Indie V: Delhi => Śrinagar

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

Tak więc, przenocowawszy w domu rodzinnym mojego indyjskiego gospodarza, następnego dnia rano zostałem przez niego zawieziony na lotnisko (lokalne, nie międzynarodowe) w Delhi i – z biletem w ręku – czekałem na samolot do Śrinagar. Nie pamiętam tu żadnych szczegółów, musiałem jednak zapewne nadać bagaż oraz jakoś wsiąść do samolotu.

Po niecałych dwóch godzinach lotu (te dwie godziny sprawdziłem przed chwilą na Google, nie pamiętam ich zupełnie) samolot wylądował i wysiadłem na lotnisku w Śrinagar. Udało mi się upolować swój plecak, z którego natychmiast oderwałem kwitek linii lotniczych i wyrzuciłem do kosza. Jak się za chwilę okaże, był to spory błąd, jednak nie uprzedzajmy faktów. Byłem jednym z bardzo nielicznych pasażerów o jaśniejszej karnacji skóry (i bez turbanu!), ponadto mam prawie 2 metry wzrostu czym wyróżniałem się mocno z tłumu – zamiast więc spokojnie wyjść „na miasto”, musiałem najpierw wypełnić druczek imigracyjny (znów! bez sensu, bo jeden przecież wypełniłem lądując w Delhi), po czym zostałem z treści owego druczka dokładnie przepytany przez ochronę – okazało się, że moja wersja turystyczna była na tyle niegroźna, że pozwolono mi udać się w kierunku wyjścia z lotniska. I tu – niespodzianka. Przy drzwiach wyjściowych podszedł do mnie pan z ochrony i zapytał, czy to jest mój plecak. Ja mu na to, że owszem, a on mi, że tam nie ma przyczepionego kwitka, i że ja ten plecak mogłem komuś ukraść. Mówię, że kwitek w koszu i w ogóle. A on mi na to, że mam mu wymienić szczegółowo co jest w plecaku.

Huh…

No ale udało się. Zwłaszcza jak mu powiedziałem, że jest tam pamiętnik (tak, przyznaję się bez bicia, pisałem kiedyś pamiętnik – taki w zeszycie w kratkę), i jak się okazało, że charakter pisma w pamiętniku zgadza się z charakterem pisma w moim podpisie w paszporcie. Minutę później byłem już na zewnątrz i rozglądałem się dookoła z wielkim znakiem zapytania. W jednym miejscu stało paru gości z dużymi kartkami i z pewną ulgą znalazłem na jednej z nich swoje imię. „Peter from Poland” było tam nabazgrane, i zaiste – chodziło o mnie.

Nie pamiętam jak wyglądał tamten facet ani jak miał na imię, ale pamiętam, że wiózł mnie swoim autem całkiem spory kawałek do miasta. Śrinagar jest położone częściowo na wodzie, więc w pewnym momencie podjechaliśmy do nabrzeża, facet kazał mi wysiąść, wyjąć plecak i pokazał palcem na jakiegoś innego faceta, czekającego na tymże nabrzeżu przy łódce, wśród wielu innych identycznie wyglądających gości.

Jak wiadomo, dla Europejczyka wszyscy Japończycy są na pierwszy rzut oka identyczni. To samo z innymi rasami: Murzyni, Hindusi itd.

Jakoś trafiłem na tego „swojego” gościa, który zaprowadził mnie do łódki oraz pomógł do niej wsiąść. Nie była to jednak tradycyjna łódź z wysokimi burtami, ławeczką, dulkami i parą wioseł, tylko wąziutka (za to dość długa) i bardzo płaska łupinka, która wyglądała tak, jakby miała się przewrócić pod byle ciężarem, a już na pewno pod moim. Jednak, ku memu zdumieniu, łódeczka bez problemu zdołała mnie utrzymać, i to razem z ogromnym plecakiem – miała nawet coś w rodzaju miniaturowej ławeczki, która była w rzeczywistości konstrukcją z trzech patyków. Dało się na tym przycupnąć, jednak cały czas miałem wrażenie, że to się lada chwila przegibnie na któryś z boków i będę musiał szybciutko nauczyć się pływać.

