To, co przeszkadza

Dawno, dawno temu, zaraz na początku tego blogu, pisałem o „programowaniu rozpraszanym” – nie „rozproszonym” tylko właśnie „rozpraszanym”. Chodzi o to, że jak człowiek się rozprasza, to mu się trudniej programuje (i nie tylko programuje – ogólnie jest mniej wydajny), co przekłada się bezpośrednio na jakość wykonywanej pracy, a pośrednio na parę innych rzeczy (dłuższe godziny w biurze, mniej satysfakcji z wykonywanej pracy, mniej czasu dla innych ludzi i tak dalej).

Niedawno pomyślałem sobie, że przecież owo rozpraszanie dotyczy nie tylko życia służbowego, ale również i prywatnego, prawda? Jestem w towarzystwie i raz na jakiś czas zerkam w powiadomienia. Jem obiad z rodziną, ale jednym okiem zerkam na serial w TV czy na FB. I tak dalej.

Dlatego podjąłem od jakiegoś czasu mozolną wycieczkę polegającą na pozbywaniu się zbędnych smartfonowych „rozpraszaczy”. Dotarłem w tej wycieczce już na tyle daleko, że nie obawiam się dziś o niej napisać na blogu.

Skąd to ostatnie zdanie? A no stąd, że człowiek – o czym zresztą już kiedyś wspominałem – jest tak skonstruowany, że dopóki robi coś dla samego siebie i bez informowania o tym otoczenia, robi to uczciwie i porządnie. Ale jak tylko się tym czymś pochwali, włącza się dziwny psychologiczny mechanizm polegający na tym, że skoro komuś o czymś powiedziałem, to to już jest oficjalne, to już trochę tak, jakbym to zrobił, prawda? Więc już się nie muszę tak bardzo starać, prawda? I plan bierze w łeb.

Zacząłem od usunięcia konta na FB. To zresztą nie pierwszy raz: kiedyś już mi się to zdarzyło i wtedy wytrzymałem chyba ze trzy miesiące. Tylko że wtedy konto tylko zawiesiłem, a tym razem skasowałem je kompletnie. Zrobiłem to w dwóch etapach: w marcu wyzerowałem listę „przyjaciół” (cudzysłów zamierzony), co przy okazji było całkiem niezłym testem na to, kto w ogóle zauważy, że go „odprzyjacieliłem” – na ponad 300 kontaktów zniknięcie zauważył tylko jeden znajomy bloger, co jest liczbą raczej niewielką i pokazującą, jak mało istotne tak naprawdę są facebookowe znajomości (o ile się oczywiście nie używa FB do jakichś bardziej zaawansowanych celów – ja nie używałem). Drugi etap nastąpił około czterech miesięcy temu, kiedy konto na FB faktycznie usunąłem kompletnie. I znów bardzo niewiele osób zauważyło moje zniknięcie – między innymi ten sam bloger, który akurat tamtego dnia próbował mi wysłać wiadomość przez Messengera, ale mu Messenger powiedział, że mnie już nie ma, co zresztą było przyczynkiem do całkiem niebanalnej dyskusji, która się między nami tamtego dnia nawiązała, ale o tym może kiedy indziej.

Po FB przyszedł czas na Google+. Tu sprawa była trochę (ale tylko trochę) bardziej skomplikowana, bo G+ jest mocno zintegrowany z różnymi innymi usługami Wielkiego Gie. Na szczęście ponieważ używałem G+ w stopniu szczątkowym, nie było aż tak trudno – po prostu wyłączyłem swój profil G+ i tyle.

Kolejna rzecz – i to jest coś, nad czym jeszcze pracuję – to wszelkie reklamowe powiadomienia e-mailowe od różnych miejsc w Sieci, gdzie kiedyś podałem swój adres. Jakieś sklepy komputerowe, rękodzielnicze, firmy software-owe i pierdylion innych miejsc, o których dawno zapomniałem, a które próbują uszczknąć odrobinę mojej uwagi. Większość ma na szczęście opcję unsubscribe, z której łapczywie korzystam. Te, które jej nie mają, trafiają do filtra antyspamerskiego. Dzięki temu ilość otrzymywanych przeze mnie dziś e-maili utrzymuje się na poziomie 3-4 dziennie, a nie prawie 100.

Następna sprawa: gry na smartfona. Swego czasu koszmarnie dużo czasu pochłaniało mi granie w 8-Ball Pool, o czym zresztą pisałem. Marzyło mi się dotrzeć do szczytu, czyli do poziomu 150 – niestety wkrótce po tym, jak dotarłem do poziomu 100 (co zajęło mi ładnych parę lat gry), firma zwiększyła maksymalną ilość poziomów ze 150 do 999, co sprawiło, że zamiast w 2/3 drogi znalazłem się nagle w 1/10 😉 Stwierdziłem wtedy, że szkoda czasu – i grę wywaliłem.

