedyś pożyczyliśmy komuś auto a ten zgubił w nim zapalniczkę, która odnaleźliśmy pół roku później czystym przypadkiem. Ale na biwaku trzeba mieć jakieś źródło ognia - głównie żeby rozpalić ognisko.

Sznurek. Myśmy akurat sznurka tym razem nie wzięli, ale był moment czy dwa, kiedy przydałby się. Na przykład żeby zawiązać rulon z koca czy zbudować prowizoryczne boisko do ringo. Ważne, żeby był mocny.

Saperka - nam się akurat nie przydała, ale nigdy nic nie wiadomo. Czasem trzeba okopać namiot, zwłaszcza jeżeli ma padać.

Multitool. Dzięki temu biwakowi dorobiłem się w końcu własnego wielofunkcyjnego scyzoryka, w skład którego wchodzą: nożyk, dwa śrubokręty (krzyżak + płaski), otwieracz do piwa bezalkoholowego, pilniczek, jakiś dodatkowy coś, którego jeszcze nie rozpracowałem oraz mini - kombinerki. Z tych wszystkich rzeczy przydał mi się póki co tylko nożyk.

Powerbank, najlepiej na baterię słoneczną. Zwłaszcza jeżeli wybieramy się na dłuższy biwak, warto mieć ładowarkę do smartfona na czarną godzinę.

Baterie - głównie do latarek.

Latarki i lampki - na baterie. Fajne są takie z opaską na czoło, warto mieć też jedną czy dwie podwieszane latarenki do nocnego czytania, a także zwykłą, tradycyjną latarkę.

Stolik i krzesełka składane. Zajmują stosunkowo niewiele miejsca a bardzo poprawiają komfort biwakowania.

Buty - co kto lubi. Najlepiej trapery, ale na krótki biwak z rodziną mogą też być zwykłe adidasy.

Taśma naprawcza, zwana lokalnie duct tape - przyda się w razie rozdarcia materaca czy namiotu. Nam się na szczęście nie przydała.

I to by było na tyle. Oczywiście powyższe nie wyczerpuje wszystkich możliwości, bardziej zaawansowani biwakowicze pewnie wyśmieją niektóre z wymienionych tu klamotów, a także wytkną braki, ale na taki weekendowy wypad z rodzinką powinno wystarczyć.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.