Zamiast wiosła wehikuł ów wyposażony był w długi kij, którym „kierowca” odpychał się od dna, brzegu oraz innych łódek (przy mijankach). Lekkim chybotem, leniwym tempem, przepłynęliśmy spory kawałek (nabrzeże zdążyło zniknąć z oczu – może niekoniecznie za horyzontem, ale za kępami trzciny oraz rosnącymi tu i ówdzie domkami na palach). W końcu dobiliśmy do celu, którym okazał się być kolejny domek na palach. Tam na lekko drżących kolanach udało mi się zejść z łódki na drewniany pomost, chwycić plecak i pomaszerować za moim chwilowym przewodnikiem do – jak się okazało – hotelu.

Hotel to może za duże słowo – było tam pięć pokoi, wszystkie na „parterze”, na oko z pół metra nad powierzchnią wody. Facet, który mnie „przywiózł” łódką, przekazał mnie kolejnemu Hindusowi, który sprawował lokalną „władzę”. Miał on na imię Manzu (z akcentem na ostatnią sylabę – wstyd przyznać, ale to jedyne lokalne imię jakie z tej wycieczki zapamiętałem), który pokazał mi pokój – nieduży, ale bardzo przytulny, z łazienką, bieżącą wodą i nawet prawdziwą, „europejską” toaletą ze spłuczką! W samym pokoju było łóżko (wysokie i miękkie, na sprężynach), a pośrodku, na nóżkach z cegieł, stał piecyk typu „koza” z wyprowadzonym przez okienny lufcik blaszanym kominem.

Zaokrętowałem się więc w swoim nowym miejscu, w którym miałem mieszkać przez kolejnych 10 dni. Czułem się trochę jak z innego kosmosu, jednak ponieważ dotychczas nie natknąłem się na żadne większe problemy, byłem dobrej myśli. Trochę mnie tylko niepokoiło, że jestem otoczony wodą, a więc jakby nieco uwięziony, ale postanowiłem się tym nie martwić za bardzo. W końcu byłem na wakacjach.

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Indie V: Delhi => Śrinagar"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

No i dawaj dalej. Nie wiadomo co się w życiu przyda 😉

agnieszka_sto
Gość

xpil, prosze Cie dodaj nastepny wpis do bloga wieczorem (nie po polnocy), bo ludzie "nie sypiajacy inaczej" nie maja szans na komentowanie z pierwszej pozycji. 🙂

xpil
Gość

Każdy komentarz (nawet ten zablokowany, z reklamą na środek gwarantujący powiększenie mojego ego o 5 cali) ma wartość, niezależnie od jego pozycji na liście. To nie wyścigi.

A wpisy umieszczam (zazwyczaj) z kilkudniowym wyprzedzeniem i postanowiłem zawsze wybierać godzinę publikacji chwilę po północy. Może jak już przejdę na tygodnik (a na to się zapowiada, nie sposób pisać codziennie przez całe życie, bez spadku formy, i bez uszczerbku na życiu zawodowo-rodzinno-towarzyskim), może wtedy wybiorę jakąś inną godzinę. A póki co – komentuj śmiało i nie martw się o to, czy jesteś pierwsza.

agnieszka_sto
Gość

a tak poza tym, to cz. IV juz chyba byla… jezeli jest po III, to juz musiala byc, bo juz byla nastepna po trzeciej 🙂

xpil
Gość

Słuszna uwaga. Dzięki, poprawione.

agnieszka_sto
Gość

Dziekuje. O pozycje swoich komentarzy sie nie martwie ja "sypiam inaczej". Tak, tylko na zaczepke to napisalam, ale ta zaczepka jest niestety "skuteczna inaczej" 🙂

Poszukam dzis cz I i II, bo bardzo mnie zastanawia, dlaczego pojechales tam sam. Czy to wrodzona zylka podroznika, odwaga, czy przypadek. Nie zdradzaj fabuly… sama znajde i zaczne od cz. II zeby bylo bardziej dramatycznie 🙂

wpDiscuz