Jakość, psiakość

Jakiś czas temu zachciało mi się nabyć w drodze kupna laptopa popularnej firmy handlującej laptopami. Dzisiaj podjąłem próbę dowiedzenia się o cenę ewentualnego upgrade-u twardego dysku w tymże laptopie, bo ten fabrycznie wstawiony ma „tylko” 128GB. Co prawda SSD, ale jednak malutki. Jest tam też drugi, terabajtowy, ale taki zwykły, 5400 rpm, więc demonem szybkości to on nie jest. A ja się lubię bawić w duże tabelki i zależy mi na tym, żeby było i dużo, i szybko.

No więc wbiłem się najpierw na stronę www firmy i kliknąłem zachęcająco wyglądący obrazek, na którym uśmiechnięta pani z mikrofonem przy wyszminkowanych uściech, mówiła, że „nasi fachowcy wiedzą wszystko a nawet więcej, wystarczy kliknąć” itd itp. No to klikłem.

Fachowcem okazał się jakiś Hindus, który jeżeli nawet miał jakąkolwiek wiedzę na temat twardych dysków, ukrywał ją nader skrzętnie. Podał mi za to numer telefonu do działu technicznego, „bo on jest z działu sprzedaży i się na tym aż tak bardzo nie zna”.

Numer wyglądał obco. Spytałem go, czy to numer irlandzki. Po 3 minutach milczenia podał mi inny numer, swojski, taki z 1850 na początku. Podziękowałem i zadzwoniłem.

Po wysłuchaniu możliwych opcji automatycznego doradcy telefonicznego wybrałem trójkę, dwójkę i jedynkę. Niestety, okazało się to błędem, bo mnie od razu rozłączyło. Następne podejście: wybieram trójkę, dwójkę i szóstkę (bo trzy razy dwa to sześć, logiczne, prawda?)

Bingo! Zamiast rozłączenia mogłem słuchać muzyczki, a nagrany głos w tle mówił mi, że wiele spraw mogę załatwić online, więc jakbym chciał to mogę się teraz rozłączyć i iść na stronę. Ewentualnie od biedy mogę poczekać na kogoś żywego, kto mi doradzi w mojej niedoli.

Odezwał się, po mniej więcej pięciu minutach, jakiś pan z dalekowschodnim akcentem i niewymawialnym imieniem. Wyjaśniłem mu czego szukam i do jakiego modelu laptopa, ale on zbył moje wyjaśnienia i zaczął od pytania o numer serwisowy. Ponieważ jeszcze nie zdążyłem zakuć na pamięć owego numeru serwisowego, zmuszony był zapytać mnie o moje imię, nazwisko, numer buta, ulubionego piosenkarza, adres szwagra babki, imię ulubionego kolegi z piaskownicy oraz mój stosunek do służby wojskowej, wyznanie i poglądy polityczne, po czym stwierdził triumfalnie, że znalazł mnie w systemie. I żebym mu podał model laptopa, to on się upewni, że ja to ja.

Podałem mu numer laptopa (ten sam co na początku rozmowy). Ucieszył się, że się zgadza i zapytał w czym może mi pomóc.

Wyjaśniłem mu, że chodzi o twardy dysk, ssd, duży.

On mi na to, że w takim razie on bardzo przeprasza, ale on się nie zna na twardych dyskach, i że lepiej będzie, jak mi poda numer telefonu do działu technicznego w UK, gdzie mi pomogą.

Odpowiedziałem mu na to, że po pierwsze primo ja nie UK tylko Irlandia, a po drugie primo już mi podano numer, pod który właśnie dzwonię, i że pod żaden inny numer nie zamierzam dzwonić, bo ileż można.

Wyczuł chyba pierwsze oznaki rozdrażnienia i przejął inicjatywę:

– To ja pana w takim razie przełączę do tego działu technicznego i przekażę im ten pana numer serwisowy, żeby oni od razu wiedzieli o co chodzi
– Dobrze, dziękuję.
– Dziękuję, proszę się nie rozłączać, przełączam pana.

Po kolejnych dwóch minutach muzyczki odezwał się gość, tym razem z zupełnie dla mnie niestrawnym brytyjskim akcentem (i to nie takim „czystym” londyńskim, tylko jakimś takim zza siedmiogórogrodu)

– Żędobły, czóż mohę dla pana uszszyniś?
– Dzień dobry. Chciałbym się dowiedzieć o cenę dysku twardego do laptopa.
– Płoszę podhać numeł szełviszowy
– Yyyy… nie znam numeru serwisowego, ale kolega miał panu przekazać.
– Żaden choleha niszszeho mi nie pszehazyvałł. Płoszę podać numeł szełviszowy.
– Nie mam numeru serwisowego.
– No to obaviamm szę, że nieviele mohę dla panha żłobhicz.
– Ale ja mam proste pytanie: szukam standardowego dysku 2.5 cala do laptopa, model taki a taki…
– Jachi model, jeszsze łaz?
– Taki a taki.
– Aha. No to możhe czosz dla pana załaż żnajdhę. Płoszę poszczehaśś.
Stłumiłem już narastające w gardle „hau” i poszczekałem chwilę po cichutku. Wreszcie pan się odeżwa… tfu, odezwał:
– Mam szosz akurat dla pana. Dysk SSD 512 hihabajczóff, ża jedhyne oszmszet pfuntów
– Ale ja dzwonię z Irlandii, nie myślę w funtach. Może mi pan podać cenę w Jerzych?
– Oszszyviszcze. Płoszę poszczehaśś…
Poszczekałem w duchu, czując się już trochę jak ten gość z „Nic śmiesznego”, stoję na deszczu, wilki jakieś… no ale nic, szczekam cierpliwie.
– Żnalażłem. Tho bęzzzie ohhoło zzievińcet żzievińdzisiont Jerzych z hroszszami.
– Yyyy… ile, jeszcze raz?
– Zzievińcet zzievińdzisiont, szszeciech móvię wyłaźźnieh.
– OK, dziękuję bardzo. Do widzenia.
– Nie zzamavia pahn?
– Nie, mówiłem przecież, ze chce się tylko dowiedzieć o cenę. Do widzenia.
– Dhosztava wyniesze zaledwie dwzzzieścia pińć Jerzych z hroszszami, jistna ochazzja.
– Miłego dnia. Do usłyszenia
– Nie zama…

Rozłączyłem się, bo panu najwyraźniej nie mieściło się w głovie… tzn. w głowie, że ktoś może nie chcieć skorzystać z tak niebywałej okazji. Dysk pół terabajta za jedyne tysiąc Jerzych! W zasadzie jak za darmo…

Dwa razy większy dysk można kupić w porządnym sklepie, z gwarancją i tak dalej, za jedyne trzysta Jerzych. Czyli tak na oko, przebitka „mojego” producenta jest ponad ośmiokrotna.

Skoro mają takie ceny, to najwyraźniej znajdują klientów za takie pieniądze. Całkiem fajny biznes…

Jakoś wytrzymam z mniejszym dyskiem, póki co 🙂

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Jakość, psiakość"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

A to nie lepiej samemu kupić dysk online i zmienić?

wpDiscuz