Młody dźwiedź słabo czuwa

Tytuł dzisiejszego wpisu jest tak dokładny jak tylko się da. Co prawda nie młody a stary, nie dźwiedź a niedźwiedż, nie słabo tylko mocno, i nie czuwa tylko śpi. Ale reszta się zgadza.

A nie, nie zgadza się. Zamiast niedźwiedzia (a nie dźwiedzia) powinien być dysk twardy.

Ale reszta się już na pewno zgadza.

A było tak…

Przy okazji niedawnych generalnych porządków natknąłem się na stary dysk twardy, taki zewnętrzny, na usb. Duża cegła firmy Freecom, ciężki, na czterech gumowych nóżkach, z osobnym zasilaniem (niestety, zasilacz mi się popsuł lata temu), w grubej metalowej obudowie. Leżał sobie w skrzynce na stare klamoty i się kurzył.

Z braku zasilacza dysk wydawał się bezużyteczny. Jednak stwierdziłem, że skoro on taki bezużyteczny, to niech się chociaż przyda Nauce. Jąłem więc drania rozkręcać, żeby zaspokoić odwieczną chłopięcą ciekawość „a co jest w środku?”

Nie było łatwo. Po pierwsze, trzeba było znaleźć wszystkie śrubki mocujące dysk do obudowy – jak się już te śrubki namierzyło, trzeba je było odkręcić, a niestety nie mam śrubokręta gwiazdkowego. Na szczęście znalazłem (w tejże samej skrzynce, ha!) malutki imbus, który jakimś cudem pasował, pod warunkiem, że się go trochę nachyliło w gnieździe śruby.

To „gniazdo” przed chwilą wyguglałem, przyznaję się bez bicia. Miałem napisać „rowek”, ale mi się „gwiazdkowy rowek” jakoś dziwnie kojarzył.

Tak czy siak, po około półgodzinie, w trakcie której różne niezbyt cywilizowane wyrażenia próbowały przebić się na zewnątrz przez mych ust korale, w końcu się udało.

Wysunąłem dysk z pancernej obudowy i okazało się wówczas, że jest to najzwyczajniejszy w świecie, trzyipółcalowy („pecetowy”) dysk twardy firmy Samsung, z przymontowaną doń płytką konwertującą na standard USB.

Myślę sobie, podepnę dysk do mojej magicznej czarnej skrzyneczki (o skrzyneczce pisałem tutaj) i zobaczę co na nim jest.

Niewiele myśląc (jak zwykle…) wyjąłem ze skrzyneczki ostatnie wolne sanki, przykręciłem do nich dysk i wsunąłem do środka. Ciche „klik!” powiedziało mi, że dysk siedzi – niestety, dioda sygnalizująca obecność dysku była czarniejsza od sfery Schwarzschilda. Dla pewności dopchnąłem jeszcze sanki raz i drugi, ale nic się nie wydarzyło.

Myślę sobie, dysk się zakurzył, nabrał odleżyn i mu się zeszło z tego padołu. Wyjąłem więc go ze skrzyneczki i z należnym zmarłemu szacunkiem zacząłem odkręcać śrubki.

I tu mię cóś tkło. Patrzę bowiem, a on przecież ma złącze IDE. A moja czarna skrzyneczka jest SATA a nie IDE. Klnąc pod nosem na własne gapiostwo przyjrzałem się dokładniej złączu, a tam dwie szpilki wygięte. Pewnie od tego dopychania saneczek o coś zahaczyły i się wygły.

O żeż, myślę, prawie bym zabił taki fajny dysk. Mało brakowało…

Delikatnie (używając idealnego do tego celu noża kuchennego) naprostowałem wygięte szpilki, wpiąłem dysk z powrotem w płytkę konwertującą sygnał na USB, podłączyłem do znalezionego niedawno (w tej samej skrzyneczce!) uniwersalnego zasilacza, sprawdziwszy wprzódy czy polaryzacja i napięcie są ustawione jak trzeba, podłączyłem dziadygę do kompa – i oto zadziałał, w całej swej krasie.

Chwilę potem, ze łzami w oczach, przekopywałem się przez niemal archeologiczne dokumenty sprzed pięciu lat, jakieś stare kawałki kodu, jakieś zdjęcia, jakieś nagrania, no ubaw po pachy.

Dziwny świat…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz