Zakończenie sezonu urodzinowego 2018

Jakoś tak się złożyło, że urodziny naszych dzieci, jak też większości dzieci naszych krewnych-i-znajomych, przypadają w okolicach wrzesień – listopad. Z jednej strony to fajnie, bo jak się „odbębni” ten „urodzinowy kwartał”, to potem jest spokój aż do następnego września. Z drugiej zaś – przez te trzy miesiące praktycznie każdy weekend jest zajęty jakąś imprezką urodzinową.

W tym roku udało nam się przesunąć urodziny naszych dzieciaków na początek listopada, dzięki czemu końcówkę października mieliśmy pod tym względem w miarę spokojną. Ponadto skonsolidowaliśmy dwie imprezy do jednej (w rzeczywistości urodziny Młodego i Młodej przypadają w odstępie niecałych dwóch tygodni), co pozwoliło nam na skompresowanie tego wszystkiego do jednego popołudnia.

Ach, co to było za popołudnie!

Najpierw, trzy dni wcześniej, zaczęliśmy przygotowywanie Żarcia. To znaczy tak: piszę „zaczęliśmy”, ale faktycznie to kobity rozpętały w kuchni absolutnie niewyjaśniony dla mnie chaos, z którego, spośród kłębów mąki oraz obłoków tysiąca różnych zapachów zaczęły nagle wyłaniać się rozmaite smakowitości: jakieś ciasta, krokieciki, bigosy, sałatki, pieczywo, pieczenie i co tam jeszcze. Magia, panie. Oczywiście pomagałem jak mogłem, ale przy moich zdolnościach kucharskich ograniczyłem się do zajęć prostych i jasno objaśnialnych, czyli głównie obierania różnych rzeczy ze skórki oraz krojenia różnych innych rzeczy na kawałki. Raz czy dwa zdarzyło się, że postawiono mnie przy jakimś kociołku i kazano mieszać. Czułem się trochę jak Panoramiks.

Zapraszać gości zaczęliśmy jakiś miesiąc wcześniej. Z doświadczenia wiemy, że jak się zaprosi 10 osób to przyjdą 3 i trzeba się z tego cieszyć, ale tym razem wszyscy zaproszeni (z jednym czy dwoma naprawdę niewielkimi wyjątkami) odpowiedzieli, że jak najbardziej, przyjadą!

Szybko zaczęliśmy liczyć pogłowie potencjalnych gości i wyszło nam, że bez zdejmowania butów sąsiadowi raczej nam się nie uda. Z sąsiadem wprawdzie się lubimy, ale nie aż tak, więc zamiast tego wykonałem szybciutko tabelkę w Excelu i po paru chwilach wyszlo nam, że przybędzie jakieś 40 osób.

Jak się jednak okazało część się w ostatniej chwili wykruszyła („auto mi się zepsuło”, „coś mi wypadło”) i summa summarum mieliśmy pod dachem 29 osób, jednego psa i jednego kota.

Ponieważ żarcia było zrobione na 40 żołądków z hakiem (a nuż ktoś przyprowadzi dodatkowe pogłowie nierogacizny?), nie udało nam się wcisnąć wszystkich tych kulinarnych cudeniek w gości, chociaż bardzo się staraliśmy. Próbowaliśmy nawet szantażu („Jeżeli nie zjesz tych owczych oczu w polewie z wielbłądziego łoju, to zabiorę ci dzieci”, ale efekt był zgoła przeciwny do zamierzonego – inni goście natychmiast rzucili się do nas krzycząc „weź moje! weź moje!”)

Ale ja dziś nie o żarciu miałem.

Dziś rzecz będzie o samoorganizującym się tłumie. Otóż zaproszonych było 8 osobnych rodzin, większość z nich nie znała się wzajemnie bądż też znali się co najwyżej z jednorazowego spotkania, np. na jakichś urodzinach sprzed trzech lat. Wszystko to nasi dobrzy („dobzi”?!?)  znajomi, przyjaciele i/lub rodzina, tak zwany Pierwszy Krąg (a więc ludzie, z którymi można w ciemno i do bitki, i do wypitki), ale jednak każdy wchodząc do naszego domostwa widział głównie obce twarze.

I co?

Po pierwsze zarzuciliśmy tradycyjny polski model, w którym wszyscy na raz siadają do wspólnego stołu i jedzą tudzież piją. Zamiast tego postawiliśmy na stół żarcie wraz ze sztućcami, talerzami, kubkami, serwetkami i dzbankami z piciem; ustawiliśmy wokół stołu osiem krzeseł (tyle się komfortowo mieści, no i tylko tyle udało się w domu znaleźć) i ogłosiliśmy, że tu jest stół i proszę się częstować kto kiedy chce. Nikt nie będzie dął w żaden róg, wolna amerykanka.

Po drugie zaś wysłaliśmy dzieciaki na pięterko, dzięki czemu imprezka podzieliła się na dwie raczej nierówne połowy: dzieci mogły sobie buszować na górze (rozkład wiekowy był całkiem spory: od jednoroczniaka, który w końcu został na dole z rodzicami, do czternastolatek), a starzy w tym czasie imprezowali na parterze.

„Imprezowanie” polegalo na tym, że każdy wziął sobie na talerzyk na co miał ochotę, po czym znajdował sobie kompana do pogawędki i zaczynała się Magia. Całkiem obcy ludzie zaczynali sobie ot tak po prostu rozmiawiać na najprzeróżniejsze tematy. Towarzystwo podzieliło się na dwu-trzyosobowe stojące grupki, krzesła przy stole były przez większość czasu wolne, w tle plumkała muzyka (żeby nie przeszkadzała, kazałem Spotifajowi grać jazz fortepianowy, z którego to zadania wywiązał się całkiem nieźle), grupki od czasu do czasu tasowały się i zaczynały się nowe dyskusje. Dwóch gości nagle odnalazło wspólnych znajomych, okazało się bowiem, że miliony lat temu mieszkali w Polsce na tym samym osiedlu. Ktoś skojarzył kogoś po twarzy, bo dawno temu mieli karnety w tej samej siłowni. Ktoś się akurat urządzał w nowym mieszkaniu, a ktoś inny był fachowcem od robótek domowych i spędzili dobre pół godziny na omawianiu rodzajów gwoździ i łączeń desek. Ktoś się akurat rozwodził, a ktoś inny był już po i tamtemu doradzał. Ktoś miał leniwego sąsiada, który miał karmić kota, a zamiast tego przerzucał tylko karmę przez płot. Ktoś był świeżo po operacji. Ktoś konsultował z kimś przepis na sernik. Ludzie się wymieniali słowami czasem kompletnie od czapy, czasem całkiem głębokimi i prywatnymi. I wszystko to się ciągle przemieszczało po kuchni i salonie, tworząc  dynamiczną, różnorodną, a zarazem przedziwnie dopasowaną mieszankę. I wszyscy wyglądali na bardzo zadowolonych (nie wiem, czy sprawiła to atmosfera, czy dyskretnie domieszane do jedzenia różowe pigułki, ale nie ma to kompletnie znaczenia).

Potem nadeszła pora na dmuchanie świeczek i śpiewanie „Sto lat”, przy czym zaczęliśmy jednak od „Happy Birthday”, ponieważ w towarzystwie były dwie angielskojęzyczne koleżanki Młodej, ale zaraz potem poleciało jednak „Sto lat”, bo wiadomo, urodziny bez stolat nie liczą się.

Imprezka zaczęła się około 15:00. Torty były o 17:00. W okolicach 18:00 niektórzy zaczęli odpadać, bo mieli jeszcze jakieś plany na wieczór, jednak ostatni gość opuścił nasze pielesze w okolicach 19:30.

Dostaliśmy potem całkiem sporo SMS-owych podziękowań za miło spędzony czas (znaczy się, różowe piguły były prima sorte) po czym, chciałoby się napisać, padliśmy jak muchy do łóżek (muchy nie padają do łóżek, ale tak się czasem mówi), najpierw jednak ogarnęliśmy nieco chatę oraz – tu zabłysnęła moja Żonka, która w te klocki jest całkiem niezła – wykorzystaliśmy każdy zakamarek lodówki na pozostałe po gościach żarcie. Cudów nie ma, przez najbliższe trzy dni będziemy jeść pozostałości po imprezce (nie licząc bigosu – ten pewnie przetrwa z tydzień).

Potem jednak w końcu padliśmy jak muchy do łóżek i zasnęliśmy.

Dobry dzień.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: