Archeologia adresów

Z racji wykonywanego zawodu widuję się z różnymi klientami. Niektórzy z nich wymagają przejścia dość szczegółowych procedur bezpieczeństwa, zanim w ogóle pozwolą zapukać do drzwi. Na przykład jeden z banków, dla których orałem parę lat temu wymagał ode mnie szczegółowej historii zamieszkania od czasu, kiedy się sprowadziłem do Irlandii. Ale to było dawno i takie rzeczy załatwiało się jeszcze w formie papierowej i trochę na odpierdziel.

Ostatnio jedna z firm, dla której będziemy robić projekt, zażyczyła sobie przejścia przez proces zwany lokalnie "Garda vetting", czyli na nasze chyba zaświadczenie o niekaralności czy jakoś tak.

Proces jest względnie bezbolesny i całkiem porządnie zautomatyzowany. Dostaje się od nich magicznego linka do rządowej strony, na której w trzech czy czterech prostych krokach podaje się różne informacje na swój temat, a oni to potem weryfikują i tak dalej. Wiadomo.

Z tym, że wymagają też podania wszystkich swoich adresów zamieszkania od narodzin.

O żeż, myślę sobie, będzie wesoło. W rodzinie zawsze działy się jakieś szopki i przeprowadzek mi nie brakowało - a po przyjeździe do Irlandii w 2006 roku też nas rzucało z miejsca na miejsce, więc lista adresów jest dłuuuuga. Na szczęście system on-line ma to wszystko fajnie pokumane i pozwala na wprowadzenie tylu adresów ile trzeba, z rozdzielczością (na szczęście!) do 1 roku.

Skąd najprościej odtworzyć swoje stare adresy? Z historii e-mail jak się okazuje, bo zawsze jak się człowiek przeprowadzał, informował różne instytucje o zmianie adresu i ślad po tym zostaje w poczcie. Z tym, że e-maila w tej domenie mam dopiero od założenia blogu, czyli 2011, a przedtem standardowo na gmail.com. Na szczęście hasło do starego konta jeszcze siedziało w menedżerze haseł, Gugiel się nieco zdziwił, że ktoś się jednak loguje, ale spoko.

Tu okazało się jednak, że adresu na gmail.com używałem ledwie od 2006 roku, wcześniej miałem coś na interia.pl bodajże, nie do odzyskania. Hm. A więc po jeden irlandzki adres (ten całkiem pierwszy, jeszcze z Donegal) musiałem się uśmiechnąć bezpośrednio do ówczesnego naszego landlorda, z którym na szczęście trzymamy do dziś bardzo serdeczne kontakty, więc spoko.

Stare adresy z Polski mam zaszyte w szarej substancji na twardo, tylko kody pocztowe mi powylatywały, ale to się akurat prosto znajduje. W międzyczasie zrobiłem sobie małą przerwę na kawkę, bo ileż można się wślipiać w ten durny monitor, w końcu jak mróweczka pracowicie dokończyłem wpisywanie wszystkich adresów w formularz. Sprawdzam jeszcze dla pewności czy się wszystko zgadza, coby nie mieć potem na pieńku z lokalnymi przedstawicielami prawa i lewa, wreszcie klikam sakramentalne "Wyślij"...

"Twoja sesja trwała ponad 60 minut i została anulowana. Proszę wprowadzić wszystkie informacje od początku."

Ażeby was, wciórności, kury dziobały, taka wasza mać. Zagotowało się we mnie mocno, ale co zrobić. Raz jeszcze pracowicie wpisałem te nieszczęsne pierdyliony adresów, tym razem zrobiłem sobie screenshota przed wysłaniem - oczywiście nie przydał się, bo za drugim razem poszło dużo szybciej.

Nauczka na zaś: sesje wygasają i trzeba z tym uważać.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.