Kabel bezprzewodowy

Mam w domu bezprzewodowy ruter. Co prawda jego bezprzewodowość jest trochę dyskusyjna, ponieważ wystaje z niego:
1. Kabel zasilający,
2. Bęcka do ściany, do komunikacji z dostawcą usług,
3. RJ45 do telewizora,
4. RJ45 do NAS-a (ha, mam kabelek do NASA!)

Urządzeń podłączających się po WLAN jest niewiele, więc oceniam bezprzewodowość tego rutera na jakieś 30 do 40 procent. Tak czy siak, głównym konsumentem ramek 802.11 jest stojący na zadupiu mieszkania pecet, do którego ciągnąć skrętkę byłoby niewygodnie, a który w dodatku w ciągu najbliższych kilku miesięcy będzie zastąpiony jakimś bardziej mobilnym urządzeniem, więc szkoda mu ciągnąć „porządną” rynienkę.

Tak więc pecetowi wyrosła najpierw malutka antenka WLAN-USB, którą potem podpiąłem do przedłużacza USB (takiego na pół metra) żeby dało się tę antenkę postawić nieco wyżej (na poziomie podłogi jest za dużo przeszkadzaczy i sygnał WLAN miał tendencję do zanikania).

Potem przez około półtora roku wszystko działało jak ta lala, aż zachciało mi się nabyć zewnętrzny dysk multimedialny (czyli wspomnianego wcześniej NAS-a), który dźwiga teraz wszelakie cyfrowe śmieci, jakich przez lata nam się nazbierało.

Żeby komunikacja z tym NAS-em była w miarę sprawna, przydałoby się szybkie łącze między pecetem a skrzynką. Tymczasem mała antenka na małym przedłużaczu zapewniała wyłącznie stabilność połączenia, jednak ponieważ pecet stoi na skraju zasięgu rutera (skróconego dodatkowo trzema ścianami po drodze), szybkość nadal była marna.

No i nastąpił taki moment w mym życiu, kiedy wreszcie zrozumiałem, że rozmiar (a konkretnie: długość) jednak ma znaczenie. Nabyłem czym prędzej w pobliskim Piczym Łorldzie trzy półtorametrowe kabelki USB, spiąłem je w jeden długi przewód, a następnie pociągnąłem wzdłuż ściany, przybijając je po drodze gwoździami do framug, wciskając je między skrzynkę z bezpiecznikami a sufit, a także starając się, żeby wyglądały w miarę neutralnie.

Z tym neutralnym wyglądem nie do końca mi wyszło. Czarny kabel na kremowożółtym tle zakamuflować ciężko, kremowożółtych kabli w Piczym Łorldzie nie posiadali, a przemalowywanie połowy mieszkania na czarny kolor tylko po to, żeby pasowało do kabelka raczej nie wchodziło w rachubę. Wygląda to więc trochę jak znienacka, jednak dzięki temu znacznie zmniejszyłem odległość (oraz ilość ścian) między ruterem a antenką WLAN. Zamiast jednej Kreski Mocy mam ich teraz aż trzy, co przekłada się bezpośrednio na znaczną poprawę komfortu pracy.

Niniejszy wpis powstał pod wpływem lektury kolejnego odcinka remontowo-budowlanych przygód Eli, do którego lektury zapraszam wszystkich tych, którzy jeszcze nie usnęli: http://scenki.blogspot.co.uk/2012/12/chyba-sie-zorientowali.html

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Kabel bezprzewodowy"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
loszmi
Gość

Cinki masz ten router. Mój zasuwa nawet po piętrach.

A pewnie masz 3m kabla uesbe, a do routera jest 4 metry i skrętka by przypasowała 😉

Jaki masz NAS? Zastanawiam się nad Qnap'em 2xHDD.

wpDiscuz