Dudniąca czterdziestka

Stało się. W najbliższym tygodniu zmienia mi się pierwsza cyferka w liczniku lat. Przechodzę na Ciemną Stronę Mocy. Wkraczam w Smugę Cienia. Będę kupował motorówkę, Porszaka, jeździł na koncerty Stones-ów, panicznie szukał Sensu i Absolutu. Pojadę do Chin albo będę obcował z indyjskimi joginami. Założę kapelę. Zacznę się odchudzać. Poszukam Wadżrajany w Gomukhasanie, a potem na odwrót. Zaprenumeruję Auto Świat i wykuję na blachę parametry techniczne stu najszybszych aut w historii. Wytatuuję sobie smoka na łopatce, a potem drugiego na grabkach. Przejdę na wegetarianizm. Przejdę na pastafarianizm. Skoczę ze spadochronem. Pojadę obejrzeć Niagarę. Spędzę noc sam w lesie.

Ale to dopiero za parę dni. Tymczasem wczoraj zrobiłem rzecz o wiele bardziej wartościową i w ramach długiego łykędu zaprosiłem najbliższych znajomych w celu opicia końcówki lat trzydziestych mojego żywota.

Opijanie było bardzo symboliczne, ponieważ większość z obecnych albo nie pije w ogóle, albo bardzo sporadycznie. Wśród prezentów znalazły się wprawdzie trzy flaszki zacnych trunków, jedna nawet została otwarta i opróżniona do połowy, jednak biorąc pod uwagę, że brało w tym udział mniej więcej ośmioro ludzi, nie jest to jakiś wyczyn godny zarejestrowania.

Ponieważ imprezka była urodzinowa, nie mogło zabraknąć tortu. Po tort, zamówiony dwa dni wcześniej, trzeba było jechać ponad godzinkę. Było warto. Tort wyglądał tak:

IMG_0378

Podpowiedź dla niezrzeszonych: 101000 to zapis binarny i trzeba sobie przeliczyć na dziesiętny.

Klawiatura była wykonana nader precyzyjnie i większość imprezowiczów zamiast zaintonować „Sto lat”, zaczęła podziwiać kunszt wykonania tortu, dokładność, z jaką narysowane były symbole na klawiszach, a co bardziej zajadli zaczęli już sięgać po przenośne dyski USB w celu zgrania z tego tortu najważniejszych danych. W takiej sytuacji sam zaintonowałem „Sto lat”, które towarzystwo dziarsko podchwyciło i odśpiewało.

Hitem dnia nie był jednak tort. Tort to było tylko preludium. Hitem dnia okazał się…

Zacznijmy jednak od początku.

Moja sympatyczna Żona już od jakiegoś czasu nosiła się z zamiarem zrobienia mi jakiegoś naprawdę wystrzałowego prezentu na czterdziestkę. No bo w końcu czterdziestkę ma się raz i tak dalej. Doszła do bardzo słusznego wniosku, że skoro nie stać nas na Porszaka ani na jacht, ani nawet na kuter, żebym sobie mógł wypływać na ocean i łowić ryby, w takiem razie trzeba zainwestować w gitarę. Najlepiej basową, bo marudziłem jakiś czas temu, że mi się podobają gitary basowe, i że może kiedyś…

No ale skoro sama nie gra, nie bardzo wiedziała jaką gitarę wybrać i w związku z tym po prostu dyskretnie odłożyła na ten cel pieniążki, po czym wczoraj rano, jak już wracaliśmy z tortem do domu, obwieściła mi, że mam jechać do jakiegoś fajnego sklepu muzycznego i sobie kupić bas. Tu, teraz, zaraz.

Mi tam dwa razy takich rzeczy powtarzać nie trzeba i już po czterdziestu minutach parkowaliśmy w centrum Dublina, zahaczając przy okazji o jakąś pikietę blokującą drogę (na szczęście pas przeciwległy do tego, którym jechaliśmy) i domagającą się wyrzucenia z Irlandii imigrantów, likwidacji podatku od nieruchomości, a także przywrócenia powszechnej szczęśliwości wszystkim obywatelom, ze skutkiem natychmiastowym. Jak to przy takich okazjach bywa, nazlatywało się dziennikarzy, fotografów i innych etceterów, nam jednak udało się przemknąć obok w miarę dyskretnie. No i dobrze. Nie dość, że obcokrajowcy, to jeszcze zapłaciliśmy podatek od nieruchomości, a do tego wszystkiego chodzimy uśmiechnięci. Gdyby nas zdemaskowano, zostalibyśmy przez tłum zlinczowani i przerobieni na transparenty zanim zdążylibyśmy odśpiewać Marsyliankę.

