Indie VI: Rozmaitości

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

A więc udało mi się dotrzeć szczęśliwie (transportem powietrzno-lądowo-wodnym) do hotelu, w którym miałem mieszkać przez kolejnych 10 dni. Domek na palach, z niedużym pomostem, z pięcioma malutkimi pokojami (jak się potem okazało, był jeszcze szósty, większy pokój dla Michaela, ale o tym później). Do tego jeszcze mnóstwo powierzchni użytkowej na dachu – tam się jadało śniadania, żeby się nie kisić pod dachem. Na dach wchodziło się po drewnianych schodkach niewiele bardziej zaawansowanych technologicznie od zwykłej drabiny.

Do pokoiku każdego wieczoru przychodził Manzu, rozpalał kozę i przynosił ze sobą gorący termofor – faktycznie, noce były lodowate i pomimo mojej zimnolubności, kozy oraz grubych kołder, łatwiej się zasypiało z termoforem w nogach.

Rano (wcześnie rano!) codziennie budził mnie śpiew muezzina – na początku było to trochę wkurzające, ale potem przywykłem.

Od tego miejsca chronologia opowieści mi się całkiem rozjedzie, ponieważ pamiętam sporo wydarzeń, natomiast za cholerę nie potrafię ich sobie poukładać w czasie. Mam w głowie same obrazy, więc będę je opisywał najlepiej jak tylko potrafię – ale bez umiejscawiania jednych zdarzeń przed innymi. Lub po.

Od czasu do czasu (na ogół raz dziennie) miałem wizytę obwoźnego handlarza, który próbował mi sprzedać rozmaite rzeczy – a to oryginalny dywan z kaszmirskiej wełny, a to posążek jakiejś bogini, a to szarfę. Pytał mnie też lekko ściszonym głosem, czy chcę sobie zapalić haszysz – nie skorzystałem, ponieważ dawno temu ktoś (pewnie CIA albo UFO…) założył mi w głowie specjalną blokadę powodującą permanentny wstręt do wszelakich używek (nie wiem jednak dlaczego blokada ta nie obejmuje kawy oraz czekolady). Od czasu do czasu koło hotelu przepływała łódka handlarza żywnością – można było kupić warzywa, jajka, różne placki, dżemy – a także wodę butelkowaną.

Ramówka każdego dnia była dość podobna – pobudka, śniadanie na dachu (jadałem sam ponieważ byłem jedynym gościem – nie licząc Michaela, o którym później), potem Manzu zabierał mnie w jakieś fajne miejsce, w którym zazwyczaj zostawiał mnie na parę godzin, po południu powrót do hotelu, chwila odsapki, czasem pogadało się z gośćmi z sąsiednich hoteli, czasem poszło do Michaela posłuchać jego opowieści, czasem siedziało się godzinę z handlarzem rupieciami i przekonywało go, że ta łyżka za 2 dolary jest mi naprawdę niepotrzebna. Któregoś popołudnia poprosiłem Manzu, żeby mnie podrzucił łódeczką na pocztę (powysyłałem do Polski trochę kartek), innym razem, żebyśmy się po prostu przepłynęli po okolicy. Raz mnie wyciągnął taką większą łodzią (z prawdziwym wiosłem i z baldachimem przeciw słońcu) na coś w rodzaju grilla – tam się jada niewiele mięsa, ale tamtego razu Manzu miał na łodzi parę kawałków jakiegoś martwego zwierzęcia, które na poczekaniu upiekł, doprawiwszy suto różnymi zielskami – pamiętam, że było przepyszne, tylko cholernie twarde. Aż ułamałem sobie zęba (który nawiasem mówiąc i tak był już nadkruszony zębem czasu). Zęba dyskretnie wrzuciłem do wody – tak więc mogę szczerze i bez kombinowania powiedzieć, że pozostawiłem w Indiach kawałek siebie 😉

Zdaję sobie sprawę, że ten cały dotychczasowy opis brzmi dość nudno. Ale są po temu bardzo konkretne powody. Po pierwsze primo, blog ten z założenia jest nudny, więc nudna wycieczka do Indii całkiem fajnie się weń wkompun… wkompowo… wkopmonu…, no, pasuje tu. A po drugie primo, takie wycieczki zawsze brzmią nudniej kiedy się o nich opowiada, a są dużo ciekawsze w rzeczywistości. Zwłaszcza, że opowieść jest po latach, a staram się niczego nie ubarwiać i nie dodawać.

Z bardziej zabawnych historii, któregoś razu Manzu zawiózł mnie do podnóża jakiejś góry, powiedział, że na szczycie jest świątynia i że mogę ją sobie obejrzeć. No to ja, niewiele myśląc, wdrapałem się na górę (ale nie było haków i raków tylko dość stroma droga, nawet oznakowana dla turystów). Na górze okazało się, że świątynia jest położona na kamiennym okręgu (żeby nie powiedzieć „w kamiennym kręgu”) otoczonym murkiem (też z kamienia), z jednym niedużym wejściem (musiałem się schylić, żeby wejść) – nie zdążyłem jednak nawet dobrze się rozejrzeć, kiedy usłyszałem, że ktoś się na mnie wydziera z zewnątrz budynku. Wyszedłem więc lekko zaniepokojony, patrzę a tam stoi jakiś facet i coś do mnie nawija w hindi. Ponieważ nie znam hindi, zapytałem go po angielsku o co biega, a on mi na to zaczął gestykulować i pokazywać na buty i na drzwi do świątyni. Strasznie był wzburzony.

No tak. Popełniłem najbardziej klasyczny błąd Bladej Twarzy i wlazłem do świątyni w buciorach.

Równie dobrze mógłbym się przewrócić na skórce od banana…

Sprawę pogarszał fakt, że nie były to jakieś zwykłe buciki tylko wielkie, z cholewą do połowy łydki, dociążone na czubkach palców grubą metalową blachą buciory, których współczynnik bezczeszczenia był zdecydowanie w okolicach czerwonej skali. Przeprosiłem pana najładniej jak umiałem, obiecałem, że już więcej nie będę a następnie spędziłem kolejne pół godziny podziwiając okoliczne widoki rozciągające się zza murka oraz słuchając religijnych pieśni „lecących” z lekko zachrypłego głośnika umieszczonego przy wejściu do świątyni. Nie odważyłem się już wejść drugi raz, bo mnie facet wystraszył. Teraz to brzmi zabawnie, ale wtedy miałem porządnego stracha.

Doskwierał mi bardzo brak aparatu fotograficznego.

Znajomi się potem nabijali, że specjalnie sobie wymyśliłem tą kradzież aparatu, żeby mieć wymówkę – a tak naprawdę na pewno przesiedziałem te dwa tygodnie pod jakimś mostem nad Wisłą.

Robiłem więc „zdjęcia” oczyma i uszami, starając się zapamiętać ile wlezie.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Indie VI: Rozmaitości"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
valdie68
Gość

Hmmm, ja bym położył uszy po sobie, zdjął śmierdzące buty i kłaniając się wszedł do środka. Przepraszając za smród.

A ciepłe stópki rajcują zawsze 😉

agnieszka_sto
Gość

Dziekuje za zeba 🙂 – wlasnie udowodnilam teorie efektu motyla.

Twoj ulamany, lata temu zab, uregulowal mi dzisiaj poziom agresji, dzieki czemu jutro, przynajmniej kilka osob przezyje. 🙂

wpDiscuz