Słucham?

Powinienem uczyć się od pszczół.

Ponieważ jednak nie posiadam odpowiednio rozwiniętego żądła, a także ponieważ mam za mało nóg oraz (pewnie dla przeciwwagi) za dużo rąk, żadna pszczoła nie chce przyjąć mnie do terminu, no i uczę się samodzielnie.

Wygląda na to, że podstawowy błąd, jaki robię jest taki, że robię to wewnątrz, a powinienem – na zewnątrz.

Ale o ssso właśśśsiwie chozzzzi?

Chodzi oczywiście o podstawowy budulec plastra miodu zwany potocznie woskiem, który pszczoły produkują, żeby łatwiej im było składować miód. A ja go produkuję uszami, właściwie nie wiem po co, ale jak już mi się go w, dajmy na to, lewym uchu zrobi zbyt wiele, próbuję go wydobywać. I tu robię błąd: nigdy, przenigdy nie należy prowadzić takiego górnictwa metodami mechanicznymi. Żadne tam palce, patyczki, waciki, nic z tych rzeczy. Trzeba taki specjalny, fikuśny olejek, który ww. substancję rozmiękczy i sprawi, że sama wylezie.

Ponieważ jednak autor niniejszej pisaniny znajduje się pod względem intelektu gdzieś pomiędzy turkuciem podjadkiem a wiadrem kamieni, postanowił podjąć się tego heroicznego zadania metodą dłubaną, dzięki czemu wcisnął sobie całkiem pokaźne ilości woszczyny do samego bębenka. Efekt? Szczelnie zatkany kanał uszny, a więc lewe ucho na głucho, no i ból taki, że hej.

Korzystając z faktu, że w uchu prawym nie uruchomiłem jeszcze żadnej kopalni, złapałem szybciutko za telefon i dalejże obdzwaniać roztomaite instytucje zajmujące się przerabianiem chorób na pieniądze. Wszystko było jednak pozamykane na głucho (nomen omen), bo weekend, a powszechnie wiadomo, że ludzie w weekendy nie chorują.

W akcie ostatecznej desperacji odezwałem się do mojego starego, dublińskiego lekarza pierwszego kontaktu, z którym nie widziałem się już ho ho albo i dłużej, żeby mi doradził gdzie się mam udać. Doradził mi, żebym się udał do niego pod wieczór, pomoże mi.

No i mi, kurna, pomógł, taka jego siorbana mać.

Najpierw zajrzał taką fikuśną tubką w obydwoje uszu, coś tam pomamrotał pod nosem, potem wziął taką wielką strzykawę, napełnił ją letnią wodą, przyłożył do lewego policzka (mojego!) niewielki, nerkokształtny pojemnik do łapania płynów, po czym wetknął mi tę strzykawę do ucha i wcisnął tłoczek… tfu, jaki tłoczek, TŁOK wciurności, wcisnął tłok tak, że mi gwiazdy wyszły nie powiem którędy, bo może to dzieci czytają.

Korek oczywiście ani drgnął, więc pan dochtór powtórzył całą operację, tym razem wkładając we wciskanie tłoka nieco więcej siły. Zamiast gwiazd wyszły mi teraz całe gromady galaktyk spiralnych, ale efekt końcowy był taki sam jak poprzednio, czyli nie było go wcale.

Po tej nieudanej bitwie pan doktor postanowił przerzucić siły na front wschodni. Przełożył więc łapacz wody na prawy policzek i powtórzył operację ze strzykawą w prawym uchu, bo podobno tam też niezła pasieka.

Efekt?

Woda, zamiast wypłukać, dopchała woszczynę do końca prawego kanału usznego, zatykając ucho prawie kompletnie. Pan doktor wysnuł przypuszczenie, że może to resztki wody mi zatykają słyszenie, ale potem zajrzał do środka i skorygował tę hipotezę na korzyść wosku, a moją niekorzyść.

No i teraz tak: lewe ucho zatkane na 100%, prawe na jakieś 80%. Doktorek wypisał receptę na jakiś magiczny olejek w kropelkach i powiedział, żebym sobie zakrapiał cztery razy dziennie, i że do środy mi się poprawi. Potem wystawił rachunek opiewający na kwotę bardziej kojarzącą się z budżetem średniej wielkości państwa i tyle go widziałem.

To była sobota wieczór.

Brak słuchu okazał się całkiem interesującym zjawiskiem. Trochę na początku dokuczał, ale potem przywykłem. A jeszcze potem zacząłem dostrzegać pewne zalety tej z pozoru kiepskiej sytuacji!

Mogłem wreszcie całkiem legalnie ignorować prośby Żony o wyniesienie śmieci, pozmywanie naczyń czy poprasowanie koszul, ponieważ pozostałe 20% słuchu pozwalało mi wyłącznie na odbieranie informacji o tym, że podano do stołu, że pora spać oraz że trzeba zrobić upgrade pamięci w domowym komputerze (nie trzeba, tak swoją drogą, ale z pewnością bym takiej informacji nie przeoczył… tj wróć, nie przeuszył).

Niestety, idylla nie trwała zbyt długo. Zamiast obiecanej przez lekarza środy, słuch wrócił mi już nazajutrz, czyli w niedzielę wieczorem.

Cholerne kropelki.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
ButterRzast Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rzast
Gość
Rzast

Bo jak człowiek ma chęć chorowania, to medycyna jest bezsilna (czy jakoś tak :] )

Butter
Gość
Butter

W sumie to lekarz wykonał swoje zadanie ;). Zmniejszył dysproporcje „ubytku” słuchu pomiędzy uszami. A że w inną stronę niż chciałeś? Pewnie specyfikacja nie była precyzyjna.

%d bloggers like this: