Dobry tytuł wpisu to podstawa

… ale niestety nie tego wpisu 😉

Dziś będzie o tym, jak próbowałem sobie wreszcie uporządkować sytuację z systemem operacyjnym na swoim laptopie.

Co tu do porządkowania, ktoś mógłby zapytać?

Już tłumaczę. Laptop jest wyposażony – fabrycznie…

Nie, wróć. To sytuacja sprzed paru godzin. Na chwilę obecną nie jest w nic wyposażony. Ale był, jak bonie dydy.

… fabrycznie w Windows 8.1 Home. Mogę sobie toto zaktualizować do wersji Windows 10 – również Home. Logiczne.

Ale na półce stoi i się kurzy Windows 7 Ultimate, zakupiony wieki temu do peceta, którego już się dawno pozbyłem. No i wymyśliłem sobie, że skoro mam jedną licencję na Ultimate, to trzeba to wykorzystać, póki Małomiękki daje darmowe aktualizacje do Windows 10. Bo potem przestanie dawać i będzie trzeba kupić. Albo pozostać na Siódemce, co w sumie nie jest jakąś specjalnie straszną perspektywą.

No więc tak: wrzuciłem do napędu DVD instalatora tej Siódemki Ultimate i próbuję zainstalować. Niestety, okazuje się, nie obsługuje ona kontrolera twardego dysku (laptop jest względnie nowy, a Siódemka – leciwa), więc dupa.

No ale przecież nie poddam się tak od razu, prawda?

Przecież kiedyś, dawno temu, udało mi się postawić Windows XP na komputerze z kontrolerem SATA, chociaż teoretycznie się nie powinno dać, bo instalator Win XP nie obsługiwał tej technologii. Ale wtedy był programik o nazwie nLite, który umożliwiał tworzenie zmodyfikowanych wersji instalatora, i końcem końców się udało. Więc teraz też się jakoś musi dać, c’nie?

Zrestartowałem laptopa i zrobiłem sobie kopię tej instalki Ultimate na dysku, w postaci pliku ISO. Następnie, za pomocą 7-Zip wypakowałem toto do lokalnego folderu. Ściągnąłem ze strony producenta sterowniki – nie tylko do kontrolera dysku twardego, ale na wszelki wypadek wszystkie, jakie były dostępne dla Windows 7. Skopiowałem je do tego folderu z instalką Ultimate. Następnie za pomocą aplikacji mkisofs (jest wersja pod Windows!) przerobiłem ten lokalny folder z powrotem w plik ISO. Zamontowałem go na wszelki wypadek w wirtualnym napędzie – wszystko się zgadza, zawartość identyczna z oryginałem plus jeden dodatkowy folder ze sterownikami.

Wypaliłem z tego nowego ISO płytkę, wrzuciłem do napędu, restart…

Boot error.

Hm.

Klepnąłem się płaską dłonią w ten swój tępy łeb – przecież płyta powinna być bootowalna, prawda?

Dorwałem aplikację isoinfo (też jest wersja pod Windows, chociaż to program linuksowy jest) i dowiedziałem się z niej, że dane do bootowania (czyli ElTorito) w obrazie oryginalnej płyty zaczynają się od bajtu numer 735 i zajmują 8 sektorów. Dopadłem windowsową wersję utilki DD, za pomocą której wyciągnąłem z oryginalnego obrazu dane począwszy od bajtu 735, 8 sektorów po 2048 bajtów każdy. Zapisałem to do osobnego pliku i uruchomiłem raz jeszcze mkisofs, tym razem z opcją -b.

Druga, teoretycznie już poprawna wersja instalatora, została utworzona. Żeby nie marnować więcej płyt ściągnąłem i zainstalowałem najpierw VirtualBox-a, który pięknie mi wystartował z tego nowego obrazu. Wypaliłem go więc na płytkę DVD (poprzednią wywaliłem, żeby mi się nie pomyliły), wrzuciłem tę płytkę do napędu DVD.

Restart.

Ha, instalator Win 7 Ultimate tym razem wedle oczekiwań wystartował z płyty, poprosił o sterowniki do kontrolera HDD, dostał je (z tej samej płyty), łyknął jak gęś kluskę i powiedział, że jest gotowy do instalacji, ale niestety bieżący układ partycji jest mu niemiły i na tych partycjach to on nie bardzo.

Ponieważ mam kopię zapasową, bez wahania wyrezałem wszystkie partycje i wtedy instalator ruszył.

Po około 10 minutach wyskoczył błąd odczytu płyty.

Spróbowałem jeszcze ze dwa razy, ale dupa blada. Błąd odczytu i tyle. Przecierałem tę płytę flanelową szmatką, ale nie pomogło.

Teraz mam więc laptopa bez żadnego systemu operacyjnego, a w dodatku fabryczne oprogramowanie Della (siedzące sobie na zapasowym, zewnętrznym dysku USB) nie potrafi sobie poradzić z sytuacją, w której wszystkie partycje zostały usunięte. Więc nawet nie mogę sobie odtworzyć kopii zapasowej, bo nie i już.

Ciąg dalszy nastąpi…

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a'capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

8 komentarzy do "Dobry tytuł wpisu to podstawa"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Przemek
Gość

A nie prościej wczytać te sterowniki pendriva podczas instalacji?

Mogę też Ci pożyczyć płytę z Ultimate ze sterownikami, która działa 🙂

Jacek
Gość

Tobie to się czasem nudzi, nie? 😉

kwas007
Gość

a nie łatwiej przez vlite niz 3-4 programi się bawic.

Celt
Gość

Zawsze zazdrościłem ludziom umiejętności matematyczno-fizycznych i chemiczno-informatycznych. Mój kuzyn informatyk potrafi takie cuda ze sprzętem wyczyniać, że to się fizjologom nie śniło!

Jak tu widzę, Ty też całkiem nieźle to ogarniasz… Ja niby to czy owo na kompie zrobić potrafię, ale takich zaawansowanych umiejętności nie posiadam 😀

Pozdrawiam, życząc Twemu laptopu szybkiego powrotu do trzeźwości 😉

wpDiscuz