Dzięki umieszczonemu pod szybą telefonowi udało mi się nawet pstryknąć tłumowi niewyraźną fotkę:

IMG_0369

Tymczasem jednak ocaleni od tego okrutnego losu udaliśmy się do wielkiego sklepu, gdzie gitary rosły na podłogach, ścianach i suficie. Różne rozmiary, gatunki, podgatunki, kolory, kształty i ceny.

Po wypróbowaniu około pięciu różnych basów zdecydowałem się wreszcie na jeden z nich. Okazało się, że było całkiem niedrogi, i że w związku z tym stać mnie jeszcze na dokupienie piecyka. Po chwili namysłu doszedłem jednak do wniosku, że z piecykiem się wstrzymam. Mam przecież w domu głośniki podpięte do telewizora, takie z subwooferem i Wogle – a więc na razie poradzę sobie z tym co mam, a potem, gdy już się okaże, że gram jak wirtuoz i że bas to jest To, ewentualnie dokupię porządny piecyk.

Gitara wygląda o, tak:

IMG_0383

W domu byliśmy tuż przed pierwszymi gośćmi. Zaczęły się prezenty, życzenia, ploteczki, kawka, herbatka, dzieciaki poleciały do dziecinnego, przyszli kolejni znajomi, i kolejni… I tutaj docieramy do clue sprawy. Otóż kolejni znajomi przynieśli w ramach prezentu całkiem sporą paczuszkę.

A w paczuszce…

…jakkolwiek niewiarygodnie by to nie brzmiało…

…wzmacniacz do gitary.

Co prawda niewielki, 15 watów, ale jednak – wzmacniacz. Do domowych warunków wprost idealny. Z wyjściem słuchawkowym, coby nie męczyć sąsiadów o trzeciej nad ranem („będziemy z kolegami borować dziury!”). Maleńki, można go schować za fotelem i nie będzie zagracał. Najbardziej jednak zdumiewające, że wręczony właśnie wczoraj, dosłownie godzinę po tym, jak dostałem gitarę basową.

Jest tyle różnych rzeczy, które można dać czterdziestolatkowi na urodziny. Wzmacniacz do gitary nie jest nawet w pierwszej setce prezentów, które przyszłyby mi do głowy, gdybym to ja był dawcą. Podejrzewałbym spisek mojej lepszej Połówki z tym kolegą, ale skądinąd wiem, że nie spiskowali 🙂

W efekcie imprezka urodzinowa wyglądała tak, że ludkowie mili siedzieli w grupach mieszanych i prowadzili zajadłe dysputy na tematy wszelakie, a ja z wniebowziętą miną stałem sobie na środku pokoju, z gitarą basową na ramieniu, i improwizowałem w najlepsze.

Lepszych urodzin nie mógłbym sobie chyba wyobrazić 🙂

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

12 komentarzy do "Dudniąca czterdziestka"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jacek
Gość

To ja zaintonuję jeśli znajomi nie zaintonowali. Uwaga, intonuję: 100 lat, 100 lat, niech żyje, żyje nam! (dalej nie znam)

Romek
Gość

No to w samo południe: NAJLEPSZEGO! 😀 By Ci dzieci rosły zdrowo, żona była zdrowa ale już nie rosła, w pracy nie przeszkadzali odpoczywać, był czas na coś poza pracą, blog się rozwijał, ciekawe książki pojawiały na półce, sąsiedzi nie hałasowali, sklepikarze mieli wydać ze stówki a pionki z gier się nie gubiły!

Mi jeszcze (niecały) rok został do przeskoczenia licznika. Ech. A tak niedawno człowiek miał 20 z małym hakiem i całe życie przed sobą.

Andrzej
Gość

Hehe u mnie skończyło się na kupieniu pedalskiego Macbooka, hipsterskiego kapelusza i jeszcze bardziej hipsetskiego aparatu retro. Prawa jazdy nie mam, odpada więc Porsche, Jaguar czy Harley. Myślałem o kochance, ale na to jestem zbyt leniwy. Nie chce mi się. Za to faktycznie zaczynają się kroić podróże małe i duże. Do myzkowania kupię „młodej” jakiegoś Korga albo Rolanda. Może żona się nie zorientuje, kto na nim więcej będzie plumkać 😉

wpDiscuz