Mróz: „Zaginięcie” – recenzja

Kolejna po „Kasacji” powieść Remigiusza Mroza z serii o Chyłce i Oryńskim to „Zaginięcie”.

Połowę „Zaginięcia” przeczytałem kulturalnie na Kindelku. Niestety, po lekturze recenzji „Kasacji” moja Lepsza Połówka zażyczyła sobie owąż „Kasację” przeczytać, w związku z czym musiałem tymczasowo pożegnać się z Kindelkiem i przesiąść na Patelnię.

Czytanie na Patelni – wbrew pozorom – nie jest wcale takie złe. Aplikacja „Kindle” dla Androida jest dobrze pokumana – dałem radę.

Dziś czas na recenzję, bo właściwie czemu by nie?

Najsamwpierw jednakowoż tradycyjnie już krótki mesydż dla Czytelników leniwych: warto! Bierzcie książkę (papierową czy w Kindelku, czy co tam jeszcze macie) w rękę i czytajcie, nie będziecie zawiedzeni.

Teraz czas ma mesydż nieco dłuższy (ale nie za długi, żeby nie wypłoszyć tej resztki, która dotarła aż tutaj).

Ale najpierw…

!!! SPOILER ALERT !!! SPOILER ALERT !!! SPOILER ALERT !!! SPOILER ALERT !!! SPOILER ALERT !!! SPOILER ALERT !!!

Będę pisał o fabule, więc jeżeli chcesz przeczytać „Zaginięcie” samodzielnie, wróć do tej recenzji jak już skończysz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak pamiętamy z poprzedniej części, Chyłka z Oryńskim zostali okrutnie oszukani – facet, którego bronili, okazał się być na tyle sprytny i podstępny, że dopiero po zamknięciu całej sprawy wyszło na jaw, że to właśnie on był prowodyrem (i mordercą!), a „bandyci” co go niby „zastraszali” pracowali dla niego cały czas, wodząc prawników za nos i doprowadzając do uniewinnienia.

Dlatego w drugiej części nasza para bohaterów jest uzbrojona w znacznie grubszy pancerz emocjonalny, są też ostrożniejsi i (chociaż wydaje się to niemożliwe) jeszcze bardziej cyniczni i zdystansowani do prowadzonej przez siebie sprawy.

Do czasu.

Okazuje się, że z mieszkania ich klienta (Awit Szlezyngier, bardzo bogaty i wpływowy facet) zniknęła któregoś wieczoru trzyletnia córeczka. W jaki sposób? Nie wiadomo: mieszkanie było zabezpieczone alarmem, klient wraz z żoną Angeliką przebywali cały czas w domu, wieczorem dziecko jeszcze było w swoim pokoju, a rano już nie. Żadnych śladów, żadnych włamań, nic, co by mogło w jakiś sposób wyjaśnić zniknięcie dziecka.

Lokalna policja oskarża ojca i matkę o ukartowanie morderstwa i ukrycie ciała. Chyłka zostaje (trochę na siłę, trochę na początku wbrew woli klienta) obrońcą małżonków.

Taki jest pierwszy rozdział.

A potem – jak to u Mroza – zaczyna się zagęszczać. Pojawiają się nowe fakty, nowe zeznania, małżonkowie w pewnym momencie stają przeciwko sobie. Pojawia się kochanek. Ojcostwo Awita zostaje poddane w wątpliwość. Pikanterii całości dodaje fakt, że Chyłka broni teraz Angeliki, z którą uczyły się w jednym liceum i szczerze wówczas nienawidziły.

Przytrafia się wypadek, podczas którego Chyłka prawie ginie. Czeka ją długa i bolesna rekonwalescencja, podczas której całą robotę przejmuje Oryński („Zordon”), facet w sumie kumaty, ale ciągle jednak zielony w kwestiach WŚPR. Jako przeciwnika ma Aaronowicza, prokuratora znanego z tego, że swoje przegrane sprawy może policzyć na palcach rąk faceta, któremu amputowano ręce.

Ale – co najważniejsze – przez cały czas nie ma ostatecznego potwierdzenia co się tak naprawdę wydarzyło tamtej nocy w domku Szlezyngierów. Nie wiadomo nawet, czy córeczka żyje czy nie. Porwano ją? Zamordowano? Kto? Co? Jak? Stawiane są coraz to nowe hipotezy robocze, końcem końców Szlezyngier jednak przegrywa sprawę – jedyne dwa „porządne” dowody w sprawie świadczą przeciw niemu, cała reszta (czyli misternie, ale trochę rozpaczliwie i na wariata skonstruowana budowla logiczna Chyłki, według której Awit jest rzekomo niewinny) rozpada się na kawałki.

Pod koniec książki Awit zostaje skazany na trzy lata pozbawienia wolności (bez zawiasów). Trafia do więzienia, gdzie ma niewielkie szanse na przeżycie (wiadomo przecież w jaki sposób traktuje się w więzieniu morderców dzieci).

I już? Koniec?

Nie! Mróz jak zwykle zostawia główne danie na deser. Awit, żeby przeżyć, umawia się z Chyłką i Oryńskim na widzenie i pod przysięgą tajemnicy między adwokatem a klientem zeznaje jak było naprawdę. Okazuje się, że dziecko żyje i ma się dobrze. Angelika i jej kochanek uknuli cały ten plan po to, żeby upiec przy jednym ogniu dwie pieczenie: uwolnić się od Awita i zamieszkać razem, a jednocześnie przejąć generującą grube miliony złotych firmę Awita i ciągnąć z niej, ile wlezie.

Chyłka pod pretekstem podejrzenia o pranie brudnych pieniędzy ujawnia to wszystko prokuraturze, potem jest już krótka piłka: sprawcy zostają ujęci, dziecko uwolnione, Awit wychodzi z więzienia, kurtyna, oklaski, wszyscy żyją długo i szczęśl… tego, ten. Nie do końca.

W ostatnim rozdziale Żelazny (jeden z dwóch właścicieli firmy, w której Chyłka pracuje) stwierdza, że nie życzy sobie na pokładzie pracownika, który nie dość, że postępuje wbrew woli klienta, to jeszcze łamie prawo ujawniając jego tajemnice.

I… wypieprza Chyłkę z roboty.

W posłowiu Remigiusz Mróz pisze, że właśnie zabiera się za pisanie trzeciej części, i że jest przekonany, że Chyłka sobie poradzi 😉 Też jestem o tym przekonany, bo baba z niej na schwał i jaja ma większe od niejednego chłopa.

Dwa drobiazgi, o których jeszcze warto wspomnieć przed zakończeniem dzisiejszego wpisu:

  1. Gdzieś tak mniej więcej w połowie powieści Chyłka przyznaje się do przeczytania książki z „Rah’ma’dul” w treści. To żart tynfa wart: Rah’ma-dul to nazwa planety, na której dzieje się większość akcji recenzowanej tu niedawno powieści Mroza („Chór zapomnianych głosów”). Pomysł stary jak świat i porządnie wyeksploatowany (na przykład w „Wylęgarni” Żambocha, którą tu kiedyś recenzowałem: http://xpil.eu/r19gE), ale – o ile tylko dobrze rozegrany – zawsze cieszy.
  2. Wątek „romantyczny” między Chyłką a Oryńskim (cudzysłów jak najbardziej na miejscu: romantyzmu w Chyłce jest tyle, co wytwórni filmów fikanych w Watykanie). Ewidentnie jest między nimi dużo chemii (zakropionej solidną szczyptą fizyki), jednak przez pierwsze dwa tomy Autor zdecydował, że obydwoje będą trzymać swe żądze na wodzy. Jest oczywiście kilka sytuacji niedwuznacznych, z których jednak nasza dwójka każdorazowo wycofuje się w ostatniej chwili, jak już ma dojść do czegoś konkretnego. O „zalotach” Zordona oraz reakcjach Chyłki czyta się świetnie 😉

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Mróz: „Zaginięcie” – recenzja"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

Nawiązań między książkami Mroza w jego powieściach jest sporo 🙂

A tak poza tym polecam audiobooki, bo czyta je ten sam lektor czyli Gosztyła. Mistrz czytania i okolic!

wpDiscuz