Jasne i ciemne strony Irlandii

In Samo życie by xpil0 Comments

Dziś jeden pozytywny aspekt życia na Zielonej Wyspie oraz – żeby nie było za zielono – jeden negatywny.

Zaczniemy od pozytywnego. Otóż wracam ci ja dziś do domu, a tam – w skrzynce na listy – koperta z moim nazwiskiem. Zaglądam, oczekując jakiegoś rachunku (gros kopert z moim nazwiskiem to albo rachunki do zapłacenia, albo informacja, że właśnie zapłaciłem rachunek, albo też prośba o wykonanie opcjonalnej zapłaty na czyjś rachunek w ramach jakiejś mniej lub bardziej sensownej akcji charytatywnej), a tam pismo od mojego prywatnego ubezpieczyciela zdrowotnego, że oni bardzo mnie przepraszają, ale z powodu jakiegoś niedopatrzenia na moim koncie istnieje nadpłata, którą – wraz z odsetkami ustawowymi – właśnie mi zwracają w postaci załączonego czeku.

Ostatni raz korzystałem z usług lekarskich w okolicach…

…tu następuje szybkie przeszukanie bloga…

… w okolicach połowy lutego, czyli dobre cztery z hakiem miesiące temu. No i proszę, okazało się, że mam jakąś nadpłatę. Niezwykła sprawa.

Nie jest to jakaś astronomiczna kwota, parędziesiąt Jerzych (plus parędziesiąt, a raczej parędzieścia, eurocentów odsetek), ale nie chodzi o kwotę tylko o sam fakt, że jakaś instytucja samoczynnie zwraca klientowi nadpłacone nieświadomie pieniądze. Niby wiem, że to cywilizowany kraj, jednak ciągle gdzieś tam w środku tkwi we mnie polskie myślenie, że wielkie firmy próbują nas tylko i wyłącznie dymać na pieniądze. A tu – proszę bardzo.

Jeżeli zaś chodzi o cywilizowany kraj, to pod pewnymi względami jeszcze daleko Irlandii do światowych standardów – i tutaj właśnie zaczyna się druga połowa dzisiejszej opowieści, ta ciemniejsza.

Jaśniejszą stroną tej ciemniejszej (i większej!) połowy jest fakt, że opisana historia przydarzyła się (a w sumie to jeszcze się przydarza, bo końca póki co nie widać) nie mnie a znajomemu. Człowiek skądinąd niegłupi, czytaty i pisaty, tylko kompletne beztalencie w dziedzinach informatycznych. Tak mu się potoczyły życiowe ścieżki, że chociaż jest prawie moim rówieśnikiem, nigdy nie musiał mieć do czynienia z komputerami. Teraz go dopadło.

Otóż obmyślił sobie ów znajomy, że pomoże swojej Lepszej Połowie założyć Stronę Internetową, ponieważ tak się akurat złożyło, że owa Lepsza Połowa jest równie nieobeznana z komputerami co on, a może nawet bardziej. Tym samym, jak pambuk przykazał, wykupił domenę, a następnie hosting.

Hosting ów wykupił w firmie irlandzkiej (ze względów humanitarnych nie przytoczę jej nazwy), natomiast samą domenę – u jednego z gigantów amerykańskich (nazwę również pomijam, żeby nie być posądzonym o kryptoreklamę).

Pierwszym krokiem w takiej sytuacji jest oczywiście zmiana serwerów DNS z firmy, w której zarejestrowano domenę (i w której domena jest domyślnie „zaparkowana”), na firmę hostingową.

Człowiek światły włączyłby sobie edytor strefy DNS, pozmieniałby adresy serwerów wedle instrukcji i po zawodach. Ewentualnie podpytałby kogoś bardziej obeznanego z tematem jak się to robi. Jednakowoż znajomy mój uparł się, że będzie samodzielny, a ponieważ nie był świadom istnienia czegoś takiego jak strefa DNS, dał się naciągnąć na dodatkową usługę firmy hostingowej polegającą na automatycznym delegowaniu serwerów DNS z tych „parkujących” (w Hameryce) na lokalne, irlandzkie. Cena usługi: €7. Oczekiwany czas realizacji: 48h.

€7 nie majątek, znajomy zapłacił, ale ponieważ po 48 godzinach nic się nie wydarzyło, zadzwonił do hostingu i zapytał jak tam jego serwery DNS. W odpowiedzi usłyszał, że ojej, przepraszamy, zapomnieliśmy, już włączamy, za parę godzin będzie.

Ponieważ za parę godzin jednak nie było, zadzwonił do nich znowu, a tu się okazało, że coś im z tą automatyczną przeprowadzką nie poszło, bo trzeba jeszcze wygenerować jakiś kod po stronie bieżącego serwera DNS, a następnie wpisać ten kod u nowego dostawcy, i wtedy już na pewno się uda.

Sprawa zaczęła się robić skomplikowana, jaki kod, o co chodzi, no ale nic, znajomy cierpliwie wygenerował kod z jednej strony, wpisał go z drugiej, czeka.

I nic.

Przyszedł wówczas po poradę do mnie. Zalogowałem mu się do strefy DNS na hamerykańskim hostingu i po dziesięciu sekundach serwery DNS zostały ustawione na te irlandzkie, a po godzinie zmiana była już widoczna w całej Sieci. Znajomy zaklął szpetnie, bo mógł te €7 wydać na przykład na piwo, po czym zaatakował kolejny etap stawiania strony, czyli instalację WordPressa.

Jest to czynność raczej banalna, o ile tylko firma hostingowa udostępnia cPanel (ewentualnie rzadziej spotykany Plesk) – tak też było w tym przypadku, a ponieważ zdarzało mi się już instalować WordPressa ze cztery razy (sam zmieniałem hosting parokrotnie), na pewniaka zasiadłem do klawiatury i dalejże klikać.

Niestety, po zatwierdzeniu licencji oraz podaniu ścieżki instalacji WordPressa, zamiast wesoło uśmiechniętej zieleni rzucił mnie się w oczy karmin komunikatu o błędzie. Jakiś długi i zagmatwany, na pięć linijek, pełen rozmaitych wewnętrznych identyfikatorów i te pe, i te de.

Od czasu zakupienia domeny / hostingu minęło tymczasem już pięć dni. Na wszystkich hostingach, z których dotychczas korzystałem, byłby to czas wystarczający do postawienia kilkunastu blogów na różnych domenach, a tymczasem takie szopki…

Email do działu obsługi klienta zaowocował przeprosinami za zbyt powolną realizację usługi przeniesienia serwerów DNS. Przypomnę, że serwery te były już przeniesione (ręcznie) od ponad 24h, czego jednak dział obsługi klienta nie był w stanie zauważyć. Na nic zdały się też szczegółowe opisy, że DNS-y już naprawdę działają. Dopiero wysłanie im zrzutów ekranowych z interfejsu www plus wyjścia komendy nslookup przekonało panów z obsługi klienta, że kwestia DNS-ów jest już załatwiona. Póki co nie wiadomo jeszcze, czy zamierzają zwrócić te €7 czy nie, ale mniejsza o to.

Kolega czeka teraz na odpowiedź w sprawie błędu instalacji WordPress. Ciekawe, czy irlandzkim fachowcom uda się coś z tym zrobić, czy też spuszczą go na drzewo, licząc na nieznajomość technologii… Czas pokaże.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz