Lock In. Recenzja książki.

John Scalzi to pisarz zaskakująco wszechstronny. Do tej pory znałem go wyłącznie z serii "Wojna starego człowieka", którą zresztą tutaj recenzowałem swego czasu dość regularnie: 1, 2, 3, 4, 5. Okazuje się jednak, że pełna lista książek wydanych dotychczas przez tego pana obejmuje prawie 80 pozycji. Trafiłem niedawno na jedną z nich: Lock In. Zacząłem czytać... I przepadłem. Przepadłem z kretesem.

Świat, w którym ma miejsce akcja "Lock In" to nasz codzienny świat z pierwszej ćwiartki XXI wieku. Z jednym wyjątkiem: pandemia.

Tak, pandemia, chociaż książka była wydana jakieś piętnaście lat temu. Pogratulować intuicji 🙂

Syndrom Hadena wywołany tajemniczym wirusem, który ujawnia się po długim czasie, więc zanim świat w ogóle zrozumiał, że jest jakaś nowa choroba, większość populacji zdążyła się już zarazić.

Wiele osób przechodzi Hadena w miarę niegroźnie - wiele osób miało taką jakby trochę mocniejszą grypę, jakieś bóle głowy i już. Ale niektórzy umierali potem na zapalenie opon mózgowych albo na niewydolność oddechową. A niektórzy zapadali na Odłączenie. A więc mózg działa, ale nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Zero możliwości sterowania ciałem. Makabra.

I chociaż odsetek tych pechowców był stosunkowo niewielki (poniżej jednego procenta), to jednak ponieważ zarażeniu uległa praktycznie cała populacja, na świecie były takich ludzi dziesiątki milionów.

Ponieważ Odłączenia nie da się wyleczyć, ludzie zaczęli kombinować jak by tu inaczej poprawić jakość życia Odłączonych. No i wykombinowali interfejs komputerowy, którym Odłączony mógł sterować - całkiem zdalnie - człekopodobnym robotem.

Od tej pory Odłączeni mogli wrócić do społeczeństwa. Co ciekawsze, przepisy zostały tak ustawione, że większość z nich dostawała zapomogę od państwa, a że taki Odłączony ma minimalne wymagania mieszkaniowe (wystarczy jeden niewielki pokój ze specjalnym łóżkiem przeciwodleżynowym, podłączonymi rurkami karmiącymi i usuwającymi odchody, no i ładowarka do robota), to i koszty życia stosunkowo nieduże. Oczywiście człowiek taki wymaga też codziennej obsługi pielęgniarskiej, ale tu w sukurs przychodzi fakt, że jeden pielęgniarz może obsługiwać kilku takich pacjentów na raz, a więc koszt się dzieli i nie wychodzi wcale tak drogo. Dlatego ludzie zdrowi zaczęli w końcu protestować przeciwko tej niesprawiedliwości i w takich oto okolicznościach flory i fauny pojawia się w pierwszym rozdziale książki nasz narrator i główny bohater, niejaki Chris Shane, który cierpi na Hadena od wczesnego dzieciństwa. Tak wczesnego, że w zasadzie nie pamięta jak to jest być zdrowym.

Chris właśnie zaczął nową pracę w lokalnym oddziale FBI, ma do rozgryzienia dość zagadkową sprawę morderstwa (a może po prostu nieszczęśliwego wypadku?) z udziałem innego chorego na Hadena, w międzyczasie jego ojciec, multimiliarder oraz kandydat na senatora zaprasza go na rodzinny obiad, który okazuje się być zagraniem politycznym... no i dalej nie powiem, bo musiałbym zdradzić za dużo.

A nie. Powiem jeszcze coś: otóż raz na kilkaset tysięcy tysięcy przypadków Hadena efekt końcowy jest taki, że osoba wprawdzie nie zostaje odłączona, ale jej mózg "przestraja się" tak, że może być przez jakiś czas "nosicielem" innej jaźni - w ten sposób chorzy mogą - za pomocą osobnego interfejsu - doznawać czasowo faktycznych uciech cielesnych za pomocą prawdziwego ciała, a nie tylko mechanicznego robota. Integratorów (tak się nazywają) jest na całym świecie może z dziesięć tysięcy, a może i mniej, i zarabiają oni całkiem konkretne pieniądze za swoje usługi. Fakt, że takie osoby istnieją, daje autorowi książki mnóstwo nowych możliwości zaplątania fabuły.

