Indie X: Powrót

In Indie, Wspomnień czar by xpil1 Comment

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

Uff, wygląda na to, że dziś uda mi się wreszcie zakończyć moją indyjską opowieść. No i dobrze, bo już nieźle wiało nudą.

Ostatni dzień mojego pobytu w Śrinagar zapadł mi w pamięć bardziej niż pozostałe – prawdopodobnie ze względu na towarzyszący mu stres.

Najpierw ktoś mnie poinformował (nie pamiętam w tej chwili dokładnie kto, chyba jeden z napotkanych turystów), że skoro dziś wracam, i skoro lecę do Moskwy Aeroflotem, powinienem jakieś 3 dni temu potwierdzić rezerwację telefonicznie. Overbooking jest bowiem w Aeroflocie bardzo rozpowszechniony i można się nieźle zdziwić na lotnisku. Oczywiście, jak to zwykle bywa, lokalne telefony akurat nie działały (jakaś awaria, zalało centralę czy coś tam, nie pamiętam już) więc było wesoło.

Lot ze Śrinagar do Delhi miałem w okolicach południa. Wiedząc, że na lotnisku warto być dwie godziny przed odlotem, w okolicach 9:30 zacząłem nagabywać Manzu, żebyśmy już jechali. A on mi na to, że spoko, że do lotniska jest 15 minut, że jak będę pół godziny przed odlotem to spokojnie wystarczy i takie tam. W sumie wyjechaliśmy około jedenastej. Faktycznie na lotnisko było 15 minut, pod warunkiem, że po drodze nie zdarzy się kontrola antyterrorystyczna. Korek zaczynał się około 3 km przed wjazdem na lotnisko, każde auto musiało przejechać przez specjalną bramkę, pasażerowie byli przeszukiwani pod kątem broni, narkotyków i innych atrakcji… W efekcie na lotnisku byłem mniej więcej 10 minut przed godziną odlotu – w Dublinie byłaby już dupa totalna, ale tam miałem farta – pognałem jak wariat w stronę bramek, dostałem od ręki kartę pokładową i pobiegłem sprintem w stronę płyty lotniska, podobnie jak kilka innych osób. W sumie na ten konkretny lot zdążyło może ze 30% pasażerów. Samolot świecił pustkami. Byłem jednym z ostatnich pasażerów, których wpuszczono na pokład. Odlecieliśmy z 15-minutowym opóźnieniem. Uffff.

Żeby unaocznić Czytelnikowi grozę sytuacji przypomnę, że nie miałem wtedy telefonu, dostępne środki na karcie Visa skurczyły mi się do parunastu dolarów, bilet nie miał opcji zmiany daty, nie miałem żadnych zapasów żywności – to się teraz fajnie opowiada, ale tamtego dnia, zanim wsiadłem do samolotu, byłem naprawdę mocno wystraszony.

No ale udało mi się, i po krótkiej drzemce wylądowaliśmy na lotnisku krajowym w Delhi.

W pierwszej kolejności próbowałem znaleźć jakiś telefon, żeby zadzwonić do cholernego Aeroflotu i potwierdzić rezerwację miejsca do Moskwy. Niestety, znalezienie działającego telefonu na indyjskim lotnisku graniczy z cudem – udało mi się wreszcie, po długich i panicznych poszukiwaniach – namierzyć jakiegoś gościa w budce na kółkach (!), który świadczył usługi telefoniczne 🙂 Za półtora rupii dodzwoniłem się do lokalnego biura Aeroflotu, gdzie niestety nie mieli możliwości potwierdzenia mojej rezerwacji, ale podali mi inny numer, pod którym powiedziano mi, że miałem cholernego fuksa, bo zostały jeszcze tylko dwa wolne miejsca – i że moja rezerwacja jest teraz potwierdzona. Uff.

Następnym krokiem była próba dostania się na lotnisko międzynarodowe. Była godzina mniej więcej piętnasta, lot do Moskwy miałem o drugiej nad ranem, a więc kupa czasu. Jednak wolałem nie igrać z losem i – chociaż mogłem jeszcze spędzić parę chwil „na mieście” – po prostu wsiadłem w taksówkę i kazałem się wieźć na międzynarodowe.

Na międzynarodowym, jeszcze przed wejściem do budynku lotniska, natrafiłem na jakiegoś Krishnowca. Śmiesznie wyglądał, oczojebny pomarańczowy kitel, zgolone włosy, tylko krótka kitka z tyłu. Okazało się, że facet był Niemcem – też czekał na jakiś lot to sobie chwilę pogadaliśmy o duperelach.

Przy odprawie byłem w okolicach godziny 18:00 – znów, mogłem sobie poczekać z tą odprawą, ale wolałem nie kusić losu, a nuż Aeroflot zapomni, że potwierdziłem swoją rezerwację? A tak, z kartą pokładową w kieszeni, trochę uspokojony polazłem w stronę bramek, usiadłem sobie na małym, niewygodnym, plastiskowym krzesełku i już za chwilę poczułem jak kleją mi się oczy.

Spanikowałem wtedy, przypomniało mi się jak za dawnych (jeszcze wojskowych) czasów przespałem kilka razy w identyczny sposób swój nocny pociąg, wstałem więc i bite siedem godzin (!) szlajałem się po nudnej jak flaki z olejem strefie wolnocłowej. Byle tylko nie usiąść.

Siedem godzin to niby nie jest dużo. Ale jak człowiek jest śpiący i zmęczony, i trochę wystraszony, to się wydaje wiecznością. Odwiedziłem parę razy łazienkę, ochlapałem sobie twarz zimną wodą – trochę pomagało, ale i tak przez bramki przechodziłem na ostatnich nogach.

W samolocie przespałem bite cztery godziny.

W Moskwie powtórka z rozrywki – tranzytowcom nie pozwalali wychodzić poza strefę wolnocłową, przesiadka sześć godzin, tyle tylko że sklepów więcej, więc łatwiej było zabić nudę.

W Warszawie wylądowałem około siedemnastej.

Wyszedłem z lotniska – i się zachwyciłem! Mnóstwo miejsca, czysto, pachnąco, ludzie elegancko poubierani, nowocześnie…

Pamiętam jak kilka lat wcześniej wróciłem z Berlina. Wtedy Polska wydawała mi się szara, smutna, ponura i brudna.

Ot, względność…

I to by było na tyle. Potem jeszcze przez pół roku spłacałem zaległości na karcie kredytowej – niestety, płacąc w Indiach w rupiach traciłem na kursie dolara dwukrotnie (a jak wiadomo, Visa ma zawsze makabrycznie niekorzystne kursy). A więc najpierw traciłem jakieś 10-15% na przeliczeniu INR => USD a potem drugie tyle USD => PLN. Co gorsza, transakcje z Indii schodziły z Visy z ogromnym opóźnieniem – ostatnia chyba ze dwa tygodnie po moim powrocie. Bank nawet do mnie dzwonił, czy mi nie ukradziono karty kredytowej…

Niestety, z całego wyjazdu nie mam ani jednej fotki (jak już nadmieniłem, aparat ukradł mi z głównego bagażu ktoś z obsługi, podczas lotu Moskwa => Delhi). Biletu też nie zachowałem. W zasadzie nie ma żadnego dowodu na to, że tam w ogóle byłem…

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Indie X: Powrót"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Skomentuję te dziesięć wpisów o wyprawie do Indii…

Dzięki 🙂

wpDiscuz