Sunburst and Luminary. Recenzja książki.

Don Eyles jest programistą odpowiedzialnym za poprawne działanie lądownika w misjach Apollo. W grudniu tego roku minie dokładnie 50 lat od czasu, kiedy ostatni lądownik misji Apollo dostarczył ekipę astronautów na Księżyc, aby po 22 godzinach spacerów i zbierania próbek bezpiecznie zabrać ją z powierzchni naszego satelity i oddać matuli Ziemi.

W 2017 roku Don napisał i wydał książkę pod tytułem jak w tytule, w której opisuje wydarzenia związane z tamtymi czasami, ze swojego punktu widzenia.

Nie jestem wielkim fanem książek historycznych ani literatury faktu, ale tu się złamałem, no bo - Księżyc!

Niecałe 40 kilobajtów pamięci stałej, dwa kilobajty pamięci operacyjnej oraz dwa megaherce piętnastobitowego procesora. Monitor? Nie, to zbyt nowoczesne - jedyny wyświetlacz w AGC (Apollo Guidance Computer) potrafił pokazać maksymalnie trzy pięciocyfrowe liczby - i to wszystko.

W książce jest sporo matematyki, na szczęście przefiltrowanej dla mas, więc bez zbytniego wgryzania się w szczegóły. Jest też mnóstwo opisów poszczególnych urządzeń, na przykład trójwymiarowego "kompasu" działającego na zasadzie żyroskopu, na podstawie którego pojazd zawsze zna swoją pozycję względem gwiazd. Na przykład namalowane na maleńkich okienkach lądownika kreski, dzięki którym pilot może celować w konkretne miejsce, żeby nie wylądować w jakiejś dziurze czy na zboczu. Na przykład panel sterujący AGC, przypominający nieco większy kalkulator. I tak dalej.

Jest całkiem sporo o programowaniu, aczkolwiek zupełnie innym od tego, czego dzieciaki dziś uczą się w szkołach. Są rejestry, flagi, instrukcje i podprogramy. Są rzeczowniki i czasowniki, czyli słownik kilkudziesięciu numerów do podawania poleceń i zadawania pytań lądownikowi, które piloci musieli mieć wykute na blachę. I jest ciągłe szukanie równowagi między ilością dostępnego czasu procesora, a częstotliwością wykonywania poszczególnych podprocedur tak, żeby wszystko "zdanrzało", i żeby nie przekroczyć sakramentalnych 85% obciążenia komputera.

Są też nagłe sytuacje nieprzewidziane żadnymi symulacjami, w których szybkość myślenia oraz precyzja działania ratują misję przed katastrofą, jak na przykład wadliwie działający przełącznik anulowania lądowania, który w pewnych okolicznościach mógł spowodować przerwanie misji i powrót na orbitę całkiem bez powodu, a którego software-owe "naprawienie" wymagało napisania w ciągu paru godzin nowej wersji podprocedury, przetestowanie jej a następnie wysłanie zdalnie do krążącego wokół Księżyca lądownika, gdzie była ona pracowicie (i bardzo uważnie) wklepana do komputera przez astronautę, ratując w ten sposób cel misji. Albo sytuacja, w której sygnały radaru dalekiego zasięgu wpływały na radar bliski, powodując fałszywe odczyty. Albo odkrycie, że szyby w oknach w prawdziwym lądowniku są odrobinę wybrzuszone pod wpływem różnicy ciśnień (zjawisko nie do zaobserwowania w symulatorze na Ziemi), co zniekształca wyżej wspomniane kreski "celownika". I tak dalej.

Jest też całkiem sporo opowieści niezwiązanych ściśle z lataniem w Kosmos. Tło geopolityczne, zabójstwo Kennedy-ego, przez chwilę przewija się sylwetka młodego Billa Gatesa, który był studentem jednego z kolegów Dona, jest też migawka z Jamesem Webbem (to ten od teleskopu).

Żeby nie było za sucho, za technicznie i za komputerowo, od czasu do czasu pokazują się też kobiety, z którymi Don był związany w mniej lub bardziej romantyczny sposób. Nie jest to rzecz jasna opowieść typu policz nogi i podziel przez dwa, to nie ta bajka. Ale lata sześćdziesiąte to czas wyzwolenia i emancypacji - częściej to kobieta była "myśliwym" a mężczyzna - "zwierzyną" i Don dał się "ustrzelić" kilka razy z różnych stron.

Mniej więcej w połowie książki pojawia się kilka kartek ze starymi zdjęciami, dzięki czemu czytelnik może sobie pewne rzeczy unaocznić. Urządzenia, ludzie, miejsca. Jest klimat.

Na samym końcu jest też lista skrótów (całkiem pokaźna, coś z pięć albo sześć stron), bibliografia, wreszcie krótkie notki na temat poszczególnych rozdziałów, doszczegóławiające i dotłumaczające niektóre zagadnienia, bądź też umieszczające je w bardziejszym kontekście.

Przeczytanie tego cuda zajęło mi dłużej, niż początkowo sądziłem. Trochę dlatego, że to książka papierowa i nie zawsze miałem ją pod ręką, trochę dlatego, że po drodze był "Labirynt" (trzeba mieć w życiu priorytety), a trochę z racji biegnącego równolegle do książki Życia, które nic sobie nie robi z naszych planów czytelniczych i bezczelnie zadaje nam rozmaite zadania.

Książkę bardzo polecam - można się z niej dowiedzieć mnóstwa drobiazgów, o których normalnie się nie słyszy. Ma też niewątpliwą wartość sentymentalną - pół wieku to jest jednak szmat czasu.

Moja prywatna ocena: 10/10. Nie wykluczam, że wrócę do niej za rok albo dwa.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.