Podobny los spotkał Sudoku, w które obecnie grywam wyłącznie na kibelku, w wersji papierowo-ołówkowej.

Na chwilę obecną nie mam więc na smartfonie ani jednej gry. Przez jakiś czas miałem durny odruch sięgania po telefon w celu pogrania sobie w coś, ale mi już przeszło.

Co pozostało, jeżeli chodzi o przeszkadzacze?

Pozostał WhatsApp, który (o ironio) jest zdaje się własnością Facebooka od jakiegoś czasu, ale który uważam osobiście za najlepszy uniwersalny komunikator internetowy. Ma solidnie zrobione szyfrowanie, nie ma reklam, jest lekki i poręczny, a także ma kilka naprawdę fajnych funkcji (przesyłanie wiadomości głosowych / video, rozmowy / wideorozmowy, wysyłanie dokumentów, obrazków, bieżącej lokalizacji, klient webowy i parę innych fajnych drobiazgów)

Pozostał NewsBlur, czyli czytnik RSS – teraz na kibelku zamiast łoić w Sudoku czy w Ósemkę, przeglądam sobie newsy z blogowego świata.

Pozostał MoonReader Pro, którego używam do czytania e-booków. Niestety, Kindle Voyager mi się ostatnio popsuł (ekran szlag trafił po trzech latach) i wróciłem do czytania na Patelni.

Pozostał klient GaduGadu, którego mam przeważnie on-line, chociaż jedyni dwaj ludzie, którzy się sporadycznie odzywają, to kolega z dawnej pracy (tak jak i ja weteran internetowy z czasów Netscape Navigatora i MKS Vira, pamięta ktoś jeszcze?) oraz drugi kolega z dawnej pracy, który „od zawsze” używał komunikatora Tlen, ale ponieważ Tlen niedawno zniknął, gość się „przechrzcił” na GG.

No i pozostało jeszcze jedno, ostatnie uzależnienie, którego chwilowo ciężko mi się pozbyć – czyli Plag. Aplikacja, o której już tu kiedyś pisałem, czyli bardzo, bardzo fajnie zrobiona sieć „społecznościowa” o genialnie prostych regułach. Wygląda jednak na to, że Plag może wkrótce zniknąć – po dwóch latach istnienia ekipa, która stworzyła Plag, doszła do wniosku, że utrzymanie serwera generuje za duże koszty, że dalszy rozwój aplikacji to już na tyle poważna sprawa, że nie da się tego robić hobbystycznie po godzinach. Obecnie Plag jest zamrożony (w sensie rozwoju / usuwania błędów) i czeka na inwestora, który pchnie go dalej. Osobiście używam Plag wyłącznie do polowania na fajne zdjęcia i obrazki, które trafiają się tam nader często i są na zaskakująco wysokim poziomie humorystycznym 😉 No i nie jest to jakaś obłędna ilość czasu – jedna, czasem dwie sesje dziennie, po 10-15 minut. Niby niedużo, ale jednak uzależnienie to uzależnienie. Zobaczymy.

Jak widać udało mi się dość skutecznie pozbyć że smartfona zdecydowanej większości życiowych „przeszkadzaczy”, co w dłuższej perspektywie powinno ułatwić mi skupianie się na rzeczach bardziej istotnych. Czyli na przykład wymyślaniu dobrych tematów na blog, albo porządnym spędzaniu czasu z rodziną. Nie dalej jak kilka dni temu na ten przykład udało nam się z Żonką wyskoczyć na spóźnioną obiadokolację do restauracji, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy bez dzieci. Mam też więcej czasu na obserwowanie jak ww. dzieci rosną, co jest procesem przerażająco szybkim. Póki co jakoś nadążam, ale jak to będzie – zobaczymy 🙂

Ciekawe jest też to, że o ile kiedyś wizja wyjścia z domu bez smartfona wydawała się przerażająca, o tyle teraz czasem zdarza mi się zapomnieć Patelni przed wyjściem do pracy i nie ma z tego tytułu żadnych mentalnych nieprzyjemności.

Jest postęp!

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "To, co przeszkadza"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Andrzej
Gość
Hehe, 8-ball Pool. Ileż to ja czasu na kiblu przepykałem. Aż robiły się dziwne sytuacje: – Co ty tam tak długo robisz? – Gram w bilarda. – Kieszonkowego? 😉 Ale faktycznie gry niespecjalnie mnie ciągną. Ja smartfonie nie mam żadnej, w stacjonarną grałem ostatnio kilka lat temu i była to moja ulubiona przygotówka The Secret of Monkey Island. Za to Fejsa nie porzucę, bo to jedno z moich narzędzi pracy. I faktycznie czasami wciąga. Tu mi pomaga nieco trzymanie się techniki Pomodoro. Z komunikatorów mam gdzieś na laptopie Skype’a. Raz uruchomiony, żeby skonfigurować konto 🙂 Jak ktoś do mnie pisze… Więcej »
wpDiscuz