Co jest w tej książce najlepsze?

Według mnie to, że Autor wprowadził do naszego "zwykłego" świata w zasadzie tylko jedną modyfikację (wirus - pandemia - odłączenie) i na jej bazie skonstruował bardzo, ale to bardzo interesującą i wciągającą opowieść.

Zdecydowanie polecam. Mocne 10/10.

4 komentarze

  1. Hmmm brzmi zachęcająco, ale jeszcze ta para głównych bohaterów… (Pan i Demia) nie no, chyba sobie odpuszczę.Chociaż mam taką ciekawostkę for You i Osób, które na Twoim blogu czytają komentarze, inne niż napisane przez Ciebie czy Siebie. Gdy ludzkość przechodziła z miejsca na miejsce, to znaczy prowadziła- jak to teraz określamy- myśliwsko- zbieracki tryb życia wiele się mówi o sposobie zdobywania pokarmu przez nie, ale nie przywiązuje się wagi do tego, że żyli w małych grupach, które były z jednej strony odseparowane od siebie, ale z drugiej częstokroć się przemieszczały. Pasożytami, które dawały się we znaki to wszy, robaki bytujące w jelitach, pchły i tak dalej, w tym czasie udomowiono tylko psa. Wszya stkie długo trwające choroby pochodziły od dziko żyjących zwierząt, ale nie było warunków by te rozwinęły się w epidemie, nie pisząc o pandemiach… Zmieniło się to (piszę skrótowo, zważywszy, że może to być pasjonujący wątek tylko dla mnie, i że jest to komentarz) gdy ludzie osiedli na roli. A długo, długo potem mamy rewolucję neolityczną. Do siedlisk ludzkich zawitała nie tylko jednostajna dieta, ale i brud (a wraz z nim np szczury) . Pierwszą bardzo, bardzo poważną chorobą toczącą ludzkie organizmy była zatem niedokrwistość, czyli anemia… No wiem, to bardzo, bardzo, bardzo duży skrót myślowy… To tak w temacie epidemii.
    Pozdrawiam,

    1. Czyli w sensie że powinniśmy się rozcapierzyć w miarę równomiernie po planecie zamiast się gnieździć we miastach? Nie mam nic przeciwko wędrownemu trybowi życia, o ile mi wystarczy na bilety lotnicze dla całej rodziny 🙂

      1. Wiesz, nie jestem epidemiolożką. Przynajmniej nic o tym nie wiem… Tak mi się po prostu skojarzyło, że epidemie towarzyszą ludziom przez całą historię, to jedno, drugie to to, że właśnie osiadły tryb życia przyczynił się do zubożenia diety, do zanieczyszczenia siedlisk, itd- czyli do zaistnienia warunków sprzyjających (czego wcześniej nie było). Jako gatunek wtedy, czyli w trybie zbieracko- łowieckim byliśmy ludźmi wysokimi, tak, tak, którzy zadziwiająco dużo białka jedli, dopiero teraz zaczynamy zbliżać się do tego poziomu, jednakże wtedy była to dieta bardziej urozmaicona, funkcjonowaliśmy w małych grupach, nie zdążyliśmy zanieczyścić środowiska naturalnego i sprowadzić szczurów i innych żyjątek do naszych siedzib. Co powinniśmy dzisiaj robić? Jakie nauki wyciągać? Szczerze. nie wiem, nie będę udawała ekspertki, którą nie jestem. Też jestem za wędrowaniem 🙂 Xpil, nie chcę Cię martwić, ale chyba wtedy, czyli dawno, dawno temu, 🙂 lotów, które samo się poruszały nie było… Biletów chyba tyż nie. 🙂 A tak poważnie, nie zaszkodzi zachowywanie higieny tak osobistej, in czyli zdroworoządkowego myślenia i tej dotyczącej ciała. Rozpisałam się znów…

Leave a Comment

Komentarze mile widziane.

Jeżeli chcesz do komentarza wstawić kod, użyj składni:
[code]
tutaj wstaw swój kod
[/code]