Indie IV: Wreszcie się wysypiam

Ten wpis jest częścią serii „Moja wyprawa do Indii”.

Na czym to ja ostatnio skończyłem… aha, już pamiętam. Ugadałem się z właścicielem „agencji turystycznej” na 10-dniowe wakacje w Śrinagar. Zapłaciłem żelazkiem po czym zapytałem go gdzie mogę w miarę niedrogo i w miarę bezpiecznie przenocować. Zaoferował mi gościnę u siebie w domu, bez żadnych dodatkowych opłat. Niewiele myśląc zgodziłem się, dzięki czemu miałem okazję spędzić jedno popołudnie oraz jeden poranek w mieszkaniu indyjskiej rodziny.

Dotarliśmy na miejsce samochodem. Jechało się dość długo – po drodze facet opowiadał mi sporo o mijanych miejscach, jednak dziś za wiele z tego nie pamiętam. Pamiętam tylko Taj Mahal, na temat którego facet mi opowiedział mnóstwo rzeczy (o czym mówił? nie pamiętam…) Tak więc mogę się pochwalić, że widziałem przez chwilę (co prawda tylko z samochodu, ale zawsze…) jeden z cudów świata – i to na żywo 😉

Przejażdżka trwała ze dwie godziny; w międzyczasie musiałem kilkakrotnie zamykać oczy żeby nie dostać zawału. Ruch lewostronny to pikuś; gorzej, że w Delhi zasada pierwszeństwa opiera się (przynajmniej tak wywnioskowałem z obserwacji) nie na kierunku, z którego nadjeżdża pojazd, ani nie na podrzędności dróg tylko na głośności klaksonów oraz masach i wielkościach mijających się pojazdów. Skutkiem czego nie tylko trzeba mieć oczy dookoła głowy, ale należy błyskawicznie doewoluować sobie trzy dodatkowe pary uszu. W Delhi ginie w wypadkach samochodowych średnio 9 osób dziennie – jednak dopiero jak się tam człowiek raz przejedzie samochodem (nawet „tylko” jako pasażer), może zrozumieć dlaczego tak jest.

Dotarliśmy wreszcie na miejsce. Mieszkanie było ulokowane na pierwszym piętrze, na które wchodziło się schodami „przyczepionymi” do ściany, bez żadnych poręczy zabezpieczających – gdyby to było drugie piętro, już bym miał stracha. Samo mieszkanie było urządzone zaskakująco bogato i różnorodnie – w ogóle nie czuło się, że na zewnątrz jest prawie 20 milionów hałasujących ludzi stłoczonych w prostokącie 40×60 kilometrów. Była klimatyzacja, były duże pokoje, z kuchni pachniało – no, dom jak dom. Nie było foteli ani kanap, tylko takie wielkie, kolorowe poduchy.

Gospodarz poczęstował mnie obiadem – po chwili konsternacji zorientowałem się, że tam nie używa się sztućców – potrawy podawane są w miseczkach, w jednej z nich jest woda do płukania rąk, je się rękoma. Trochę to było dziwne na początku, ale szybko się przyzwyczaiłem.

Przedstawiono mnie licznej rodzinie gospodarza, ale jak się nietrudno domyślić niewiele pamiętam. Indyjskie imiona są trudne do zapamiętania dla Europejczyka, a już na pewno nie jestem sobie tego w stanie przypomnieć po tylu latach. Jednak ogólne wrażenie, jakie stamtąd wyniosłem, to było dużo ciepła, sympatii oraz zainteresowania. Jeden z synów gospodarza mówił po angielsku więc robił za tłumacza. Pytano mnie skąd jestem, musiałem kilka razy tłumaczyć, że „Poland” to nie to samo co „Holland”, ogólnie miałem wrażenie, że traktują mnie trochę jak jajko, któremu właśnie minął termin ważności – z ciekawością, ale też bardzo ostrożnie.

Pokazano mi też łóżko, na którym mam spać – wyjaśniono mi też, że normalnie to na tym łóżku śpi któryś z synów, ale dziś będzie on spał z bratem żeby mi zrobić miejsce. Ja na to, że nie trzeba się kłopotać bo mam matę do spania (miałem, taką rolowaną, piankową, z aluminiową warstwą izolacyjną z jednej strony), po czym nie słuchając ich protestów rozwinąłem tą matę w salonie, pościeliłem sobie kocami, umyłem się szybciorem w łazience…

Właśnie, łazienka. Akurat to miejsce zapamiętałem dość dobrze, ponieważ różniło się znacznie od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Mianowicie, nie było tam ani wanny, ani brodzika. Natomiast był prysznic, wystający ze ściany na wysokości głowy, poniżej którego wystawał żeliwny kran – była też w miarę normalna toaleta, i było wiadro z kubkiem. Miałem dość mieszane uczucia co do wiadra (zapasowa toaleta w razie dłuższej kolejki do wc?), ochlapałem się trochę wodą z kranu (woda spływała bezpośrednio do studzienki kanalizacyjnej w podłodze), umyłem zęby i za 5 minut już zalegałem na swojej macie a za kolejnych 10 – spałem.

Dopiero kilka tygodni później, już będąc w Polsce, dowiedziałem się o co chodziło z tą łazienką. Otóż oni tam biorą szybki prysznic (żeby zużyć mało wody) i wtedy woda po prostu leje się na całą łazienkę – po ścianach, podłogach – po czym ścieka do kratki kanalizacyjnej. Zaś wiadro i kubek służyły do dłuższego obmywania się – nalewa się pełne wiadro wody a potem polewa się kubkiem. W ten sposób nie marnuje się wody, która jest tam zasobem dość drogocennym.

To była pierwsza porządnie przespana noc od czasu, kiedy wyleciałem z Polski. Obudziłem się świeży i rześki – w dodatku okazało się, że salon jest od wschodniej strony, więc rano było tam bardzo jasno i optymistycznie. Zostałem poczęstowany śniadaniem (znów bez sztućców, ale tym razem już nie było zaskoczenia) po czym spakowałem klamoty w plecak, pożegnałem się ładnie ze wszystkimi, podziękowałem za gościnę i wraz z gospodarzem udaliśmy się do jego auta. Godzinę później, z biletem w ręce i plecakiem na plecach, czekałem na samolot do Śrinagar.

Ciąg dalszy opowiem niebawem.

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz