Dwie nowe zabawki

Mały człowiek bawi się najpierw własnymi paluszkami, potem jakimś gumowym misiem albo autkiem. Klocki, lalki, balony, magnesy, czasem do dobrej zabawy wystarczy zwykły patyk do napierdzielania w mrówki, czy nawet kawałek sznurka przywiązany kotu do ogona…

No a potem przychodzi dorosłość i zabawki stają sie bardziej wyrafinowane. Bywa, że zamiłowanie do zabawy lalkami i balonami pozostaje człowiekowi do późnej starości, ale ten temat dziś dyskretnie pominę. Nie o lalkach i nie o balonach, ale – jak na rasownego ignormatyka przystało – o złomie żelaznym pisał dziś będę.

Całkiem niedawno łaziliśmy sobie z moimi babami po Blanchardstown. Wielkie centrum handlowe, raj dla fanów zakupów i piekło dla tych, którzy chcą szybciutko coś kupić i wyjść. Od czasu do czasu (ostatnio jakby rzadziej, ale jednak) zajeżdżamy tam i robimy szybki rajd po największych sklepach – ot tak, dla hecy. Czasem się coś fajnego upoluje, czasem spotka się kogoś znajomego, a czasem po prostu się człowiek zmęczy.

Ostatnio pojechaliśmy do B. przy okazji odwożenia Q z Ynki na lotnisko. Q z Ynka jest wielkim fanem (wielką fanką?) centrów handlowych, więc była mocno niepocieszona, że samolot jest tak wcześnie 🙂 W każdem bądź razie w drodze powrotnej z lotniska zagadałem do swojej Lepszej Połówki, że faktycznie wyjątkowo krótko byliśmy dziś w B. i że warto by jeszcze raz podjechać, bo nawet nie zdążyliśmy zajść do komputerowego.

Jako niewolnik technologii informatycznych uważam, że być w B. i nie zajść do komputerowego to jak być w Watykanie i do papieża nie strzelać.

Zajechaliśmy więc raz jeszcze do B., weszliśmy do PC World (po naszemu Piczy Świat) i przez kolejną godzinę łaziliśmy, gapiąc się na wszelaki możliwy złom komputerowy. A także na miksery, ekspresy do kawy i odkurzacze (wszystko to jest w końcu nafaszerowane elektroniką po dziurki w… w…, no, po dziurki).

Przechodząc obok stoiska Apple jak zwykle zachwyciliśmy się („wooooow”) pięknem wykonania MacBook-a Air, a także wzdrygnęliśmy się („fuuuuuj…”) nad jego niekompatybilnością z resztą świata. Przy okazji stwierdziliśmy zgodnie, że gdyby tylko taki ultracieniutki laptop miał na pokładzie jakiś normalny system operacyjny, bralibyśmy od ręki.

No i masz ci los. Dwie półki dalej, tuż przy stoisku z Kinect-em, stał sobie nowiutki Asus Zenbook, wyglądający praktycznie tak samo jak AirBook. Wizualnie zasadzie różnił się tylko kolorem – AirBook-i są jasne, a ten Asus był stalowoszary.

Niewiele myśląc zaczęliśmy się tym cackiem bawić. W międzyczasie włączył się alarm przeciwkradzieżowy, bo chyba za mocno testowaliśmy odporność kompa na upadki i przeciążenia 😉 Córkę odesłaliśmy do Kinect-a (niech się dziecko pobawi, a co) a sami tonęliśmy w zachwytach nad tym ZenBook-iem.
Bardzo przyzwoita zabawka. Wprawdzie procesor „tylko” 1.8 GHz, za to i7 (a nie żadnej i3 ani i5). Dysk SSD, dużo ramięci, bardzo dobry wyświetlacz, głośniki Bang-Olufsen, wielkie głaskadełko, bardzo wygodne klawisze – no bajka po prostu.

Tak więc mamy teraz w domu kolejnego laptopa – jeszcze trochę i jakiś składzik na ten sprzęt elektroniczny trzeba będzie wynaleźć.

A drugą zabawkę nabyłem dziś rano – online, więc jeszcze nie dotarła. Tym razem, zgodnie z tym co kiedyś pisałem, postanowiłem wyposażyć domowego kompa w dysk SSD. Przymierzałem się do tego już od paru miesięcy, ale dopiero bawiąc się tym Zenbook-iem unaoczniłem sobie, jak dużo zależy od szybkiego dysku. Żaden dysk mechaniczny nie dogoni dysków SSD, które są tak szybkie, że np. restart Windowsa na tym Zenbook-u trwa jakieś 10 sekund. Ściąganie poprawek do świeżego systemu zawsze mnie lekko spieniało, bo trzeba restartować kompa mnóstwo razy. Jednak z dyskiem SSD trwa to tak szybko, że człowiek nie zdąży trzy razy powiedzieć „centygigaheptatrybilionard” i już uśmiecha się doń ekran logowania.

Tak więc, zanabyłem (za niecałą stówkę!) dysk SSD. Nieduży, 60GB. Na system operacyjny w zupełności wystarczy. Jeżeli mam w kompie nowe złącze SATA, będę miał transfer w okolicach 500 MB/s (kosmos!), a jeżeli mam stare SATA (nie wiem, muszę sprawdzić), to „tylko” 275 MB/s. Tak czy siak, strasznie szybko.

Jak to wygląda w praktyce – pewnikiem opiszę zaniedługo w którymś z kolejnych odcinków.

A z innej beczki – przytargałem dziś do biura swój stary kubek do kawy. Kubek jest wielki, czarny, z oczojebnym białym napisem „Mug of Coffee” (żeby nie było wątpliwości) i z uchem wielkości słonia. Wchodzi do niego ponad pół litra kawy (tzn. do kubka, bo do słonia wejdzie dużo więcej) – tak więc moja „mała czarna z rana” mogłaby postawić na nogi chińską armię…

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o