Mól

Pierwsza świadomie przeze mnie przeczytana książka to był Mały Atlas Grzybów 😉 Miałem wtedy niecałe 5 lat. Do dzisiaj nie odróżniam maślaka od maślanki a kurki od kurka, ale miłość do książek zachowam do grobowej deski. Niestety, ponieważ angielski opanowałem mając lat ponad 30, pewnie już nigdy nie uda mi się czytać, dajmy na to, Pratchetta, w oryginale – tak żeby mieć z tego przyjemność. Za dużo zasobów systemowych idzie na sam proces tłumaczenia i frajda już nie taka. Wyjątkiem są książki, które kiedyś już czytałem po polsku – wtedy po prostu wiem „o co chodzi” i mogę się skupić na stronie językowej – lub też książki pisane względnie łatwym angielskim, np. „The Amazing Maurice and his Educated Rodents” albo „Space Odyssey”.

Za to po polsku czytam kiedy tylko mogę – raz, dwa razy do roku składam duże zamówienie w Merlinie albo Empiku i potem czekam na dostawę. A jak się już dorwę…

Jako że wychowałem się na „Cyberiadzie” (tak, to była pierwsza przeczytana książka niebędąca atlasem grzybów, encyklopedią psów rasowych, zasadami ruchu drogowego ani słownikiem języka polskiego), a „Opowieści o Pilocie Pirxie” miałem rozpracowane wzdłuż i wszerz jeszcze we wczesnej podstawówce, książki Lema odegrały dużą rolę w moim życiu. Prawdę mówiąc, jak się dowiedziałem o jego śmierci (a było to 2 miesiące po moim przyjeździe do Irlandii), płakałem jakby mi umarł ktoś z bliskiej rodziny. Lem zawsze był jakoś tak „obok”. Przy Lemie piłem swoje pierwsze piwo; również dzięki Lemowi umiem odróżnić dobrą fantastykę od chłamu lub podróbek. W przyszłości planuję zebrać kompletną kolekcję wszystkiego, co wyszło spod jego pióra – i odświeżać sobie całość regularnie. Cóż, jedni czytują biblię, inni „Bibę”, ja wolę Lema.

Jeden z moich (i, nawiasem mówiąc, mojej żonki też, bo ona też mól) dużych planów życiowych to własna biblioteczka domowa. Do tego celu jednak potrzebne jest własne mieszkanie – nie wyobrażam sobie przeprowadzki z całą kupą książek. Tym bardziej, że przeprowadzamy się dość często (chociaż ostatnio coraz rzadziej… no ale zawsze). Tak więc, jak się tylko zagnieździmy na dobre, wygospodaruję jedną ścianę na wieeelką półkę i będę tam kolekcjonował różne fajności. I co najważniejsze, wszystkie książki będą „do czytania”. Pamiętam z domu rodzinnego ogromne zwały książek w całym mieszkaniu – niestety, mniej niż 5% z nich nadawało się do lektury, reszta robiła za tło. Moja biblioteczka będzie miała tą właściwość, że jak cokolwiek z niej wybiorę (nawet po omacku), będzie to coś fajnego.

Tymczasem, żeby nie utonąć (moja obecna półka na książki to przeróbka stojaka na płyty CD – jest dość wąsko i już się nie mieszczą…), opanowałem następującą strategię: mam w Polsce kolegę, którego gusta literackie pokrywają się z moimi w, na oko, 70%. Dodatkowo, kolega ów ma już domową biblioteczkę i – o dziwo – ma w niej jeszcze trochę wolnego miejsca 😉 Tak więc wszystko co przeczytam leci potem najbliższą okazją do Polski, i tam sobie czeka na lepsze czasy. W zasadzie można powiedzieć, że kolega dzierżawi mi miejsce na półce w zamian za książki. Symbioza.

O książkach jeszcze będzie, nie raz i nie dwa. Tymczasem czas na sen. Kolorowych!

Autor: xpil

Po czterdziestce. Żonaty. Dzieciaty. Komputerowiec. Krwiodawca. Emigrant. Rusofil. Lemofil. Sarkastyczny. Uparty. Mól książkowy. Ateista. Apolityczny. Nie oglądam TV. Uwielbiam matematykę. Walę prosto z mostu. Gram na paru instrumentach. Lubię planszówki. Słucham bluesa, poezji śpiewanej i kapel a’capella. || Kliknij tutaj po więcej szczegółów ||

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz