Windows 10

Dziś bardzo nietypowa recenzja – nie będzie ani o książkach, ani o grach, ani o filmach. Będzie za to o najnowszym systemie operacyjnym ze stajni Microsoftu, firmy o długiej i burzliwej historii, która pomimo rozmaitych kłopotów nadal całkiem nieźle przędzie.

Wśród kolejnych (desktopowych) wersji flagowego systemu operacyjnego tej firmy od lat daje się zauważyć pewną prawidłowość: są one naprzemiennie lepsze i gorsze. Windows 1 był rewolucją (interfejs graficzny!), 2 – porażką, za to 3 (a zwłaszcza 3.1) już całkiem całkiem (jak na swoje czasy). Windows 95 był niczym innym, jak kolejną dziurawą nakładką na DOS-a, za to 98 (i 98 SE) już radził sobie samodzielnie – i to bardzo dobrze. Potem był ME, totalnie nieporozumienie, a po nim – XP, system, który na wielu komputerach działa do dziś. Po XP była Vista, która niemalże pogrążyła Microsoft w niebycie, na szczęście honor uratował Windows 7, obecnie najczęściej używany system MS. Po Siódemce przyszła Ósemka, która – próbując zuniwersalizować interfejs użytkownika na wszystkie możliwe urządzenia, okazała się jakimś potworniakiem (amputowali menu Start!, bandyci…). Wersja 8.1. niewiele wniosła, ale oto na horyzoncie pojawił się rycerz na białym koniu, czyli właśnie tytułowa Dziesiątka.

System bez skazy i zmazy. Szybki, ale nie wymagający jakichś kosmicznych parametrów technicznych. Prosty, ale nie prostacki. Uniwersalny, z pulpitem i z menu Start, porządną wielozadaniowością. Lekki, ale w pełni funkcjonalny. Innymi słowy – miód, malina. A co najciekawsze, ma to być ostatni Windows. Czyli będzie się on samoczynnie ulepszał i aktualizował, bez konieczności wymiany (czytaj: ponownej instalacji) całego systemu.

No i – dla wielu najważniejsze – Windows 10 jest za darmo dla wszystkich użytkowników Siódemki oraz Ósemki. Po raz pierwszy nie trzeba płacić za legalną kopię Okienek. Voila!

Wspomniałem na samym początku, że dzisiejsza recenzja będzie raczej nietypowa.

No cóż…

Oto moje spostrzeżenia odnośnie Windowsa 10, w niecałe 24 godziny od czasu, kiedy pojawił się on dostępny na serwerach producenta.

Na stronie Microsoft Update Windows 10 pojawił się jako kolejna poprawka systemu. Miałem zainstalowaną Siódemkę (wersja Ultimate), a więc wystarczyło tylko wyrazić zgodę i instalacja dalej poszła automatycznie.

Pokazało się nowocześnie wyglądające okienko z napisem „Work in progress…”… i wisiało tak przez kolejnych trzynaście godzin.

Stwierdziłem, że trzynaście godzin to raczej wystarczająco na pobranie 2.5 GB danych (mniej więcej tyle waży nowy Windows), wlazłem więc jeszcze raz w ustawienia Microsoft Update i ujrzałem tam informację, że system się pobrał, i że jak kliknę „instaluj” to on się zainstaluje.

Kliknąłem „Instaluj”, lekko zaniepokojony tamtymi trzynastoma godzinami, ale zwaliłem to na efekt pierwszego dnia. Pomyślałem sobie, pewnie wszyscy się masowo rzucili do aktualizacji, nie ma się co dziwić, że to tak wolno idzie.

Po kliknięciu „Instaluj” system trochę pomieszał dyskiem (chciałem napisać „pokręcił”, ale dyskiem SSD kręci się raczej trudno), trochę postraszył różnymi paskami postępu, wreszcie się zrestartował.

Przez kolejnych kilkanaście sekund oglądałem znajomy, niebieski ekran aktualizacji (tym razem zamiast „Instalowanie aktualizacji” było napisane „Instalowanie Windows 10” czy cóś w ten deseń). Wreszcie nastąpił ostatni restart…

… fanfary…

… tusz…

… chyba do rzęs, motyla noga…

… i dupa.

System nie wstał.

Próba skorzystania z opcji naprawiania systemu też nie pomogła. „Windows nie potrafi naprawić tego błędu. Czy chcesz wysłać informacje diagnostyczne do firmy Microsoft? Blablabla…”

Po kilku próbach reanimacji Siódemko-Dziesiątki (nie mam pojęcia, który z systemów był w tym momencie zainstalowany) odpuściłem sobie.

Wziąłem flaszkę.

Nie, nie zacząłem pić alkoholu z rozpaczy. Flaszkę, czyli pędraka. Takiego na USB. Pendrive, w sensie.

Wetknąłem flaszkę w służbowego laptopa. Ściągnąłem Minta, ściągnąłem UNetBootIn… to znaczy, chciałem ściągnąć. Firmowy laptop niestety ma firewalla na SourceForge, żeby ludki nie ściągali głupot typu UNetBootIn.

Na szczęście dało się ściągnąć VMWare Player-a. Zainstalowałem Minta na maszynie wirtualnej. Jak słusznie zgadłem, firewall okazał się przyjaźnie nastawiony do repozytoriów Ubuntu, ściągnąłem więc UNetBootIn w wersji linuksowej, na maszynę wirtualną. Jeszcze tylko włączyć opcję współdzielenia flaszki z VM, uruchomić UNetBootIn, zgrać obraz instalki Minta na maszynę wirtualną (skorzystałem z vsftpd, mój ulubiony serwer ftp), odczekać około piętnastu minut, aż przeniesie obraz instalki Minta na flaszkę (flaszka na szczęście okazała się ośmiogigabajtowa), wetknąć flaszkę w feralnego laptopa, odpalić go…

… poguglać, jak włączyć menu wyboru dysku startowego…

… wyłączyć laptopa, włączyć go jeszcze raz z wciśniętym klawiszem Esc…

… obserwować przez minutę czarny ekran…

… z głupia frant nacisnąć kombinację klawiszy do zmiany wyświetlacza wyjściowego…

… na widok tekstowego menu rozruchowego Minta ucieszyć się jak dziecko…

… wybrać opcję „Uruchom Linux Mint”, odczekać chwil parę, zamontować udział z NAS-a w lokalnym folderze za pomocą SMB (na szczęście jeszcze pamiętałem, jak się to robi)…

… a potem już tylko ctrl-C, ctrl-V…

… i trzydzieści gigabajtów folderu domowego z padniętego laptopa Siódemkowo-Dziesiątkowego leci właśnie WLAN-em na NAS-a.

Niech żyje Linux Mint!

Jeszcze nie zdecydowałem, co zrobić dalej, jak się już wszystko zgra z tego laptopa. Może postawię na nim Minta na stałe? Hmmm… Kusząca perspektywa, ale jest to laptop podpięty na sztywno do telewizora w salonie i używany przez wszystkich członków rodziny. Mogą mnie wyrzucić na balkon za próbę przemycenia Linuksa na pokład…

… mogę przeinstalować Siódemkę od zera, tylko że nie mam chwilowo pod ręką napędu CD/DVD (a instalka Windowsa jest na płycie).

… hmmm…

… na balkonie jest zasięg WLAN-u jakby co…

… no nie wiem, zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie nie wybiegam w przyszłość aż tak daleko 😉

Tymczasem kończę tę nudną pisaninę, bo pora robi się już nieprzyzwoita. Trzeba się trochę zdrzemnąć.

Na zakończenie kilka nowości ze stajni Apple. Mianowicie lista sześciu najbardziej wyczekiwanych opcji, które pojawią się w najnowszym iPhonie (siódemce bodajże).

Są to:

1. Kuloodporny ekran. Na prośby klientów (głównie amerykańskich), którzy narzekali, że ich telefony ulegały podczas rodzinnych strzelanin uszkodzeniom niemożliwym do naprawienia, słynny projektant Jonathan Ives opracował ekskluzywną wersję kuloodpornego ekranu.

2. Soczewki z teleskopu Hubble’a do oglądania galaktyk. Oprócz możliwości strzelania sobie fantastycznych selfików, w nowej wersji iPhone będzie również można w prosty sposób pstrykać słitfocie najodleglejszych galaktyk.

3. Osobiste pole siłowe: zapowiedziana (i opatentowana) dobrych kilka lat temu darmowa aplikacja (do pobrania ze sklepu Apple). Umożliwia ona właścicielowi Siódemki włączenie elektromagnetycznego pola siłowego. Idealna sprawa na deszczowe dni. Widzisz nadchodzących chuliganów? Po prostu włącz Siri i powiedz „Force Field” (niestety, nie ma jeszcze obsługi polskiego) – i gotowe. Ale uwaga: pole siłowe zużywa baterię dość szybko, więc staraj się go nie włączać zbyt często, jeżeli jesteś z dala od ładowarki.

4. Pilot do świateł ulicznych – kolejna genialna aplikacja dla prawdziwych nerdów, tym razem z możliwością sterowania światłami ulicznymi. Jedno naciśnięcie przycisku i światła na naszej drodze zmieniają się na zielone. Co prawda w fazie beta-testów śmierć poniosło czternastu użytkowników aplikacji, ale firma zatuszowała całe to nieporozumienie, więc jest spoko. Genialna sprawa!

5. Taser: tak, właśnie tak. Kolejne designerskie posunięcie Apple, na które czekało wielu podekscytowanych fanów marki. Taser to jedna z tych rzeczy, które stawiają najnowszą słuchawkę z logo jabłka w ścisłej czołówce. Przecież bezpieczeństwo jest najważniejsze, prawda? Z wyposażoną w taser Siódemką w kieszeni możemy poczuć się naprawdę komfortowo.

6. Tryb słonia: prywatnie, to moja ulubiona opcja. Zdawać by się mogło, że Apple skończyły się pomysły na kolejne innowacje, a tymczasem mamy Tryb Słonia. Jedna prosta komenda i słuchawka zamienia się z nudnego urządzenia do scrollowania Facebooka w najprawdziwszego indyjskiego słonia – łagodnego i mądrego towarzysza zabaw.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy biorą tego typu nowinki na serio, dlatego na wszelki wypadek podaję link do wiarygodnego źródła (są zdjęcia!) http://waterfordwhispersnews.com/2015/07/29/6-insane-new-features-the-iphone-7-will-have/

Tymczasem – dobranoc…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Windows 10"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Pshemko
Gość

8.1 już śmiagał pięknie. Używałem przez rok i nie miałem żadnych problemów. Dycha też mi się bezproblemowo zainstalowała i śmiga aż miło. Złego słowa nie powiem 🙂

Przemas
Gość

Mam Minta na 4 komputerach i dobrze mi z tym 😀
A LXLE na stanowiskach w pracy i też mi dobrze 😀

zibi
Gość

a może openSuse zamiast minta?

wpDiscuz